Quantcast
Channel: Białczyński
Viewing all 2512 articles
Browse latest View live

Wojciech Dzieduszycki (1848 – 1909) – Strażnik Wiary Przyrodzoney Słowian (III SSŚŚŚ Lwów)

$
0
0

 

… Wikipedia

WojciechDzieduszycki-e1405685995704

Wojciech Dzieduszycki (ur. 13 lipca 1848 w Jezupolu koło Stanisławowa, zm. 23 marca 1909 w Wiedniu) – polski hrabia, polityk, filozof, eseista, historyk sztuki i pisarz (dramaturg, powieściopisarz i nowelista).

Konserwatysta, jednocześnie przeciwny polityce stańczyków, właściciel dóbr Jezupol koło Stanisławowa.

Studiował historię, filozofię i prawo na uniwersytetach we Lwowie i Wiedniu, gdzie w 1871 został doktorem filozofii. Od 1870 współpracował z periodykiem „Czas” oraz krakowskim „Krajem”. W 1872 debiutował beletryzowanym traktatem filozoficznym Władysław. Wielokrotnie podróżował, m.in. do Włoch i Grecji. Ostatnie lata życia spędził w Wiedniu.

Rodzina

Był synem hrabiego Władysława herbu Sas i Antoniny z Mazarakich herbu Newlin ze Strutynia. Obydwie rodziny – ze strony ojca i matki należały do elity galicyjskiego ziemiaństwa (były już ze sobą wcześniej skoligacone – macochą hr. Władysława była Klaudia z Mazarakich, siostra jego żony Antoniny), posiadających swoje rozległe dobra w okolicach Stanisławowa, lecz mocno związanych ze Lwowem.

Wojciech Dzieduszycki ożenił się z kuzynką Seweryną hrabianką Dzieduszycką. Miał z nią m.in. syna Jakuba i córkę Antoninę (po mężu Konradową Łuszczewską).

Kariera polityczna

Odegrał wybitną rolę w życiu politycznym zaboru austriackiego, jako jeden z przywódców partii konserwatywnej.

  • Od 1876 poseł do Sejmu Krajowego Galicji, zwolennik ugody z Rusinami.
  • 1879-1885 i ponownie od 1895 poseł do parlamentu austriackiego, jeden z przywódców Koła Polskiego. Zwolennik zasady decentralizacji i praw narodów monarchii austro-węgierskiej.
  • 1906-1907 minister dla Galicji.
  • Od 1887 – członek-korespondent Akademii Umiejętności,
  • Od 1896 – profesor historii filozofii i estetyki Uniwersytetu Lwowskiego, gdzie cieszył się wielką popularnością wśród młodzieży.

Wybrane publikacje

  • Władysław (1872)
  • Bohdan Chmielnicki (1873)
  • Ateny (1878)
  • Aurelian (1879)
  • Studia estetyczne (1878-1890)
  • Listy ze wsi (1889-1890, 2 tomy)
  • Anioł (1892)
  • Roztrząsania filozoficzne o podstawach pewności ludzkiej (1892)
  • Historię malarstwa we Włoszech (1892)
  • O wiedzy ludzkiej (1896)
  • Dokąd nam iść wypada (1910)
  • Historia filozofii (1914)

Tłumaczył także dzieła Sofoklesa i Szekspira.

Poglądy filozoficzne

Rozwijał wreszcie żywą działalność filozoficzną. Jako filozof pozostaje pod wpływem Kanta, ale stara się spod tego wpływu wyemancypować przy pomocy filozofii Descartesa. Używając metody psychologicznej, wychodząc od człowieka i przyjmując fakt samowiedzy jako pierwotny, dochodzi do pojęcia Boga, które później wciąga w zakres teorii poznania. Usiłuje wykazać, że istnieje ścisły związek między duchem ludzkim a Bogiem, jako niezbędnym dla człowieka warunkiem poznania siebie samego, jak i świata zewnętrznego. W poglądach poznawczych hrabiego Dzieduszyckiego wyróżnić można szereg różnych pierwiastków, jak racjonalny, empiryczny, intuicyjny i pragmatyczny. Był znakomitym mówcą i prelegentem.

Bibliografia

  • Józef. Buszko: Galicja 1859-1914, polski Piemont. Warszawa: Krajowa Agencja Wydawnicza, 1989. ISBN 83-03-02732-8.
  • Henryk Markiewicz: Pozytywizm. Wyd. VII – 2 dodruk. Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN, 2008, s. 454-455, seria: Wielka Historia Literatury Polskiej. ISBN 978-83-01-13849-3.

Jak widzicie nie wymieniono tutaj w zestawie ważnych prac autora rzeczywiście najważniejszego z jego dzieł: „Baśni nad baśniami” wielkiego pogańskiego poematu, który został wydany w roku 1889. Poemat powstał z połączenia w spójną całość, tj. w Słowiańską Baję, bajek, baśni i skazek z wielu krajów słowiańskich, a więc z małych Bajorków, które te całość tworzą. W sierpniu publikowaliśmy pierwszą część eseju Witolda Jabłońskiego poświęconego tejże książce (tutaj). Jest to książka od ponad 120 lat tak mocno ukryta przez polskie literaturoznawstwo że w ogóle z niego wykreślona. Znamy takie przypadki – np. Hymn do Polski Marii Konopnickiej można znaleźć prędzej w bibliotece w Toronto niż w Polsce – nic dziwnego, jest tak samo pogańska jak „Baśń nad Baśniami”.  Tak się składa że postać Wojciecha Dzieduszyckiego również jest mocno powiązana z naszą rodziną, a ściśle z rodziną mojej żony Anny Pagaczewskiej, której prababcia ze strony jej mamy Janiny z Olszowskich Pagaczewskiej, była córką jednego z tychże lwowskich Dzieduszyckich. Mama mojej żony do końca życia posługiwała się do lakowania kopert pierścieniem herbowym jakim posługiwali się Dzieduszyccy i przekazała mojej żonie ustnie opowieść na temat tej koligacji. Janina Pagaczewska była doktorem farmacji Uniwersytetu Jagiellońskiego, wykształconym przed II wojną światową. Niestety jej nie udało się już odwiedzić dworku Tillów w Uhercach ponieważ ze Stanisławem Pagaczewskim poznała się po sprzedaży dworu Uhereckiego (1937), podczas II wojny, w 1940 roku w Ciężkowicach pod Tarnowem. Tam Pagaczewscy (Julian II – historyk sztuki) kupili dom, a ona odbywała praktykę w aptece po studiach. Syn owej cioci-babci z Dzieduszyckich Olszowskiej, był dziadkiem mojej żony, Anny i mieszkał do końca życia w jej domu rodzinnym przy ulicy Biernackiego 9, w Krakowie.  Jak wiadomo Wojciech I Dzieduszycki Starszy był politykiem, filozofem i etnografem. Nie należy go mylić z Wojciechem II Młodszym – aktorem i znanym konfidentem UB, z tejże lwowskiej linii, który zamieszkał po wojnie we Wrocławiu. Był też ów Wojciech niezłym oryginałem, z tego co opowiadano w domu mojej żony i bywalcem salonów w tym tego w Uhercach i wielu Salonów Lwowa końca XIX wieku.  Ponieważ to towarzystwo z Vincenzami, Wojciechowskim, Tillami, Klemensiewiczami, Pagaczewskimi i innymi osobami tworzyło III Lwowską Świątynię Światła Świata, nie ma nic dziwnego w tym, że Wojciech Dzieduszycki napisał książkę, która znalazła się na indeksie literackim Galicji, czyli Polski Rozbiorowej w Zaborze Austrii.

Oto fragment artykułu Witolda Jabłońskiego jaki zamieszczaliśmy:

Witold Jabłoński o „Baśni nad baśniami” Wojciecha Dzieduszyckiego (polecam dalsze części tej publikacji)

Zapomniany bard, zapomniany epos

Opublikowano 18 lipca 2014, przez Smaki z Polski w kategorii Recenzje, Słowianie i mitologie

http://www.smakizpolski.com.pl/zapomniany-bard-zapomniany-epos/

Habent sua fata libelli… Książki miewają swoje losy… stwierdził Terentianus Maurus (III w.), mając na myśli, że nigdy nie wiadomo, kiedy jaka książka utrafi w gust czytelnika. Omawiany w niniejszym szkicu utwór nie miał, niestety, szczęścia. Tak czasami bywa, że jakieś dzieło nie zyska uznania w swoich czasach, potem zaś, pokryte grubymi warstwami bibliotecznego kurzu, czeka na odkrywcę, który pochyli się nad nim z zaciekawieniem i dobrą wolą, by wydobyć z otchłani niepamięci – pisze Witold Jabłoński.

Wiele lat mego życia musiało także upłynąć, zanim natrafiłem na ów smakowity rarytas. Choć jestem z wykształcenia polonistą i od dawna penetruję obrazy Słowiańszczyzny w rodzimej literaturze, wyznaję szczerze, że nie tylko go do niedawna nie znałem, ale wręcz nie wiedziałem o jego istnieniu. Natrafiłem nań przypadkiem, wpisując w Google hasło: „baśń słowiańska”… i niespodziewanie dla siebie znalazłem prawdziwy skarb.

Mowa o poemacie w XII Księgach wierszem Baśń nad baśniami Wojciecha Dzieduszyckiego (1848 – 1909).

.

Zapomniany bard

Był w ówczesnej Galicji nie byle jaką personą. Arystokrata z hrabiowskim tytułem, pan z panów, potomek ruskich wielmożów, dziedzic rozległego majątku Jezupol pod Stanisławowem, polityk konserwatysta, aczkolwiek przeciwny grupie ultrakonserwatywnych „Stańczyków”, wieloletni poseł do Sejmu Krajowego Galicji i parlamentu austriackiego, cesarsko-królewski minister dla Galicji 1906 – 1907, doktor filozofii na Uniwersytecie Wiedeńskim (1871), od 1896 profesor filozofii i historii estetyki Uniwersytetu Lwowskiego, gdzie jego wykłady cieszyły się ogromną popularnością. Autor powieści, nowel, dramatów i rozpraw filozoficzno-estetycznych. Bez wątpienia bardzo wiele osiągnięć jak na jednego człowieka, nawet uwzględniając finansowe możliwości rodu i wielkopańskie koneksje. Rozkochany w kozaczczyźnie zwolennik ugody z Rusinami, a zarazem gorący patriota i wielki światowiec bez trudu brylujący w wiedeńskich salonach.

Prywatnie był także postacią barwną, można rzec nawet ekscentryczną. Tak opisywał go w anegdotycznym, nieco karykaturalnym przerysowaniu jeden ze współczesnych mu lwowskich luminarzy, Antoni Chołoniecki: „Mięszanina barbarzyńcy z człowiekiem kulturnym w najdziwaczniejszem znaczeniu — kozacka natura zafarbowana zachodnią cywilizacyą. O ile nie wykłada estetyki i filozofii we Lwowie, gdzie mu przyszedł kaprys być docentem uniwersytetu, albo nie robi polityki w Wiedniu, mieszka w dziedzicznym Jezupolu i jest tam do pewnego stopnia tem, czem był książe Panie Kochanku dla Nieświeża a Mikołaj Potocki dla Kaniowa. (…) Trzyma sobie tylko służbę w starych kozackich strojach i po kozacku ubiera i wychowuje syna. We Lwowie miewa okresy studentomanii. Otacza się wówczas młodzieżą szkolną, urządza jej małe biby, poczem osobiście prowadzi „gęsiora“ przez miasto. Przybycie jego do stolicy na zimę zapowiada zawsze pojawienie się nadwornych kozaczków w czarnych guńkach i szerokich szarawarach. (…) Jako literat i uczony podobny jest do olbrzymiego muzeum, w którem nagromadzone są bez numerów i katalogu, w chaotycznym nieporządku, najcenniejsze przedmioty. Zna się na wszystkiem i pisze o każdej sprawie z jednakową swobodą. Książki jego traktują o filozofii, estetyce, malarstwie, archeologii, wychowaniu, ekonomii, polityce. Badał starożytności egipskie i układał wiersze, szukał kolebki ludów i pisał dramaty i powieści. (…) Książka Ateny zjednała mu popularny tytuł „podolskiego Ateńczyka“ i świadczy o bardzo gruntownem znawstwie sztuki, równie jak Historya malarstwa we Włoszech.

Oto rzeczona „Baśń nad baśniami”. Przytaczam tutaj wstęp i fragment I Pieśni, po to by dać orientację w stylu i języku, barwnym i pięknym, godnym mistrza pióra. Jak się zorientujecie Mistrz tenże prowadzi znany wtajemniczonym dialog „NAD/pod Kulturą”, który potwierdza jego przynależność do pogańsko-teozoficzno-masońskiej elity kulturalnej Polski. Postacie występujące w tej pieśni to nie są zwykłe postacie, lecz personifikacje Bogów Pogańskich Wiary Przyrodzoney Słowian: Żywa – oczy piwne, włosy jasne, bławatkiem strojone (bogini Żywia-Siwa); Jaga Baba Jaga Jędza (bogini Rada-Rodzica) oraz jej córki Złote Zazule: Sapucha (Zapucha, jak w Zapustach, Pucha-Pusta) i Welinda (od Wela, Welańska, Weli-Nada) ; Czuryło (Chorsiniec); Czarna Krowa – Ciemne Światło Świata (Swatlnica). Baja zaś, którą się plecie na łące pełnej czerwonych maków (Łąka Mokoszy – Pani Przeznaczenia) z konopnego sznura (atrybut i nić kosza Mokoszy) dzięki magii Czarnej Krowy przez jedną Zaczarowaną Noc – to nie jest zwykła baja, lecz prawdziwa Baja Słowian, która znajduje się w rękach Baby Jagi – czyli bogini przekazującej młodzieży wiedę, Pani Inicjującej  – Rady-Radzicy. Stąd i zadania-wyzwania jakie ona stawia Żywi wymagają od niej zastosowania sił magicznych (mogtycznych, związanych z mocą-mogtowiją). Kto czytał „Księgę Ruty”, „Księgę Tura” i „Stworze i Zdusze” ten odnajdzie w „Baśni nad baśniami” pudełka wyskakujące z pudełek – jak w Ruskiej Babie – drugie i trzecie dna, a zwłaszcza ów dialog nad/pod kulturą toczony między wieszczami i wiedunami polskimi, znajdzie w postaciach pierwszego planu plan drugi i ich boską funkcję we wcieleniu w ziemskie postacie.

Oddajmy głos Wojciechowi Dzieduszyckiemu, który jest jednym z odwiecznych ciągnących Wącie Baji przez tysiąc lata zakazu i prześladowań chrześcijańskich, Strażników Wiary Przyrodzoney Słowian, wyjątkowo zasłużonym dla przetrwania Polskiej Słowiańskiej Kultury i Tradycji. 

w dziedusz b n b 1

wojc d b n b 2

w d bnb 3

w d b n b 4

w d b n b 5

w d b n b 6

w d b n b 7

w d b n b 8

w d b n b 9

w d b n b 10

w d b n b 11

w d b n b 12

więcej: http://www.pbi.edu.pl/book_reader.php?p=31351

Wiele osób może zdziwić, że dopiero teraz piszemy o Wojciechu Dzieduszyckim, nie tylko Strażniku Wiary Pogańskiej, nie tylko członku Świątyni Światła Świata, ale nawet członku naszej własnej rodziny, ale zwróćcie uwagę, że nasze skromne siły nie pozwalają nam wciąż na uczczenie i oddanie tutaj miejsca tak wielkim Strażnikom Wiary Słowian jak Juliusz Słowacki, czy Cyprian Kamil Norwid. Mniejszych od tych dwóch, ale również wielkich i ważnych postaci są jeszcze naprawdę dziesiątki jeśli nie setki. Wątki rodzinne musiały ustąpić na tym blogu innym sprawom ważnym np. politycznym i społecznym. Wyobraźcie sobie moi drodzy, że przez 1000 lat mściwego chrześcijaństwa watykańskiego i bizantyjskiego na ziemiach Polski i Rusi nikt nie poświęcił owym Strażnikom Wiary choćby jednego skromnego naukowego dzieła. Zresztą na ich szczęście, ponieważ skończyłaby się taka uwaga świata naukowego dla nich co najmniej banicją, emigracją o ile nie stosem albo toporem kata. Musimy cierpliwie nadrabiać te zaległości biograficzne i faktograficzne dobywając z ukrycia i ciemności ową nieustającą kontr-kulturę występującą w podziemnej opozycji do oficjalnego katolicyzmu polskiego.



Ważny artykuł Mariusza Agnosiewicza „Polskie amazonki, sarmackie syrenki i wierzenia dawnych Polaków” (Racjonalista.pl)

$
0
0

 Polskie amazonki, sarmackie syrenki i wierzenia dawnych Polaków

Autor tekstu: Mariusz Agnosiewiczhttp://www.racjonalista.pl/kk.php/t,9332

 

Mariusz Agnosiewicz

Redaktor naczelny Racjonalisty, założyciel PSR, prezes Fundacji Wolnej Myśli. Autor książek Kościół a faszyzm. Anatomia kolaboracji (2009), Heretyckie dziedzictwo Europy (2011), trylogii Kryminalne dzieje papiestwa: Tom I (2011), Tom II (2012). Koordynator ceremonii humanistycznych.

 Strona www autora

„Czech postanowił sobie, że jego sleczna, gdy zostanie panią, będzie cicho myła garnki w kuchni i smażyła knedle i — osiągnął to w całej pełni. Niemiec nauczył kobietę kornego wyszywania wodnym ściegiem Guten Morgen na ręcznikach. Moskal umiał doskonale okiełznać ogromny, czarnomorski temperament rosyjskiej kobiety i trzymał ją tak długo, jak dało się, w tiurmie. Zaś Polak, już od czasów przedhistorycznych to najgrzeczniejszy z rycerzy. Pani jego była zazwyczaj taką — jaką sama być chciała… Rycerz zaś wcale tego nie żałował. W każdym razie zyskał w niej ruchliwą współpracownicę i cudotwórczą inspiratorkę” — pisał przed wojną Stanisław Wasylewski. Z uwagą studiując polskie dzieje, zwłaszcza te najdawniejsze jako tako znane, czyli piastowskie, co rusz trafiamy na różnorakie potwierdzenia tej opinii. Warto wziąc to pod uwagę: studiując dzieje kobiety w chrześcijaństwie, Polskę trzeba rozpatrywać osobno. Nie da się tutaj sensownie wnioskować z tego, co mamy w innych, nawet sąsiednich krajach.

Najdawniejsze podania o terenach Polski wskazują, że była to ziemia Amazonek, w każdym razie ziemia o wyjątkowym statusie kobiet. Jedną z najstarszych relacji jest Księga dróg i królestw Al-Bakri’ego, hiszpańsko-arabskiego podróżnika i historyka, spisana ok. 1068 w Kordobie. Opisuje on, że na Zachód od Rusi leży „wielki gród kobiet” i są to ziemie Mieszki (a nie Mieszka) — największe ziemie słowiańskie w roku 965. Cytuję za Brücknerem:

„Co się zaś dotyczy ziemi Mieszki, to ona największa z ich ziem. (…) I graniczą z Mieszką na wschodzie Ruś a na północy Prusy. (…) I na zachód od Rusi gród kobiet. Władają ziemiami i niewolnikami a rodzą od swoich niewolników, i jeśli z nich która syna urodzi, to go zabija. Jeżdżą zaś konno i osobiście występują do walki i śmiałością i męstwem są nadane. Mówi żyd Abraham Jakóbowic [ 1 ]: ‚Wiadomość o tym grodzie pewna. Opowiedział mi to Otton, król rzymski’. I na zachód od tego grodu (jest) plemię słowiańskie zowiące się narodem Awbaba, a żyje ono na błotach na zachód i północ od ziemi Mieszki.” [ 2 ]

To że jeden kronikarz arabski, opierający się na relacji handlarza żydowskiego, powiadają, że Polska to kraj Amazonek, sprawy nie przesądza. Mogli pobłądzić. Cofnijmy się zatem do Starożytności, kiedy powstały mity o Amazonkach.

Wedle najstarszych podań ludy sarmackie co najmniej zahaczały o polskie ziemie. Od późnego średniowiecza rozwija się w Polsce sarmatyzm. Polacy nie utożsamiają się już ze Słowianami. Dawniej Słowian uważano za odłam Germanów (stąd na Soborze w Konstancji przedstawiciele Polski przypisani są do nacji germańskiej). Czym wyróżniać się mieli Sarmaci? W przeciwieństwie do Słowian czy Germanów — nie byli schrystianizowani. Jest jednak coś jeszcze bardziej charakterystycznego: Nieodmiennie wysoka pozycja kobiet. Znów się nam Amazonki pojawiają, tym razem u Herodota z Halikarnasu (484-426 p.n.e.), który podaje, że zachodni Sarmaci (Sauromaci) to lud pochodzący ze związków Amazonek ze Scytami. Herodot podaje, że sarmackie kobiety na równi z mężczyznami biorą udział w wojnach a ich nadzwyczajną pozycje tłumaczy amazońskimi korzeniami.


100 r. p.n.e.

W nieco późniejszym Periplusie Pseudo-Scylaxa (IV lub III w. p.n.e.), znajdujemy informację o Sauromatach, że jest to naród rządzony (lub zdominowany) przez kobiety (Sauromatarum vero gens a mulieribus regitur [ 3 ]).

Hipokrates tak opisuje zwyczaje kobiet sarmackich:

„Ich kobiety biorą udział w walkach jako dziewice. Przerywają swoje dziewictwo dopiero gdy zabiją przynajmniej trzech wrogów. Po odprawieniu tradycyjnych rytów religijnych wychodzą za mąż. Kobiety, które biorą sobie męża, nie walczą już, chyba że ma miejsce wyprawa generalna, powołująca pod broń wszystkich. Kobiety nie mają prawej piersi, gdyż jeszcze w dzieciństwie ich matki wypalają je specjalnym narzędziem, wstrzymując ich wzrost” (De Aere, XVII).

Pliniusz Starszy pisze o Sarmacji rozciągającej się pomiędzy rzekami Dunaj i Vistula (Historia Naturalna, Ks. 4, rozdz. 12, p. 79-81). Archeologia w pewnej mierze potwierdza te relacje, tyle że groby uzbrojonych kobiet znajdowane były w południowej Ukrainie i Rosji (dolny Don i dolna Wołga). Jak podaje David Anthony, ok. 20% grobowców scytyjsko-sarmackich wojowników, to grobowce kobiet.

Sarmacka korona odnaleziona w kurhanie nieopodal Nowoczerkaska, I w. n.e. (Hermitage Museum)więcej:http://www.racjonalista.pl/kk.php/t,9332


Laibach – Panslovenia; utwór poświęcony Stanisławowi Szukalskiemu!

$
0
0

W nawiązaniu do artykułu z blogu Wspaniała Rzeczpospolita poświęconego hymnowi Polski i motywom hymnu w utworach muzycznych w Europie (link do strony na Czarnym Pasie u góry) przedstawiam wam utwór napisany specjalnie by uczcić Stanisława Szukalskiego, i specjalnie mu dedykowany.

 

Będziecie zaskoczeni kto i kiedy go skomponował i kto go wykonuje: Nie kto inny jak Grupa Laibach! Utwór nosi tytuł „Panslovenia” a nie „Slovania”, jak to opisano na You Tube.

 

https://www.youtube.com/watch?v=wVQt1cFOMxE

 

Szukalski jest w rzeźbiarstwie tym, kim Dante i Edgar Allan Poe w literaturze – napisał w 1921 roku magazyn Vanity Fair. Artysta, pod koniec życia mieszkający w Kalifornii, współpracował z Salvadorem Dali, przyjaźnił się z rodziną sławnego aktora hollywoodzkiego Leonardo DiCaprio, który wydał w 2000 roku książkę mu poświęconą, a także wykorzystał go, jako pierwowzór do roli szalonego artysty w filmie Titanic.


Leonardo DiCaprio z ojcem i rzeźbą Stanisława Szukalskiego

Szukalski inspiruje rzesze twórców kultury popularnej – od H. R. Gigera i rysowników komiksowych po rockowe zespoły jak Laibach, który poświęcił mu utwór Panslovania. Spadkobiercy, właściciele firmy Szukalski Archives w Sylmar w Kalifornii odlewają w tysiącach egzemplarzy jego dzieła, handlując nimi poprzez internet, ale także zorganizowali wspólnie z Muzeum Polskim w Ameryce ekspozycję poświęconą artyście: Szukalski – The Lost Tune w 1990 roku. Zachował się katalog oraz plakat wydany specjalnie z tej okazji.

 


Stanislav – Aleksander Wielki w Krakowie

$
0
0

fort skała obserwatorium2 Fort Skała – Obserwatorium Astronomiczne – którego współzałożycielem był stryj Anny, brat Stanisława – Janusz Pagaczewski

 

Ludzie interesujący się historią doskonale znają fragmenty „Kroniki Polskiej ” Wincentego Kadłubka mówiące o walce naszych przodków z Aleksandrem Wielkim. Przez stulecia opowieści te traktowane były z przymrużeniem oka, podejrzewano nawet naszego kronikarza o zbyt dużą ilość spożywanych trunków trakcie tworzenia „Kroniki”.

 

Ja sam osobiście nigdy nie wgryzałem się w temat głębiej, ot, ciekawostka historyczna. Miło się czyta ale to pewnie nieprawda. Być może nigdy bym do tej historii nie wrócił, gdybym nie natrafił w internecie na stronę Wandaluzja.com stworzoną przez Juliusza Prawdzic- Tella.

 fort skała 1 Grzegorz podgórskiFort Skała 38 – foto Grzegorz Podgórski (Panoramio)

Kim jest Juliusz? Dobre pytanie. Z informacji jakie sam udostępnia na forum swojej strony wynika, że pracował w firmie Elwro z legendarnym Jackiem Karpińskim oraz że jest naukowcem zajmującym się różnymi dziedzinami, w tym archeologią. To co zamieszcza on na swojej witrynie sugeruje ogromną wiedzę historyczną, chociaż najpierw trzeba przyzwyczaić się do jego niezwykłego stylu wypowiedzi. Zapewne wpływ na ten styl ma wiek autora. W żadnym razie nie chcę mu go wypominać, przecież wiek = doświadczenie i wiedza.

 fort skała grzegorz podgórskiFort Skała 38 – foto Grzegorz Podgórski (Panoramio)

Po tym, co przeczytałem na stronie Juliusza na temat pobytu Aleksandra Wielkiego i jego matki w Krakowie postanowiłem głębiej zainteresować się tym tematem. Badania genetyczne z ostatnich 5 lat dowodzą, że znikąd nie przywędrowaliśmy a jesteśmy tutaj, na polskiej ziemi od czasów zakończenia epoki lodowcowej. Może więc powinniśmy spojrzeć na nasze stare kroniki na nowo, nie oskarżając już ich autorów o zbytnie zamiłowanie do wody ognistej?

bielany klasztor Srebrna Góra – Klasztor Kamedułów

Oto co napisał Juliusz:

 

” Nazwa Germanowie-GERMANIE pochodzi od zapodanego przez Greków zamku GARGAMELL na Srebrnej Górze, gdzie rezydował dobrotliwy król-OBŻARUCH z wielkim orlim nosem, którego można identyfikować z Leszkiem Złotnikiem. Potem była to siedziba Aleksandra Macedońskiego jako króla Wielkiej LECHII, od Renu do MaceDONU, i jego matki Kanclerzycy Olimpiady. Gargamell był polskim zamkiem KRÓLEWSKIM do zburzenia go przez Jana Luksemburskiego, na skutek czego Władysław Łokietek zarekwirował Biskupi Wawel. „

 

Brzmi nieco szalenie, prawda? Spójrzmy jednak na etymologię owego GARGAMELLU autorstwa Czesława Białczyńskiego:

 

” Etymologicznie wszystko się zgadza bo już u Herodota była to Gargaria, zaś – Gargarianie byli sąsiadami Amazonek nad Morzem Azowskim i Czarnym, i mieli z nimi potomstwo, jak on twierdzi. Gargaria to nic innego jak Harharia (Ha[r]charzy). Hara – góra, Haria – Kraj Górzysty KHARpatia. Ger-mania, Harmonżja-Harmania (Germania-Żermania-Jermania lub Hermania) – lub Jar(o)mania – Harmania. Harmanryk – jeden z władców Gotów (Gątów-Getów = Dachów-Daków). Wharat-Bharat – kraj pochodzenia Ariów (Hariów) znanych z Wed Hinduistów. „

 

Czyżby tajemnica nazwy „Germania” została wreszcie odkryta? Dla przypomnienia- Rzymianie nazywali Germanią wszystkie ziemie na północ od Dunaju, nie chodzi o ziemie zamieszkiwane przez Germanów. Dołóżmy do tego fakty historyczne nie podlegające dyskusji:

 

„Katedra na Wawelu pełni szczególną rolę w historii Państwa Polskiego ze względu na fakt, iż przez czterysta lat była kościołem polskich królów. Począwszy od Władysława Łokietka w Katedrze na Wawelu koronowali się wszyscy polscy królowie, z wyjątkiem Stanisława Leszczyńskiego i Stanisława Augusta Poniatowskiego. Datą przełomową była odprawiona 20 stycznia 1320 roku uroczystość koronacji Władysława Łokietka, który zjednoczył rozbite ziemie polskie. Odtąd przed ołtarzem głównym Katedry Wawelskiej dokonywały się najważniejsze ceremonie państwowe: koronacje, śluby, chrzty i pogrzeby królewskie.”

bielany klasztor2

Teraz ta historia nabiera większego sensu. Idźmy dalej:

 

” (…) Która to Germania pochodzi od zamku Gargamella na krakowskich Bielanach, gdzie był zamek Królewski, po zniszczeniu którego przez Jana Luksemburskiego Łokietek zarekwirował biskupi Wawel a zamek Królewski przebudowano na cytadelę „

 

Głównym podejrzanym zostaje w tej sytuacji Fort 38 na krakowskich Bielanach, będący fragmentem Twierdzy Kraków. Na tej stronie możecie sobie dowolnie powiększyć lub pomniejszyć mapę, fort zawsze będzie punktem docelowym:

 

 

http://wikimapia.org/1998818/pl/Fort-38-%C5%9Amierdz%C4%85ca-Ska%C5%82a-g%C5%82%C3%B3wny-artyleryjski-dwuwa%C5%82owy-pancerny

 

Czy ten fort z XIX wieku zbudowany został u podstaw dawnego zamku? Czy do jego budowy wykorzystano pozostałości zapomnianej przez wszystkich twierdzy? Według Juliusza informacje na ten temat powinny znajdować sie w archiwum Habsburgów w Wiedniu. Mnie udało sie znaleźć w internecie trzy ciekawostki na temat Fortu 38:

 

  1. http://www.eksploratorzy.com.pl/viewtopic.php?f=93&t=5190

 

” Fort 38 Skała ma też swoje, nie do końca wyjaśnione tajemnice: stanowią je dwa betonowe korytarze (galerie, chodniki, tunele?) oraz długie obetonowane ciągi, nie będące korytarzami, gdyż ich przejście jest niemożliwe.
Rozpoczynają się one w ścianach kopulasto sklepionej, okrągłej komory, znajdującej się w osi Fortu, na około 2 m przed kolejną okrągłą komorą (barbetą), leżącą u podstawy wieży pancernej.
Wejście do nich prowadzi przez małe kwadratowe otwory w przyziemiu.
Korytarze te, w przeciwieństwie do wychodzących z tej komory potern, prowadzących do kaponier barkowych, są bardzo wysokie; w miarę postępowania w głąb ich szerokość się zmniejsza (do ok. 50 cm i mniej), a są też częściowo zasypane gruzem ceglanym i betonowym oraz grubą warstwą pyłu; są też łukowato pozałamywane, a ich zróżnicowanie długości sięga kilkunastu metrów.
Takie korytarze nie występują w żadnym innym forcie.
Bez szczegółowych badań nie sposób jednoznacznie określić celu ich wybudowania…”

 

Kilka zdjęć:

 

http://www.eksploratorzy.com.pl/download/file.php?id=1843

 

http://www.eksploratorzy.com.pl/download/file.php?id=1844

 

http://www.eksploratorzy.com.pl/download/file.php?id=1845

 

  1. Tajemnicze zniknięcie żołnierzy przebywających w forcie opisane jest szczegółowo na tej stronie:

 

http://www.twierdza.art.pl/a_skala.htm

 

  1. Opinia Czesława Białczyńskiego:

 

„Srebrna Góra a Fort Skała to dwie różne góry, które leżą niedaleko siebie. Pioterus nie ma racji co do punktu 11 – przeczytał pobieżnie, dlatego się nie połapał i wziął za bełkot – nie obrażamy się – takie robi to wrażenie bez wyjaśnień etymologicznych związków i przejść z h-g, g-ż itp, a także informacji kronikarskich – to wszystko na temat Gargarii – Harharii jest u Gierodota jak mawiają Rosjanie, u Herodota, ale do ludzi dotrze to w sposób oczywisty dopiero po przeczytaniu Księgi Ruty. Nie wdawałem się tam w tłumaczenia związków etymologicznych i wywody tego typu, bo to nie miałoby sensu – też musiałby powstać osobny artykuł – Tak jak i w tej sprawie – wypowiedzi Wandaluzji, czyli Juliusza Tella. Śmierdząca Skała to nie jest wielka zagadka. Jako, że mamy Las Welski – Wzgórze Sowiniec, czyli Sowiego – Boga zaświatów , mamy stary Kopiec Kościsza-Kościeja Lela – kawałek dalej za siodłem, czyli Boga Zaświatów, mamy Srebrną Górę, o której dawnej nazwie już pisałem, i mamy Śmierdzącą Skałę. Być może była to Skała Straceń, a Straceńców często nie wolno było grzebać, więc śmierdziało. Skała „Śmierci” (Marzanna=Śmierciucha) a Skała „Śmierdzi” – to bardzo bliskie pojęcia etymologicznie rzecz biorąc – niemalże tożsame. Tak samo jeśli wykonywano tam np. Karę Kosza, czyli wieszano nad przepaścią delikwentów w klatce aż nie zdechli sami albo się nie odcięli razem z koszem i nie polecieli w przepaść – to również musiało nieźle cuchnąć – stąd może być ta nazwa – bardzo, ale to naprawdę bardzo stara. Wracając do samego zamku, to miał on być na Srebrnej Górze i być może tam był a budulec z ruin mógłby posłużyć do budowy fortu. Może był tam gdzie Skała – nie wiem. Archeologia krakowska na ten temat milczy. Ale to jest tylko hipoteza Juliusza, trzeba by wykonać badania archiwów austriackich – czyli mieć kwerendę i fundusze przyznane przez Ministra i oddelegować pracownika do zbadania. Należałoby też wykonać badania murów Fortu, czy tam się znajduje to o czym piszą, co jest zabudowane i zamurowane, czy są kamienie, cegły, wapień obrobiony z czegoś bardzo starego z Bielan.”

 

 

Juliusz twierdzi również, że matka Aleksandra, Olimpiada, przebywając w Krakowie wolała ówczesną twierdzę w Tyńcu od zamku na Bielanach – ” Tłumaczy to niesamowitą przebudowę kościoła klasztornego w Tyńcu – jakby murarz dokonywał poprawek ZA JEJ PALCEM?  „

 

Współczesny klasztor w Tyńcu:

 

tyniec8323

Tyniec

Wiele osób zada sobie teraz pytanie- no dobrze, ale jakim cudem Aleksander Wielki siedział na zamku w Krakowie, skoro to miasto wtedy nie istniało? Przecież Kraków jest średniowieczny. Według Juliusza miasto zostało w pewnym momencie zbudowane od nowa po nadsypaniu terenu o 2 metry:

” Bolesław II kazał miasto Rozebrać, Nadsypać o 2 metry i zbudować Kraków Średniowieczny, przeznaczając na to kontrybucję bizantyjską.  „

Czy tajemnica zamku na krakowskich Bielanach zostanie kiedykolwiek wyjaśniona? Czy uda sie odnaleźć informacje na ten temat w austriackich archiwach? Czas pokaże. Temat jest niezwykle ciekawy i mam nadzieję, że zyska szerszą popularność.

Stanislav – Dodatek:

Próba podsumowania „wandaluzyjskich ” teorii dotyczących najdawniejszych dziejów Polski.

 

 

  1. Architektura przedromańska, Atlantyda.

 

Według Juliusza historia budownictwa kamiennego i ceglanego na naszych ziemiach jest dużo starsza, niż się oficjalnie twierdzi. Według niego około 4- 5 000 lat pne istniała dosyć zaawansowana technicznie cywilizacja, dla której oceany nie były przeszkodą w podróżowaniu i handlu.

 

Ważnym punktami na mapie miały być starożytne miasta Kraków i Wrocław:

 

http://www.wandaluzja.com/?p=p_241&sName=zegluga-oceaniczna-w-neolicie

„Sprawę rozwiązałem dopiero ja, co zostało potwierdzone Europejską Atlantydą. Wg mnie Atlantyda Platona była amerykańskim władztwem Tartessu-Tangeru na konwencjach STALOWNICZYCH z Wrocławiem i Krakowem. Wobec tego NAJAZD ATLANTÓW na Stary Świat, których Platon liczy na 10 milionów, był polityką Tartessu, którzy chcieli przy pomocy tych wojowników opanować środkowoeuropejską metalurgię ŻELAZA. „

 

http://www.wandaluzja.com/?p=p_230&sName=07.-architektura-przedromanska

 

” Jednak ja już w r. 1965 wykazałem, że Grecy pochodzą z atlantyckiej kultury pucharów lejkowatych, wywodzącej się z megalitycznych kultur żeglarskich, które były kierowaną przez Tartess-Tanger emigracją Paleo-Indian amerykańskich do Europy, reminiscencją czego jest Atlantyda Platona. „

 

 

Juliusz uważa, że platońska Atlantyda to literacka fantazja na temat emigracji Paleo – Indian do Europy. Szerzej teoria ta omówiona jest w tekstach, do których prowadzą umieszczone wyżej linki. Jeśli chodzi o architekturę to z tamtych właśnie czasów mają pochodzić budowle takie jak zamek w Kazimierzu Dolnym, oficjalnie datowany na średniowiecze czy zamki jurajskie. Poza tym ówczesny Płock miał posiadać kilka architektonicznych cudów opisanych tutaj:

 

http://www.wandaluzja.com/?p=p_291&sName=plock-megalityczny

 

Skoro mówimy o Ameryce warto przypomnieć artefakt odkryty pod Kielcami:

 

http://czastajemnic.blogspot.com/2014/11/indianskie-ryty-ze-wsi-kontrewersu.html

 

Wandaluzja:

 

„W latach 80-tych poszukujący dinozaurów paleontolodzy odkopali w podkieleckiej wsi naskalne rysunki, ale wezwani archeolodzy uznali je za średniowieczne. Odkrywcy zwrócili jednak uwagę na podobieństwo do naskalnych rytów Dzikiego Zachodu USA, datowanych na kilka tysięcy lat więc kieleckie znalezisko opublikował Bulletin of the New Mexico Museum of Natural History and Science. Trzeba zacząć od tego, że jest to kultura megalityczna, gdyż ważący kilka ton odłup piaskowca został przywleczony, co świadczy, że robili to fachowcy w MIEJSCU WAŻNYM. „

 

Oprócz tego znalazłem taki film na Youtube:

 

” Indianie Hopi z Arizony opowiadają, że ich przodkowie ocaleli przed zabójczym deszczem gwiazd dzięki pomocy ludzi- węży, którzy ukryli ich w głębi ziemi. Inna legenda Hopich mówi o ludziach -mrówkach ratujących ich przed burzami ognia i lodu.”

 

Ludzie- węże to Wenedowie, ludzie- mrówki to Anunnaki?

 

  1. Starożytny Kraków.

 

Zacznijmy od mitologicznych początków miasta:

 

” (…) Jur-Uranos, zbudował zamki jurajskie dla metalurgii ŻELAZA oraz Kraków, po czym udał się na Ural z Nałożnicą, w trakcie czego zbudował Białokamienną Moskwę.

 

Nie mam pojęcia czy to tak na serio czy to przenośnia literacka. A może każda postać z mitologii miała swojego autentycznego, realnego odpowiednika w postaci wodza lub władcy? Może chodzi o kogoś, kto był realnym odpowiednikiem Uranosa?

 

Zamek królewski na Bielanach , w którym miał rezydować przez pewien czas Aleksander Wielki z matką miał być według Juliusza zbudowany przez Gereona około roku 3400 przed naszą erą. Skoro tak, to zapewne przy budowie były używane piły diamentowe, jako że w tych czasach jeszcze nie zapomniano starożytnej technologii. O piłach będzie jeszcze w dalszej części tekstu. Możliwe też, że twierdza była wyposażona w jakiś rodzaj elektrycznego oświetlenia. Niektórzy naukowcy twierdzą całkiem poważnie, że starożytni Egipcjanie znali elektryczność. Możliwe, że tak było, w tamtych czasach przedpotopowa technologia nie była jeszcze zapomniana. Juliusz nic na ten temat nie napisał, to moje osobiste przemyślenia.

 

Kim był Gereon? Opis tej postaci autorstwa Juliusza:

 

http://www.wandaluzja.com/?p=p_300&sName=10.-gereon-i-waleska

 

Córką Gereona miała być według Wandaluzji Waleska Złotowłosa, fundatorka zeszklonej krypty w katedrze wrocławskiej, o czym przeczytacie jeszcze niżej. Dodać jeszcze należy, że w Budowli Czworokątnej na Wawelu ma być według Juliusza pochowany wspomniany wcześniej Jur-Uranos.

 

Na Krakowskich Bielanach miała również według Juliusza zostać zbudowana kopia aleksandryjskiej latarni Faros. Jej fundatorem miał być Set, mąż Semiramidy, córki Grakcha I. Cała ta historia opisana jest tutaj:

 

http://www.wandaluzja.com/?p=p_276&sName=20.-najazd-celtycki-i-grakch-i

 

Według Wandaluzji na mapie świata Al-Idrisiego z 1154 roku naszej ery widoczne są tylko dwa obiekty inżynieryjne: wieża/latarnia w Krakowie i kanał wołgodoński. Kto ma ochotę niech sam szuka na owej mapie:

 

http://pl.wikipedia.org/wiki/Ksi%C4%99ga_Rogera

 

Nie mam pojęcia czy chodzi o kopię latarni Faros jeden do jednego czy miniaturę. W każdym razie Jan Luksemburski burząc zamek w XIV wieku miał również zniszczyć wieżę. Osobiście najbardziej pasuje mi jako jej lokalizacja miejsce, w którym obecnie znajduje się Klasztor Kamedułów. Ale to tylko moja opinia a raczej przeczucie, którego nie jestem w stanie poprzeć żadnym dowodem. Dodam jeszcze, że według Juliusza proboszcz w dawnej Polsce nazywany był „faroszem” i wzięło się to właśnie od tej krakowskiej latarni. Farosz- przewodnik oświecający drogę?

 

Wypada wspomnieć jeszcze o kwestii murów nawodnych starożytnego Krakowa:

 

” Najwspanialsze mury NAWODNE miała Troja na Złotym Rogu, przy których kompasy STAWAŁY, więc wnioskowano, że były Żelazne. Ja tłumaczę to tym, że budował je Kar z Krakowa na wzór murów Nawodnych Krakowa, zlikwidowanych przez kanclerza Szczepanowskiego, który zbudował Kraków obecny.”

 

Według Juliusza niejaki Kar z Krakowa był projektantem Troi , która według niego znajdowała się na Złotym Rogu( http://pl.wikipedia.org/wiki/Z%C5%82oty_R%C3%B3g )        oraz piramid w Bośni:

 

” Uniwersytet w Zagrzebiu datuje Piramidy w Bośni na 12 tysięcy lat, gdy wg mych kalkulacji pierwszą z nich zaczął budować Kar z Krakowa ok. 4700 lat pne. Moja chronologia zyskała ostatnio wsparcie znalezieniem na DNIE cieśniny Dardanelskiej k. Canakkale miasta sprzed 7 tysięcy lat, co świadczy, że cieśnina ta została wówczas PRZEKOPANA – co zgadza się z mą stratygrafią portu Yenicapi na południowym brzegu Stambułu. Wynika z tego bowiem, że Kar z Krakowa, po zbudowaniu Troi na Złotym Rogu, osiadł w Sarajewie, jako Nowej Stolicy Europy.
Datowanie Piramid Bośniackich na 12 tysięcy lat można tłumaczyć rutynowym błędem. 12.300 lat temu Golfsztrom skierował się na Północ i stopniał lodowiec Skandynawski, wobec czego Bośnia porosła LASEM. Ponieważ Piramidy Bośniackie ZAKOPANO to w warstwie nasypowej nie było drewna STARSZEGO od 12 tysięcy lat, co przy badaniach technicznych uznano za WARSTWĘ BUDOWLANĄ, gdy była to WTÓRNA warstwa nasypowa. Szukano bowiem drewna NAJSTARSZEGO a to pochodziło z nadsypki. „

 

Kończąc podsumowanie „wandaluzyjskiego” Krakowa wróćmy na chwilę do zamku na Bielanach. To w nim miała znaleźć schronienie ludność miasta w czasie najazdów tatarskich. Ma to sens- miejsca było tam dużo więcej niż na terenie pałacu biskupiego na Wawelu.

 

 

  1. Starożytny Wrocław:

 

Zacznijmy od mitologicznych początków Wrocławia:

 

” Wrocław budował zięć Posejdona Tymoteusz a następcą jego został II syn Posejdona Innachos, który zbudował obecną farę wrocławską „

 

Podobnie jak w przypadku Uranosa nie mam pojęcia, czy to przenośnia czy jest to pisane na serio. Idźmy dalej, co łączy Wrocław z piramidą Cheopsa?

 

” W Piramidzie Cheopsa znaleziono staliwne dłuto do obróbki granitu i ślady piły DIAMENTOWEJ, co powinno pochodzić z Sobótki, bo takich pił używano przy budowie Wrocławia.  „

 

Juliusz wspomina o Pałacu Pana, który miał być budowany z pomocą pił diamentowych. Chyba właśnie tego dotyczy poniższy tekst:

 

” pałac Królewski we Wrocławiu, którego budowę podjął Pan – ojciec czy dziad Jura-Uranosa – był budowany piłami DIAMENTOWYMI, gdyż było TYSIĄCE ciosów, z której to racji obecny minister KiDzN Zdrojewski i jego konserwator Wrocławia Hawrylakowa niszczyli ten pałac z POŚWIĘCENIEM. „

 

Skoro o piłach mowa to zapewne wspomniane poniżej płyty granitowe były cięte właśnie z ich użyciem. Prusacy z tego tekstu to zapewne Niemcy po tym, jak Wrocław odłączył się od Polski:
” Przedlokacyjny Wrocław był wyłożony PŁYTAMI GRANITOWYMI, które zbrakowali Prusacy „

 

Kolejna sprawa- krypta w katedrze wrocławskiej. Tutaj po raz kolejny pojawia się Waleska Złotowłosa:

 

„MMC pisze, że nie znaleziono śladów obróbki mechanicznej na megalitycznych blokach poligonalnych, które wyglądają jak LANE. Bazalt lany nazywa się lejzną, co łączy się z murami ZESZKLONYMI i kryptą III katedry wrocławskiej, którą – na moje wezwanie – oglądał Bundestag, a którą ja przypisuję Walesce, córce Gereona po r. 3400 pne. Wg Lincoln & Sp. to architektura gotycka pochodzić z głębokiej starożytności, co głosiła lwowsko-wrocławska szkoła archeologiczna i architektoniczno-historyczna.
To że Indianie znali technikę topienia kamienia wnioskowałem dawno. Technikę tą opracowano prawdopodobnie przy budowie III katedry wrocławskiej, gdyż bliźniacza krypta Grobów Królewskich na Wawelu została przepalona. Wawel Gotycki powinien być budowany po zburzeniu Wawelu przedromańskiego przez Tyfona, który rozgromił Gereona. Kamień topiono prawdopodobnie fosforem. Mury takie nazywa się POLIGONALNYMI. Wcześniej Chejron Płocka zbudował Stonehenge.  „

 

Chodzi chyba o to, że technikę opisaną powyżej zastosowano eksperymentalnie właśnie we Wrocławiu i w Krakowie, eksperyment krakowski jak widać się nie udał. O Chejronie z Płocka będzie jeszcze w dalszej części.

 

W latach 80-tych i 90-tych Wrocław miał się stać według Juliusza miejscem celowego zacierania śladów przeszłości. Dokonywać mieli tego pani Hawrylak i Bogdan Zdrojewski. Taka jest opinia Wandaluzji, więc osoby, które ewentualnie znają osobiście te postaci niech kierują pretensję do Juliusza jeśli czują sie urażone, ja tylko cytuję jego opinię. Przykładowy tekst na ten temat, jaki znalazłem:

 

http://www.wandaluzja.com/?p=p_220&sName=koscioly-tymoteusza-

 

” W latach 80 do WOAK przyszedł robotnik, żeby pokazać nam rzecz niesamowitą. Na ul. Mikołaja kamienica secesyjna stała na piwnicach GLINIANYCH. Ale na tym nie koniec, bo 10 lat temu przy ul. Mikołaja, Kiełbaśniczej i Rzeźniczej odkopano domki takie jak Jaś i Małgosia, ale o sklepieniach GRANITOWYCH i bez śladu cegły. Awanturowałem się i GROZIŁEM Żydówce Hawrylak – że to zabudowa sprzed KILKU TYSIĘCY LAT, ale rozebrali… „

 

  1. Starożytny Lublin

 

Juliusz tak pisze o historii tego miasta:

 

„Napotkałem artykuł o LUBLINIE, ktory mi się nie podobał. Było tam, że miasto zostało zalożone przez królową Julię, siostrę Juliusza Cezara, która założyła również Lubuszę-Berlin. Jednak na GRECKIEJ mapie Europy z r. 529 pne Lublin jest stolicą Polski jako BURSZTYN (Thomas J. Craughwell, Jak najazdy barbarzyńców ukształtowały współczesną Europę, PWN W-wa 2009, s. 15), która to nazwa powinna pochodzić SPRZED Saby i Salomona, którzy zastąpili bursztyn kopalny MIRĄ. Wykazywałem też, że katedra lubelska na zwenątrz murów obronnych istniała już w wojnie trojańskiej, czyli że została zbudowana przez Ariów kultury trzcinieckiej, bo I słowiańskim władcą Lublina był powrociniec spod Troi Paweł Długi.
Pisałem, że budowę KAMIENNYCH murów Lublina musiał podjąć już Jur-Uranos przed podróżą na Ural, gdy zbudował Białokamienną Moskwę. Postanowili to sprawdzić Hiszpanie, którzy rozpytali się o KAMIEŃ Białokamiennej Moskwy, a gdy dowiedzieli się, że dowożono go Dubną to zaczęli tam kopać, co POTWIERDZILI znalezieniem sieci z V tysiąclecia pne dla obłowów TOWAROWYCH.
Lublin jest też spowinowacony z Moskwą, gdyż Kazimierz Wlk podjął budowę Fortecznego Lublina, co w r. 1346 zarzucił, ale plany zostały wykorzystane przez Dymitra Dońskiego do budowy Gotyckiej Moskwy, która z tej racji nie miała krzty Bizantynizmu. Na niezrealizowanym planie Kazimerza Brama Grodzka miała być Ratuszem, i dlatego przebudowano ją Zegarowo; dla zegara czworobocznego i ośmiobocznego Wallingforda-Dondiego.
LUBLIN w atlasie Brauna i Hogenberga z r. 1618 był miedzorytem sporządzonym PO BITWIE POD LUBLINEM w r. 1341, w którerj zginął chan tatarski a książę halicki Detko złożył hołd Kazimierzowi Wlk. Wnoszę to stąd, że BRAKUJE tam pałacu Władysława Jagiełły, którego budowę podjął Kazimierz Wlk a w r. 1383 pałac ten był Majestatem. Z tej racji w Lublinie odbywały się Sejmy, Zjazdy Szlacheckie i była tam wymagająca MAJESTATU Unia Lubelska.
W r. 1719 Lublin został spalony przez Rosjan, którzy to prawdopodbnie wysadzili Pałac Jagiełły w którym stacjonowali jako koszarach. Na malowidle POŻAR LUBLINA W ROKU 1719 jest z lewej bramna część Zamku z pozostałościami jakby murów pałacowych, ale malunek powstał ileś lat po Pożarze a malarz malował z Autopsji.
Na rysunku Urmanowskiego z r. 1810 mamy NA KORONIE zamku przykapliczny Narożnik i parterowe mury czworoboku – jakby podjęta w tymże roku budowa MAURETAŃSKIEGO Więzienia wykorzystała założenie i ostańce Pałacu Jagiełły”

 

 

  1. Starożytna Warszawa

 

Na ten temat znalazłem tylko tyle:

 

„Było to możliwe po Wyproszeniu przez Egipcjan (kultury pucharów dzwonowatych z Wenecji) Szreniawy z Kielc, który wyniósł się do Warszawy, gdzie zbudował Ujazdów.”

 

  1. Starożytny Gdańsk.

 

” Jeśli Kusche datuje je na podstawie znalezionego w tych TUNELACH materiału organicznego, jak np. konstrukcji drewnianych, to może istnieć kazus, jak w przypadku wymiany pali fundamentowych na Wyspie Spichrzy w Gdańsku – że pale były tak skamieniałe, iż odczytać słojów dendrologicznych się nie dało, jakby miały KILKA TYSIĘCY LAT? Stwierdzono tylko, że są PRZEDKRZYŻACKIE, a może bano się ogłosić Odczytu? Historycznie wiadomo, że Wyspę Spichrzy zarekwirował Zygmunt Stary dla floty wojennej.  „

 

 

Poniższy tekst proszę dołączyć do starożytnego Wrocławia, na sam koniec tego punktu:

 

Juliusz twierdzi również, że w piwnicy jednego z domów na ulicy Akacjowej we Wrocławiu znajduje sie dziwny obiekt, który jest przez niego łączony z legendarną Księżycową Jaskinią w tym sensie, że mógł zostać wykonany tą samą techniką. Czy to pozostałość po starożytnej historii miasta? Czy też jednak jest to bunkier z czasów II wojny światowej?

 

” We Wrocławiu przy ul. Akacjowej ( … ) stwierdzono w piwnicy Nibybunkier o fakturze szarej i połyskliwej, do którego się wejść nie dało a którego nie można było zarysować najtwardszymi wiertłami, choć lokator – pracownik naukowy PWr – wezwał fachowców.”

 

Celowo nie podaję pełnego adresu ze względu na poszanowanie danych osobowych aktualnych lokatorów.

 

7. Starożytne ciekawostki z Polski i ze świata:

 

  1. a) Stoehange zaczął budować według Juliusza niejaki Chejron z Płocka, który „wyglądał jak Grzegorz Lato”. Nie mam pojęcia jak Wandaluzja odtworzył jego wizerunek. Natomiast dokończenie budowy Wandaluzja przypisuje Posejdonowi.

 

http://www.wandaluzja.com/?p=p_285&sName=stonehenge

 

„Wg mej systematyki to Stonehenge budował Chejron po aneksji Brytanii jako nawigacyjną i meteorologiczną drewnianą wieżę nadmgielną. Triolity do Kamiennego Stonehenge były prawdopodobnie dowożone ZEŚLUZOWANYM Avonem a na miejsce budowy przy pomocy TAMY napełniającej dolinę. Ponieważ teren wokół Drewnianego Stonehenge był niwelowany warstwami łupka kamieniarskiego to widocznie produkowano tam z kamienia dowożonego rzeką KOSTKĘ na Drogę Ceremonialną, którą Egipcjanie użyli do budowy którejś z katedr ROMAŃSKICH. Katedra-emporium w Salisbury powinna istnieć w połowie III tysiącl, jak świadczy OPUSZCZENIE Stonehenge jako ośrodka ceremonialnego. Kryterium mogą tu być też KRYPTY ROMAŃSKIE jako właściwe Niemcom i Czechom – z czego można wnosić, że były budowane przez wspierającego Chejrona TRYTONA. „

 

„OGRODNIK odkrył, że megalityczny garnitur kamienny Stonehenge był KOMPLETNY. Znaczy to, że Posejdon kazał UKOŃCZYĆ budowę Chejrona, tj. dokończyć megalityczny PARTER i zbudować na nim drewnianą NADMGIELNĄ wieżę nawigacyjna i meteorologiczną. Wieżę zaś ZAWALILI Egipcjanie, którym żegluga Iberyjska nie była potrzebna i walczyli z kulturą megalityczną, a zwłaszcza jej kalendarzem SŁONECZNYM: 4 x 91 + rok Przestępny, do Uroczystego wyznaczania czego zbudowano Stonehenge. ZAWALENIE polegało zaś na siłowym usunięciu z jednej strony megalitów, co można obliczyć KOMPUTEROWO”

 

 

  1. b) Juliusz wyjaśnia w jaki sposób został obrobiony słynny kamień z Baalbek:

 

„Baalbek było budowane przy pomocy 2 maszyn: Ciężarnej i Rodzącej. Ciężarna była chwacka i robotna a Rodząca płaczliwa i jękliwa. Uznałem Ciężarną za rolkę wieloszynową a Rodzącą za podnośnik HYDRAULICZNY. Początkowo budowano z triolitów tysiąctonowych, ale mechanika zepsuła się i musiano budować z bloków pięćsettonowych. „

 

  1. c) W Koninie miała znajdować się kopia pałacu Ptolemeuszy z Aleksandrii:

 

” Podczas oblężenia przez Moskwę i Rusa Konstantynopola dyplomacja bizantyjska sprowadziła z Mongolii Awarów, którzy w r. 558 Uwolnili Konstantynopol. Podczas badań grobów awarskich na Węgrzech stwierdzono ŚLADOWE domieszki mongolskie – jakby Awarzy nie żenili się z Turczynkami? Awarzy pochodzili bowiem od zesłanej karnie na Wschód armii Łużyczan-LUGIÓW, którym Wandalowie dali w D,. za trzymanie z Rzymianami, o czym mówi Quo vadis. Nazwa AWAROWIE pochodzi od Przesławnych Awarów nad Wisłą, czyli Kairu-Avarisu-Kawaru-Konina, gdzie mąż Semiramidy Set zbudował kopię pałacu Ptolemeuszy w Aleksandrii. „

 

Pałac miał zostać zniszczony przez Hunów roku 400 ne.

 

  1. d) Mauzoleum Diany na kieleckiej Kadzielni:

 

„Królowa Sarmatów Diana, po pobiciu Aleksandra Wlk w Kielcach, anektowała Azję Mniejszą, gdzie kazała obudować spaloną świątynię Krezusa, która zmieniał nazwę z Krezojronu na ARTEMNIZJON, oraz wznieść taką sama tylko dłuższą o jedno przęsło na Kadzielni kieleckiej, którą zburzyli Tatarzy w r. 1260. „

 

Juliusz powołuje sie tutaj na Kronikę Nowogrodzką, w której to znalazł informację o zburzeniu tej budowli a konkretnie o zniszczeniu ” pięknej świątyni z białego kamienia”.

 

Dla przypomnienia, cała ta historia z Aleksandrem Wielkim i Dianą znajduje sie tutaj:

 

http://www.wandaluzja.com/?p=p_302&sName=19.-olimpiada-i-diana

 

  1. e) Grób Mieszka I:

 

http://www.wandaluzja.com/?p=p_191&sName=mieszko-i

 

„Ponieważ kaplica Mariacka na Ostrowie poznańskim jest mauzoleum Dobrawy Czeskiej więc odkryte pod nią palatium (wartownia i forteczna sypialnia) musiała być zbudowana dużo wcześniej, gdyż między Palatium a obecnym Mauzoleum jest kaplica romańska. Ja uznałem Wartownię za dzieło Pana z Wrocławia, który zbudował I katedrę poznańską; kaplicę romańską za grobowiec PANA OCEANÓW Posejdona a obecną kaplicę jako mauzoleum Dobrawy. „

 

  1. f) Świątynia imperialna na krakowskich Krzemionkach:

 

http://www.wandaluzja.com/?p=p_96&sName=27.-architektura-polska

„W Polsce takich świątyń było kilka, ale nie wszystkie miały kolumny granitowe, gdyż legenda wawelska mówi o kilku świątyniach NA KAMIENIU INDYJSKIM czyli kolumnach z nefrytu jordanowskiego, nazywanego indrą? Najwspanialsza świątynia kolumnowa była prawdopodobnie na krakowskich Krzemionkach jako polska świątynia Imperialna, gdyż tam zamontowano zagrabione w Konstantynopolu w r. 1064 Złote Wrota i tam koronował się Bolesław Śmiały. Świątynię tą rozebrano za Bolesława Krzywoustego jako Bałwochwalnię. „

 

 


Wiara Przyrodzona na świecie: Jawa – Borobudur – Prambanan (Kira Białczyńska &Łukasz Dudek)

$
0
0

©® by Kira Białczyńska & Łukasz Dudekindonezja-10Yogjakarta  – Prambanan

indonezja-13

 

indonezja-14

indonezja-15

 

indonezja-16

indonezja-17

indonezja-18

indonezja-19

indonezja-21

indonezja-22

indonezja-23

indonezja-26

indonezja-28

Prambanan – hinduistyczny zespół świątynny położony w Indonezji na wyspie Jawa, 18 km od miasta Yogyakarta. Zbudowany w IX wieku[1] dla upamiętnienia zwycięstwa Rakai Pikatana władcy Sanjai nad Balaputrą ostatnim władcą Śailendry. Zespół świątyń był poświęcony Śiwie, Wisznu i Brahmie.

W 1991 roku zespół świątynny Prambanan został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

W maju 2006 roku świątynie ucierpiały podczas trzęsienia ziemi.

indonezja-32

Borobudur, czyli Bud-owla na (b)ORzym Wzgórzu

indonezja-33

indonezja-34

indonezja-35

indonezja-36

indonezja-37

Borobudur (Świątynia-wzgórze) – buddyjska świątynia na Jawie, na obszarze porośniętej dżunglą równiny Kedu, powstała pomiędzy 750 a 850 r. n.e., kiedy nad Jawą panowała zhinduizowana dynastia Śailendrów. Świątynia buddyjska wyrosła z mniejszego zamierzenia architektonicznego poświęconego Śiwie. Borobudur jest jednym z największych obiektów kultu buddyzmu na świecie.

Piramidalna konstrukcja świątyni odzwierciedla buddyjską wizję świata. Ma budowę tarasową, na pięciu czworobocznych tarasach dolnych znajdują się reliefy przedstawiające sceny z życia Buddy i dżataki. Na trzech górnych tarasach kolistych mieszczą się 72 dagoby, zaś w każdej z nich (poza jedną) znajduje się figura Buddy. Całość wieńczy większa od innych dagoba. Bok najniższego tarasu ma 111 m. długości, całość zaś wysokość 35 m.

Budowla nie posiada pomieszczeń wewnętrznych, przeznaczona jest do rytualnej pielgrzymki, na trasie której rozmieszczone są płaskorzeźby przedstawiające sceny z życia Buddy o łącznej długości około 6 km[1]. Jest to ponad 2000 reliefów, wykonanych z szarego trachitu[2].

Jeden z pomników Buddy w pozie medytacyjnej jest uważany za szczęśliwy. Lokalni przewodnicy mówią, że jeśli kobieta dotknie pięty buddy a mężczyzna jego palca, będzie im towarzyszyć szczęście.

Borobudur stracił na znaczeniu w XI wieku. Dla świata budowlę odkrył w 1814 jeden z oficerów, w czasie brytyjskiego panowania na Jawie (1811-1814). Wicegubernator tej wyspy i późniejszy założyciel Singapuru Thomas Stamford Raffles[2] zorganizował wówczas pierwsze prace konserwatorskie i wykopaliskowe. Kompleksową odbudowę prowadzili Holendrzy z Th. van Erp na czele w latach 1907-1911. Niestety nie naprawiono wtedy krzywych murów, co doprowadziło do osuwania się ich pod wpływem tropikalnych deszczy[2]. W 1991 Borobudur wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

indonezja-41

indonezja-42

indonezja-43

indonezja-44

indonezja-45

indonezja-46

indonezja-47

indonezja-48

indonezja-49

indonezja-50

indonezja-51

indonezja-53

indonezja-54

indonezja-56

indonezja-57

indonezja-58

indonezja-59

indonezja-60

indonezja-61

indonezja-62

indonezja-63Adam i Ewa???

indonezja-64


Paweł Szydłowski – Lechia część 2

$
0
0

 Część 2

https://www.youtube.com/watch?v=bJaiO09RltE&list=UUpdXoN2J3Irki8-9AWqtEsA&index=20

 

 

Opublikowany 22 wrz 2013

Państwo Lecha to historia narodu który zapomniał o swojej przeszłości.Tak Długosz i kroniki Ruskie opisują Lechię: http://youtu.be/y8IVwoM9wCg

 

Znamy w Polsce inną Gorę Łyskacz o której mało kto słyszał. Góra ta posiada swoje wały kamienne i ulokowana jest pod Limanową. Nazywa się ją obecnie Górą Łyska/Łyszka. Obok znajduje się sąsiednia święta góra Pępawka (Pąp Rudzi).

Jeśli postudiuje się głębiej problem wtórności zoroastryzmu względem Wiedy Scytów i uzyska wiedzę na temat kolejności wydarzeń, choćby z podań i mitów Persów, dowiemy się , że Zoroaster był odstępcą od Wiary Przyrodzonej Północy i był ścigany za to do końca życia, a wreszcie został zamordowany przez Czaropanów z Góry Kara, którzy jako Panowie panowali nad tymiż Górami Panów (Ural) do momentu wykradzenia przez ojca Zoroastra, Burusza  Spitamę, Ziarna z Drzewa Wyspowiszu – Drzewa Kary.

komory_grobowe_we_wnetrzy_lysej_goryKomory grobowe pod Łyścem

Pietraszewski jest bardzo ważną postacią dla Słowiańszczyzny i jego osobę oraz odkrycia przybliżamy na Czarnym Pasie uznając go za Strażnika Wiary Przyrodzoney Słowian. W czasach Pietraszewskiego nie wyobrażano sobie nawet, że dzieje mogły się potoczyć tak, iż Wiara Przyrodzona poszła znad Wisły nad Ganges i do Persji a nie na odwrót. Za realny uważano tylko jeden kierunek, od Zoroastra do Polski. Stąd jego koncepcje, które współczesne odkrycia – choćby podanie o Wyspie i Drzewie Kara oraz wygnaniu Panów z Gór Panów do Harii (K-Harpatii) przez Dziewannę-Krasznę w wyniku klątwy rzuconej za niedopilnowanie Drzewa Drzew. Mamy więc tutaj w tych wykładach trochę zamieszania, ale warto ich mimo wszystko posłuchać choćby ze względu na to iż mamy tu z innej strony potwierdzenie skąd Żydzi wzięli Kabałę. Pamiętajmy, że kobić – znaczy wróżyć, koba – znak, kobierzec – dywan święty zawierający wzory święte i znaki , kobieta – wróżka, kaba – święty kamień, kapalica – święty napój z mleka i narkotyku, kaplica – chram, miejsce składania ofiar, kapła – kapłan.

Wyspa i Morze Kara istnieją nadal to Nowa Ziemia i Morze Karskie – patrz na mapie poniżej

Eurazja Podboje Widnura 6 2014 Uzupeł


Jarek z Bielska – Kryptonim Holophagus

$
0
0

fr walcz krak walczący ze smokiem A58Franciszek Walczowski – Krak walczący ze Smokiem

© by Jarek z Bielska (http://www.halfsciencenonfiction.blogspot.com/)

Kryptonim „Holophagus”

Tytułowy Holophagus to łacińska nazwa smoka nazywanego „całożercą”, czyli miana, które przypisano Smokowi Wawelskiemu http://pl.wikipedia.org/wiki/Smok_Wawelski. Każdy Polak zna chyba tę legendę. Po przeczytaniu kilku artykułów zamieszczonych na portalu Studia Mythologica Slavica doszedłem do wniosku, że zarówno sama legenda (i to niezależnie od wersji), jak również każda z pojawiających się w niej postaci: Krak, jego dwaj synowie, Smok i Szewczyk, stanowią tylko wyobrażenie mitu. Do odkodowania tego mitu posłużymy się kilkoma cytatami z następujących prac;

  1. Slovenska poganska sveta pokrajina. Primer Bistriške ravni.” (Slovene Pagan Sacred Landscape. Study Case: The Bistrica Plain), której autorami są: Benjamin Štular, Ivan M. Hrovatin.
  2. The Horse as a Cosmological Creature in the Slovene Mythopoetic Heritage” autorstwa Moniki Kropej
  3. Dragon and Hero or How to Kill a Dragon – on the Example of the Legends of Međimurje about the Grabancijaš and the Dragon” autorstwa Suzany Marjanić.

Zacznijmy zatem od nakreślenia tła, w jakim rozgrywa się akcja mitu, które opisują dokładnie poniższe słowa: „In the lake lived a dragon who kept creating havoc for the inhabitants. Only killing the dragon offered the opportunity for a calm life” /Slovene Pagan Sacred Landscape/. Brzmi znajomo i choć mowa jest tu o jeziorze, a nie o jamie (o jej znaczeniu dowiemy się w dalszej części tekstu), to jednak mamy zaprezentowaną jedną z głównych postaci mitu – Smoka oraz przypisane mu przymioty. Spróbujmy znaleźć następne charakterystyczne postacie: „a beggar kills the dragon by deceiving him”/Slovene Pagan Sacred Landscape/. Widzimy tu postać żebraka, którą możemy odnaleźć i w naszej legendzie, jest nim bowiem Szewczyk. Co ciekawe, żebrak zabija Smoka podstępem, a więc identycznie jak zrobił to Szewczyk. Spójrzmy zatem na kolejny fragment : „In the story we can recognise the following scheme: The lord of the castle is on the hill, therefore representing the authority, i.e. the lord of the sky.”/Slovene Pagan Sacred Landscape/. W tym fragmencie pojawia się kolejna postać – „Pan na zamku”, któremu             w naszej legendzie odpowiada Krak. Cały fragment tego tekstu, zacytowany poniżej, dokładnie oddaje sens umieszczenia poszczególnych postaci w całej opowieści.

In the story we can recognise the following scheme: The lord of the castle is on the hill, therefore representing the authority, i.e. the lord of the sky. Below, in the lake is a dragon, which causes havoc and damage. Because animal and vegetable sacrifices are no longer sufficient he demands a human sacrifice or to be more precise a sacrifice of a young female. A traveller – someone from without the community – kills the dragon and brings peace to the valley” . Zwróćmy uwagę na rozłożenie akcentów, gdyż nie jest ono przypadkowe. W tym fragmencie pojawia się też postać żeńska, która nie występuje w legendzie o Smoku Wawelskim, a przynajmniej bezpośrednio. W tej chwili nie będę się nią zajmował, nie traćmy jej jednak z pola widzenia, gdyż jeszcze do niej powrócimy. W rozważaniach nad sensem naszej legendy nadszedł już moment na kluczowy dla całego mitu fragment: „We know that on the Slav territory the dragon represents a celestial being named Veles (Belaj 1998, 46-66). The lord of the castle represents the divine power, the old-Slav name for which is Perun (Belaj 1996, 989; compare ibid. 1998, 46-66)”. Odsłania on jedną z części mitu zawartego w legendzie. Mamy tu bowiem postacie Peruna/Kraka i Velesza/smoka. Kim zatem jest żebrak/Szewczyk i jaki jest sens umieszczenia tej postaci w opowieści. Odpowiedź na to pytanie znajdujemy w dalszej części artykułu „the beggar is entering the events, the world of gods from the outside (…) the person has, by performing the sacrifice, mediated between both worlds, thus ensuring the welfare of the community„/Slovene Pagan Sacred Landscape/. Postać Żebraka/Szewczyka służy przywróceniu równowagi pomiędzy dwoma światami, o sensie których przeczytać możemy na wstępie cytowanego artykułu „The world is constructed of three horizontal spheres and an axis that connects them. The horizontal spheres are the sky, earth and the underworld. The axis which links them all together is symbolised by a mountain peak, a cave in the mountain or a cosmic tree. However, the human world encompasses merely a part of the earth plate, while the underground and sky spheres belong to the gods, demons and the souls of the deceased. (…). That is how the balance was preserved in all three spheres, and this brought prosperity to the earth world.”. Znamy już zatem wszystkie elementy, które pozwalają nam odczytać sens legendy o Smoku Wawelskim, a przynajmniej takie jej znaczenie, które możemy odczytać przy pomocy cytowanego artykułu. Powróćmy jeszcze na chwilę do pierwiastka żeńskiego. Nie pojawia się on w naszej legendzie, a przynajmniej bezpośrednio. Wiemy natomiast , że motyw „składania” ofiary z młodej kobiety pojawia się w legendzie o Wandzie. Czy ta legenda może mieć jakieś powiązanie z ogólnie pojmowanym funkcjonowaniem wskazanej powyżej „axis mundi”? Z innego fragmentu cytowanego powyżej tekstu możemy się dowiedzieć, że „In many versions of this story (AaTh300) the offering of the young female sacrifice was performed at the water habitat of the dragon (for instance Kropej 1995, 150) or a cave (Pogačar 2001, 31).”. Z łatwością zauważyć możemy istnienie podobieństwa tych opowieści, gdyż w legendzie o Wandzie, jej główna bohaterka rzuca się właśnie do Wisły – a więc do wody rozumianej jako mityczne siedlisko Smoka/Velesza.

W przeprowadzonej analizie zabrakło dwóch ważnych „aktorów”, którzy pojawiają się w legendzie o Smoku Wawelskim, a mianowicie synów Kraka. Nie zapomniałem                 o nich, a uczyniłem tak z uwagi na konieczność poświęcenia im większego fragmentu. Czytając legendę o Smoku Wawelskim odnieść można wrażenie, że wątek bratobójstwa, jakoś nie pasuje do całego przekazu. Dochodzi do niego po tym, gdy synowie Kraka                 w końcu zabili bestię. Poniżej postaram się wykazać, że fragment ten, jak i cały przekaz zawarty w legendzie, ma znaczenie głęboko symboliczne i takiego też symbolicznego wyjaśnienia powinniśmy poszukiwać, próbując wyjaśnić zagadkę związaną ze sceną bratobójstwa. Wielce pomocna w tym względzie będzie wspomniana już powyżej praca „The Horse as a Cosmological Creature in the Slovene Mythopoetic Heritage” autorstwa Moniki Kropej. Pierwszą poszlaką wiodącą nas do do odczytania przekazu związanego z omawianą sceną stanowi poniższy fragment: „The Carnival, during which horse masks are frequently seen, forecasts the coming of spring when at last St. George, a hero on a white mare, defeats a terrifying dragon and casts winter from the country. Midsummer Day is announced by Kresnik who was born with horse hooves and who often assumes the image of the horse. Finally, when summer turns to fall, Jarnik, St. George with a gun, shoots a white horse, a goat or a chamois named Goldenhorn, symbol of the sun, but only to be reborn at Christmas as the young sun, or the foal.”. Zauważmy, że pojawiają się tu trzy postacie: St. George (św. Jerzy), Kresnik i Jarnik. Ich znaczenie i wzajemne przenikanie dobrze oddaje następny fragment: „According to Slovene mythical legends a hero who kills a dragon – in Christian mythology St. George on a white mare – has a brother, a mythical hunter Jarnik(…)Kresnik, the hero who was the winner before and who killed a mighty beast, now becomes the victim. He is killed by his own brother Jarnik out of greed and passion.”. Widzimy zatem, że wskazany opis mitu pasuje również do sceny zawartej w legendzie.

Zatrzymajmy się jeszcze na moment przy postaci Smoka i sięgnijmy do artykułu „Dragon and Hero or How to Kill a Dragon”, w którym możemy znaleźć poniższy fragment :„If we attach to this version the legend of the Štrigova Dragon, pozoj [Štrigova being a village and municipality in Međimurje] which, unlike the version of the Čakovec dragon legend, introduces a temporal deixis about Spring as the period of the awakening of the young pozoj, that can be paralleled with Mislav Ježić’s tenet that the myth of Vrtra, that is, the myth about the killing of the Dragon and the liberation of Water, most probably refers to the time of year of the Summer Solstice (Ježić 2006:59). Namely, the point of reference about Spring in the Štrigova legend introduces the deixis about the beginning of the Proto-Slavic New Year that began in Spring – around the date of today’s Christian Easter and/or St George’s Day as the beginning of the Summer part of the year. St George’s Day is situated in a very important position in the calendar system between the Summer and Winter halves of the year (Belaj 1998:120, 169) and is often seen in the folklore conception as the beginning of Spring, but also as the beginning of the year, that is, the economic year when the livestock is first taken out to pasture after Winter.”. Zwróćmy uwagę na podkreślony tekst, który powinien wydać nam się znajomy, gdyż                 w jednej z wersji legendy o Smoku Wawelskim Smok wypija wodę z Wisły i pęka od jej nadmiaru. Nie ulega chyba już wątpliwości, że jest to kolejne symboliczne nawiązanie do sfery mitu, jakie możemy odnaleźć w legendzie o Smoku Wawelskim. Jeszcze raz wróćmy zatem do tego artykułu, który w taki oto sposób opisuje te kwestie: This mythic, demonological legend once again indicates the link between the pozoj and the grabancijaš who calls up storms and hail by riding on the pozoj; of how the grabancijaš – pozoj meteorological binomial brings fructiferous rain after prolonged periods of drought, just as Perun liberates the Water from Veles’s Netherworld of Eternal Spring (Vyrej/Virej) in the Proto-Slavic matrix. „.

Na koniec wróćmy jeszcze do jamy Smoka Wawelskiego. Okazuje się, że owa „jama” nie do końca musi oznacza to, z czym nam się w pierwszej chwili kojarzy. Otóż pośród wielu ciekawych kwestii poruszonych w pracy „Dragon and Hero or How to Kill a Dragon” natknąłem się na z pozoru nic nie znaczący poniższy fragment: „I am therefore quoting in full the following legend about the pozoj in Čičanjska Jama (jama here meaning marsh, lake, river tributary) near Donji Vidovec (in Međimurje).„. Jak zatem                 z niego wynika, pod pojęciem „jama” może wcale nie kryć się jaskinia lecz bagno, jezioro czy też jakaś inna forma budowy koryta rzecznego. To ciekawe „odkrycie”. Wskazywać bowiem może, że nasza legenda może pochodzić z okresu, kiedy Wzgórze Wawelskie otoczone było jeszcze mokradłami utworzonymi przez Wisłę. Smok Wawelski przebywałby w takim przypadku nie w jaskini pod Wzgórzem Wawelskim, a w mokradłach u jego podnóża. Takie umiejscowienie siedziby smoka wskazywać może na południowoeuropejski rodowód narodzin legendy. Tego wątku nie będę tu jednak rozwijał, a wszystkich zainteresowanych odsyłam do cyt. artykułu.

Spróbuję teraz zobrazować to, o czym do tej pory napisałem. Ilustracja nr 1 obrazuje wersję legendy z udziałem synów Kraka.

ilustracja 1

Oś pionowa to axis mundi , która łączy trzy sfery horyzontalne: 1 – niebo, 2- ziemię, 3 – świat podziemi. Sferę – 1 przypisujemy Perunowi, sferę -2 wspólnocie ludzi, sferę – 3 Veleszowi. W sekcji A przedstawiony mamy stan równowagi pomiędzy sferami. Sekcja B to czas chaosu i zniszczenia wywołanego przez Smoka/Velesza, który wtargnął do niej ze swojej domeny-sfery A 3 . W celu przywrócenia równowagi wszystkich trzech sfer Perun wysyła dwóch synów – solarne bóstwa: Kresnika i Jarnika. Kresnik zabija Smoka, lecz Jarnik trawiony zazdrością zabija pogromcę Smoka/Velesza- Kresnika . Staje się to jednak powodem jego późniejszego wygnania – sekcja C 2.

Można zadać sobie pytanie, czy ukazanie na tej ilustracji osi czasu ma swoje uzasadnienie. Według mnie tak, gdyż stanowi ona ważny łącznik pomiędzy warstwą narracji, a warstwą mitu. Ważnymi wskazówkami jest opisanie w określonej kolejności następujących zdarzeń: chaos i zniszczenie wywołane przez Smoka, sposób jego zgładzenia, bratobójstwo i banicja. Co zatem łączy te elementy. Moim zdaniem za wszystkimi tymi zdarzeniami kryje się kolejność pór roku i związane z tym procesy przyrodnicze. Pierwszy w kolejności etap (chaosu i zniszczenia) zinterpretować można jako okres zimy i przedwiośnia/przednówka. Etap drugi to śmierć Smoka, który pęka od nadmiaru wypitej wody, co przypomina wyżej cyt. mit o uwolnieniu wody, okres ten możemy zinterpretować więc jako czas wiosny i lata (okres obfitości/pomyślności wspólnoty ludzi uwolnionych spod jarzma Smoka). Etap trzeci to zabójstwo Kresnika – (pogromcy Smoka/Velesza) i banicja jego zabójcy Jarnika, to schyłek lata i jesień (okres nostalgii za latem/Kresnikiem i smutku przed nadchodzącą zimą).

Podobne przesłanie, choć nie tak rozbudowane, zaobserwować możemy w wersji legendy z udziałem Szewczyka.

ilustracja 1

Tutaj również Smok/Velesz powoduje naruszenie stanu równowagi pomiędzy 3 sferami , co skutkuje chaosem i zniszczeniem w strefie 2B. Pojawia się jednak Szewczyk (przybysz z zewnątrz), który zabija Smoka/Velesza i przywraca równowagę pomiędzy wszystkimi 3 sferami.

Z powyższej próby analizy legendy o Smoku Wawelskim możemy wysnuć wniosek, że choć wydaje się, iż jest ona tylko zwykłą bajeczką , to jednak każdy z jej elementów posiada przemyślane odniesienie do sfery mitu.

Oczywiście można podnieść zarzut, że mój tekst opiera się na cytatach wyrwanych z kontekstu. To w dużej mierze jest prawdą, choćby z tego powodu, iż cytowane artykuły odnoszą się do tematyki, która bezpośrednio nie wiąże się z naszą legendą. Niemniej starałem się wykazać, iż można podjąć próbę scalenia tych różnych wątków wokół osi, jaką stał się przekaz zawarty w legendzie o Smoku Wawelskim.

Mam też nadzieję, że niniejszy wpis stanowić również będzie zachętę do zapoznania się z przywołanymi w tekście artykułami.

 


Pamięci Dymitra Iwanowskiego (1957 – 2013) – Białoruskiego Strażnika Wiary Słowian z Grodna

$
0
0

Horadnia_DV_2002_05Podczas manifestacji w roku 2002,

„Знакаміты мастак. Шчыры, адкрыты і адважны чалавек. Я заўсёды ганарыўся сяброўствам з ім. Бачыў Дзіму і на выставах і на мітынгах і на „сутках”. І паўсюль ён паводзіў сябе прыстойна і натуральна. Паўсюль яго паважалі”, — напісаў пра Іваноўскага Пачобут.

Зміцер Іваноўскі, сапраўды, вядомы не толькі як творца, але як і грамадскі дзеяч, які ўдзельнічаў у акцыях пратэсту, трапляў за краты. Пра яго пісалі гродзенцы так: „Чалавек-змагар, чалавек-дабрыня, чалавек-ахвяра і… чалавек-мастак”.

 

6 grudnia 2013 roku zmarł nasz przyjaciel Dymitr Iwanowski. Znany malarz i rzeźbiarz białoruski, uchodźca polityczny, który w jesieni 2013 zdecydował się powrócić na Białoruś. Mieliśmy wspólne plany rozwoju Ośrodka Myśli Słowiańskiej w Nurcu, który swoim oddziaływaniem miał objąć Rosję, Białoruś, Ukrainę, Polskę i inne słowiańskie kraje. Niestety splot niekorzystnych wydarzeń stanął na przeszkodzie temu dziełu. Dymitr zdecydował się wrócić w strony rodzinne, choć w Nurcu stworzył już zalążek Ośrodka Słowiańskiej Sztuki i Rękodzieła. Był też wielkim piewcą przyrody w swojej twórczości i pozostawił po sobie wiele obrazów, które niestety jak na razie nie zostały zdigitalizowane. Był twórcą Akademii Złotego Wieku, którą wbrew władzom prowadził w swojej pracowni. Niespodziewanie zmarł na serce, będąc w pełni sił twórczych i życiowych niedługo po powrocie do rodzinnego kraju, Białorusi, za którą bardzo tęsknił. Dzisiaj mija dokładnie rok od jego niespodziewanego odejścia.

gi-2663-11587-big

Poświęcamy ten artykuł 

Jego pamięci

w pierwszą rocznicę śmierci.

get_img2

Памёр мастак Дзмітрый Іваноўскі

Вядомы гарадзенскі мастак Дзмітрый Іваноўскі памёр увечары 5 снежня.

Прычынай смерці называюць праблемы з сэрцам. Пахаванне адбудзецца заўтра, 7 снежня. А 9.30 адбудзецца памінальная служба ў касцёле Божай Міласэрнасці, паведамляе мясцовы сайт t-styl.info.

Пазнавальныя творы Іваноўскага на гістарычную і сучасную грамадска-палітычную тэматыку нельга зблытаць ні з чым. «Яго карціны станавіліся класікай, як толькі з’яўляліся», – кажа пра творчасць Дзмітрыя Іваноўскага журналіст Анджэй Пачобут.

За жыццё мастака прайшло амаль 60 персанальных выстаў, але самай важнай і хвалюючай ён называў выставу ў родных Гудзевічах. Апошнім часам Дзмітрый Іваноўскі жыў у вёсцы, дзе яму вельмі падабалася. У сярэдзіне 2000-х мастака можна было сустрэць не толькі ў яго майстэрні (калісьці яна знаходзілася ў добра вядомай зале на Будзённага, 48а), але і на мітынгах – ён удзельнічаў у пратэстах прадпрымальнікаў, за што неаднаразова трапляў на «суткі».

gi-2663-11588-big

«Мастацтва – гэта маё жыццё, гэта ўсё для мяне. Я перапробаваў шмат у жыцці, працаваў і са скульптурай, і з графікай, але алейныя фарбы для мяне засталіся самым любімым сродкам самавыяўлення. Чым больш я працую імі, тым больш разумею, колькі яшчэ не ведаю. Імі можна перадаць усе: настрой, пачуцці, тое, што бачыш і што адчуваеш. Тут тысячы магчымасцяў! І на шчасце, няма той мяжы, да якой можна было б дайсці і спыніцца», – казаў аб сваёй працы Дзмітрый

 

” Sztuka – to jest moje życie , to wszystko co jest dla mnie ważne.Przebyłem szmat życiowej drogi, pracowałem z rzeźbą i grafiką , ale farby olejne dla mnie były najbardziej ulubionym środkiem wyrazu . Im więcej pracuję z nimi , tym bardziej zdaję sobie sprawę, jak bardzo mało o nich wiem. Mogą przekazać wszystko : nastrój , uczucia, co widzisz i co czujesz . Dają tysiące możliwości ! Na szczęście , w sztuce nie ma granicy , do której można by dojść i się zatrzymać „- mówił o swojej pracy Dmitrij.

 

 

Памёр Зміцер Іваноўскі

timthumb.php

У гэта цяжка паверыць, з гэтым цяжка змірыцца. Яшчэ адзін светлы чалавек пакінуў гэтую зямлю. Чалавек, імя якога назаўсёды застанецца і ў памяці слухачоў “Універсітэту Залатога Веку”.

Менавіта ён быў сярод гарадзенцаў, якія ранняй вясной 2010 г. паехалі ў польскі Ўроцлаў, каб бліжэй пазнаёміцца з досведам працы па актывізацыі сталых людзей.

Менавіта да яго на пяты паверх майстэрні ўпарта ўздымаліся штотыдзень слухачы нашай “Акадэміі мастацтваў Залатога Веку”. І ён, нягледзячы на занятасць, хворыя ногі і іншыя балячкі аддаваў ім сваё сэрца, дзяліўся сакрэтамі мастацтва.

Здаецца, зусім нядаўна за гарбатай у офісе мы размаўлялі пра тое, як наступным летам зробім каля яго бацькоўскай хаты на Мастоўшчыне, куды ён нядаўна перабраўся жыць, мастацкі плэнэр для нашых сталых мастакоў. І вось такая страшная навіна прыляцела 5 снежня…

Дзякуй табе, Зміцер, за ўсё! Мы будзем помніць цябе.

Слухачы і выкладчыкі праграмы “Універсітэт Залатога Веку”, сябры грамадскага аб’яднання “Цэнтр “Трэці сектар” выказваюць шчырыя спачуванні родным і блізкім Зміцера Іваноўскага.

 

 

Зміцер Іваноўскі: “Я вучуся бачыць свет вачамі сваіх навучэнцаў”

Серыю інтэрв’ю з выкладчыкамі „Універсітэту Залатога Веку” працягваецца размовай з вядомым гарадзенскім мастаком Зміцерам Іваноўскім. Ад пачатку дзейнасці УЗВ сп. Зміцер вядзе заняткі нашай „Акадэміі Мастацтваў Залатога Веку”.

- Я ведаю, колькі мне каштавала прыйсці да да таго, кім я стаў, да сваіх сённяшніх уменняў і навыкаў. Калі б шмат гадоў таму знайшоўся такі чалавек, які дапамог мне, накіраваў, навучыў, перадаў мне тое, што сам умее – мой шлях быў бы значна прасцейшы. Таму сваім навучэнцам я хачу падараваць такую магчымасць, якой сам не меў – пачынае размову сп. Зміцер.

Што для Вас ёсць мастацтва?

Мастацтва – гэта маё жыццё, гэта ўсё для мяне. Я пераспрабаваў шмат у жыцці, працаваў і са скульптурай, і з графікай, але алейныя фарбы для мяне засталіся самым любімым сродкам самавыражэння. Чым больш я працую імі, тым больш разумею, колькі яшчэ не ведаю. Імі можна перадаць усё: настрой, пачуцці, тое, што бачыш і што адчуваеш. Тут тысячы магчымасцяў! І на шчасце, няма той мяжы, да якой можна было б дайсці і спыніцца.

Што Вам дае праца ва Універсітэце Залатога Веку, у вашым гуртку?

Я вучуся ў сваіх навучэнцаў бачыць свет, штосьці новае іх вачыма. Мне ніколі не было шкада падзяліцца тым, што я ўмею рабіць сам.

Я ведаю, што часта людзі настолькі закамплексаваныя, што кожны раз адкладаюць нешта “на потым”, а маім навучэнцам хапіла смеласці самім для сябе вырашыць, што ім патрэбна, прыйсці і самастойна нешта рабіць. І калі я магу ім у гэтым дапамагчы – я вельмі рады і задаволены.

Як працуецца Вам з людзьмі сталага веку? Якія асаблівасці, складанасці Вы маглі б назваць?

Калі складанасці і ёсць, то магчыма, жыццёвыя. Маладая галава менш забіта комплексамі. Часта людзі думаюць: “Я гэта на магу”, альбо “Мяне вучылі гэта рабіць па-іншаму”. Таму цяпер цяжка перавучыць чалавека рабіць нешта інакш, як я лічу больш правільным і больш простым. У такіх людзей больш цяжка праходзіць працэс навучання.

Я неаднаразова казаў, што асноўнай праблемай нашага грамадства ў адносінах да малявання з’яўляецца тое, што нам практычна нідзе не паказваецца і не гаворыцца як трэба рабіць правільна. Тое, што ў школах гавораць “Дзеці, малюйце як вам хочацца, толькі сядзіце ціха”, я лічу неправільным.

Крыўдна тое, што маляванне, якое я лічу адным з неабходных у жыцці навыкаў, уменняў, не выкладаецца нармальна, як трэба. Без гэтага жанчына не зробіць выкрайку, ніхто не зможа вобразна ўявіць і расказаць пра нешта іншаму чалавеку, нават абставіць хату будзе складана. Я не першы дзень займаюся жывапісам і графікай і ўпэўнены, што маляваць можа кожны чалавек.

Што дае чалавеку маляванне? Якія змены адбываюцца з Вашымі навучэнцамі?

Асабіста мне маляванне дае ўсё! Я адчуваю сябе самым шчаслівым з людзей, таму што раблю тое, што мне падабаецца і яшчэ за гэта атрымліваю грошы. Такое спалучэнне – адзін са складнікаў шчасця.

Я бачу, як загараюцца вочы ў маіх навучэнцаў, што яны ўсведамляюць, як з кожным днём ім усё прасцей даецца маляванне. На першых занятках я ставіў шклянку, каб яны малявалі, і навучэнцы казалі „Вось, у нас не атрымаецца”.

А сёння яны ўжо прыносяць з дому цудоўнейшыя нацюрморты. Не раз да мяне ў майстэрню забягалі студэнты ГрДзУ, глядзелі тую натуру, якую малююць слухачы УЗВ і здзіўляліся: “Ну, гэта малюнкі старэйшых курсаў!”
Гэта вельмі прыемна. Я думаю, вельмі важна знімаць з чалавека псіхалагічны комплекс “я не магу”, “я не ўмею”.

Чалавек уцягваецца ў маляванне, з галавы вылятаюць усе праблемы, таму што ў момант працы людзі займаюцца канкрэтнай справай. Хаця б на гэты кароткі час малявання галава можа адпачыць ад усіх турбот і праблемаў.

Ці плануеце вы пераходзіць з навучэнцамі ад алоўка да колеру?

На дадзены момант мы сапраўды працуем толькі алоўкам, але плануем з часам перайсці на алейныя фарбы – бо яны, па майму меркаванню, найбольш зручныя для работы. Акварэль і гуаш – гэта больш складана для пачынаючых.

Назавіце асноўныя прынцыпы Вашага навучання?

На маю думку, асноўная задача Універсітэту заключаецца ў тым, каб навучыць правільна маляваць з наіменьшымі фізічнымі і маральнымі выдаткамі. Мэта будзе дасягнута, калі навучэнцы змогуць правільна рэалістычна перадаваць тое, што бачаць.

У еўрапейскіх універсітэтах дадзена права “свабоднай” рукі: малюй, працуй так, як ты бачыш, як адчуваеш, ты маеш на гэта поўнае права. Я лічу гэта неправільным, таму што задача навучальнай установы – навучыць маляваць правільна.

Нікому не прыходзіць у галаву думка даць такое права таму ж столяру: вось зробіць крэсла крывое – а ён так бачыць. Задача навучальнай установы – навучыць столяра прафесійна рабіць выдатныя крэслы, а што ён потым напрыдумляе – гэта ўжо яго справа.

А якія могуць быць у мастацтве правілы?

Рэалістычная перадача таго, што бачыш. Каб я адчуваў гэтую рэалістычнасць і іншыя людзі таксама. Нам перашкаджае навучыцца маляваць наша галава. Пры маляванні трэба адключыць галаву і ўключыць вочы. Вочы выдатна бачаць суадносіны, памеры, колеры. Прынамсі, у жанчын ад нараджэнне колераўспрыняцце на 25% вышэйшае, чым у мужчын. Але ў той жа час знакамітых жанчын-мастакоў значна менш, чым мужчын.

У маім жыцці прайшло больш за 60 персанальных выставаў, але самая важная і хвалюючая для мяне была выстава ў вёсцы Гудзевічы – мясцінах, дзе я нарадзіўся. Там жывуць тыя людзі, у якіх не сапсавана адчуванне правільнасці, рэальнасці намалёванага. І калі я намалюю нешта не так, я адразу гэта ўбачу па іх рэакцыі. Яны ніколі не стануць захапляцца тым, што ім не падабаецца, толькі з-за таго, каб мяне не пакрыўдзіць.

Якім Вы бачыце ідэальны Універсітэт Залатога Веку?

Калі гаварыць пра ідэальны УЗВ, то я бачу гэта так: прыемная вялікая аўдыторыя для працы, з добрым асвятленнем, з вялікай колькасцю працоўных фондаў (натуры: розных прадметаў; фарбы, алоўкі і г.д.), каб была тэхнічная магчымасць рассадзіць навучэнцаў у адно кола. Каб яны маглі самі выбраць для сябе зручнае месца і спакойна працаваць. Гэта было б выдатна. Жадаючых, я так думаю, з кожным разам будзе ўсё больш, і іх трэба недзе размяшчаць.

Навучэнцы павінны мець магчымасць рабіць свае выставы, выязджаць на пленэры. У прынцыпе, мы і плануем гэта арганізоўваць у канцы вясны – летам. У нашых навучэнцаў у гэтым сэнсе больш магчымасцей, бо ў многіх ёсць дачы, домік на вёсцы, машына.

У вас на занятках вельмі цёплая атмасфера. Ці можаце Вы прыгадаць якія-небудзь кур’ёзныя, цікавыя выпадкі?

Цікавы кожны дзень занятку. Гэта могуць быць тыя ж самыя людзі, але яны прыходзяць ужо з новым настроем, пачуццямі, навінамі – і гэта цудоўна. Навучэнцы адчуваюць сябе лепш у гэтым калектыве, таму што іх аб’ядноўвае адна справа, адна мэта, яны не адчуваюць сябе адасобленымі ад грамадства. Яны разам, яны – калектыў. Гэта робіць іх маладзейшымі.

Што дапамагае навучэнцам ствараць, развівацца? Што дае штуршок?

У асноўным – гэта не мая заслуга, гэта найперш перамога тых людзей, якія сюды прыходзяць. Яны не пабаяліся ў гэтым узросце, маючы ўвесь свой назапашаны досьвед, не толькі казаць, што хочуць гэтага, але і рабіць. Людзі часта прыдумляюць сабе адгаворкі, каб не пачынаць новую справу, якую, здаецца, і хацелася б рабіць.

Я заўсёды ставіўся да такога проста: калі хочыш – пачні і рабі, без усялякіх “пазней” ці “мне ўжо позна”. Ніколі не позна. Сталыя людзі прайшлі вельмі працяглы адрэзак свайго жыцця свядома, таму яны разумеюць, што ім трэба, чаго яны хочуць, а жыццёвы вопыт ім толькі дапамагае. У гэтых людзей ёсць магчымасць вучыцца кожны дзень: у маёй майстэрні і ў сябе дома. Яны часта прыносяць малюнкі, якія зрабілі ў хаце. Яны ставяць перад сабою мэту і з поспехам яе дасягаюць.

Ці ёсць у Вас жыццёвае крэда, дэвіз?

Я сабе дэвізаў не прыдумляю, але жыву па некаторых правілах. Мне часта задавалі стандартнае пытанне, адкуль я бяру натхненне? Такое пытанне задаюць і іншым мастакам, і кожны адказвае па-свойму. Але калі нехто гаворыць, што пакуль з космасу не прыйшло натхненне, ён не будзе працаваць, я заўсёды заўважаю: значыць, ты робіш не тое, што табе падабаецца.

Калі я раблю тое, што мне падабаецца, мне не трэба чакаць натхнення. Паверце, гадзін у сутках не хапае, таму што за любімай працай не заўважаеш, як ляціць час. Таму можна сказаць, што я жыву па правілу: “Калі робіш тое, што табе сапраўды падабаецца, то і натхнення не трэба, сама праца стане для цябе натхненнем”.

Што ў Вашым разуменні азначае паняцце “прафесійны мастак”?

У нас сапраўды гавораць “прафесійны мастак”. Што такое “прафесійны мастак”? У нашых людзей на ўзроўні падсвядомасці ідзе асэнсаванне таго, што прафесійны мастак – гэта той, хто атрымаў дыплом і цяпер працуе. Калі ён дыплом не атрымаў, то ён – самавучка, умелец. Ён не прафесійны. Я ж лічу, што калі нейкая справа дае табе заробак, ты прысвячаеш гэтай справе ўсё жыццё – гэта становіцца тваёй прафесіяй, і аўтаматычна чалавек становіцца прафесійным у сваёй сферы. Адукацыя тут можа быць адна – праца, праца, праца! З кожным годам я адчуваю, што маю сілы і жаданне вучыцца і далей.

Спецыяльнага дыплома пра заканчэнне факультэтаў мастацтва ў мяне няма. У нашай краіне мяне можна назваць народным умельцам, самародкам. У Еўропе гэта ўспрымаецца інакш. Першае там: калі ён вучыўся і так класна малюе, то ў каго ён вучыўся, у якога майстра? Гэта вельмі важна, ад гэтага залежыць характарыстыка мастака. Вельмі важна там і навучацца ў прэстыжнай навуковай установе. Але калі ты самастойна дасягаеш высокага ўзроўню ў сваёй працы – гэта само па сабе найважнейшая рэч.

Але дзе тыя мастакі, што скончылі ГрДзУ? Зніклі! Тады паўстае пытанне: каго вы вучылі? І ці навучылі сапраўдных спецыялістаў? Чаму мала хто з выпускнікоў не працуе па сваёй спецыяльнасці? Таму што ў працэсе навучання ў галаву моладзі ўбіваецца алергія да мастацтва, а гэта значыць, што з выкладаннем у нас нешта не тое.

Прыгажосць уратуе свет?

Я даўно ўжо казаў, што гэта прымаўка абсалютна неправільная. Прыгажосць заўсёды нясе з сабой войны. Такая наша людская натура. Калі мы бачым штосьці прыгажэйшае ў другіх, то ідзем на злачынства. Але з іншага боку, без прыгажосці не можа быць лепшага жыцця, свету.

А калі лічыць, што прыгажосць – гэта мастацтва? Мастацтва можа ўратаваць свет?

Мастацтва…Толькі самі людзі могуць сябе ўратаваць. Мастацтва само па сябе ўратаваць не можа, але можа спыніць чалавека, затрымаць, каб той задумаўся над сэнсам жыцця і кожнага пражытага дня. Магчыма, дзякуючы гэтаму ён можа ўратавацца ад чагосьці. Але ўсё гэта павінен зрабіць сам чалавек.

Прывяду такі прыклад. Ікона – гэта не Бог. Але чалавек ідзе і звяртаецца падсвядома да іконы як да правадніка да Бога, просіць у іконы, каб Бог уратаваў яго ці яго блізкіх, дапамог яму. Так і мастацтва ва ўсялякіх яго праяўвах – праваднік да таго, каб уратаваць, але само па сабе яно ўратаваць не можа.

У чым сэнс мастацтва? Яго галоўная роля ў свеце?

З таго часу, як Бог стварыў гэты свет, людзі імкнуцца да таго, каб наблізіцца да Яго. У жывапісе мы спрабуем намаляваць тое, што зрабіў Бог, і перадаць свае пачуцці, свае адносіны да таго, што адбываецца ў гэтым свеце.

Вельмі важна бачыць прыгажосць навокал і ўпускаць яе ў сваё жыццё. Калі мы часам жывем, нам падаецца ўсё шэрым, гэта не навкал шэра, гэта ў нашай галаве шэра.

Няма такіх людзей, якія не бачылі і не адчувалі б прыгажосці альбо непрыгажосці. Калі яны бачаць усход сонца, раку, снег на дарожцы, яны адчуваюць гэтае прыроднае хараство. Не трэба старацца штосьці разумна сказаць, проста трэба бачыць прыгажосць ва ўсім навокал.

Усё трэба рабіць з настроем, добрымі пачуццямі, душой – і энергетыка будзе адчувацца ў выніку працы. Нават калі там будзе не зусім правільна намалявана, але энергетыка – гэта галоўнае ў карціне. Калі, скажам, у храм людзі неслі б толькі ўсё дрэннае, то туды ніхто б не хадзіў ачысціць душу. А калі ідуць з добрымі намерамі, памаліцца, паспавядацца, ачысціцца, то іконы становяцца намоленнымі і пасля могуць рабіць цуды.

Так і ў мастацтве: калі робіш з душой, з адкрытым сэрцам, з чыстымі памкненнямі – такая ж цудоўная будзе і аддача, мастак будзе ў стане тварыць цуды.

Размаўляла Вольга Корсун
Фота аўтара

get_imgccc
get_img
  • Узарваная саветамі Фара Вітаўта. Аўтар – Зміцер Іваноўскі. Фота выдавецкай ініцыятывы „Гарадзенская бібліятэка”
  • Горадня. Аўтар Зміцер Іваноўскі. Фота выдавецкай ініцыятывы „Гарадзенская бібліятэка”
  • Нацюрморт. Аўтар Зміцер Іваноўскі. Фота выдавецкай ініцыятывы „Гарадзенская бібліятэка”
  • Аўтапартрэт Змітра Іваноўскага. Фота выдавецкай ініцыятывы „Гарадзенская бібліятэка”

Зміцер Іваноўскі (Гародня). Выстаўляўся з працамі па ўсім свеце. Карціны Зміцера Іваноўскага ўражваюць каларытам, насычанасцю, значнасцю вобразаў.

Ці зможа публіка ўбачыць працы гарадзенскага мастака Змітра Іваноўскага? За сваё жыццё спадар Іваноўскі напісаў больш за 3 тыс. карцін, якія разыйшліся па свеце. Рэшту працаў са сваёй майстэрні – каля 60 – мастак завёз да маці ў вёску Пачуйкі Мастоўскага раёна. Многія творы набылі сябры, знаёмыя ды незнаёмыя гарадзенцы, фірмы і арганізацыі. Мастацтвазнаўца Марына Загідуліна ўпэўненая, што частка спадчыны Іваноўскага знаходзіцца ў еўрапейскіх прыватных калекцыях.

Творы сп. Іваноўскага разыйшліся па шматлікіх дамах, але пакуль невядома, ці атрымаюць гарадзенцы шанец убачыць творы знакамітага мастака і выдатнага грамадскага дзеяча.

Старшыня Таварыства польскіх мастакоў Станіслаў Кічко падзяліўся планамі сабраць шматлікія працы нябожчыка мастака на памятнай выставе ў Горадні прыкладна праз паўгады. Спадар Станіслаў ўзгадвае Змітра Іваноўскага як Чалавека з вялікай літары, таленавітага каларыста ды яшчэ і добрага арганізатара.

Дырэктарка Гарадзенскае выставачнае залы Ірына Сільвановіч мяркуе, што атрымаецца зрабіць экспазіцыю карцін “з чорнай стужкай” славутага мастака ўжо праз месяц. Спадарыня Ірына запомніла Змітра Іваноўскага не толькі як яскравага мастака, але і як чалавека з выразнай грамадскай пазіцыяй. “Зміцер траціў свой час на тое, каб вучыць маляваць аматараў”, – гаворыць спадарыня Ірына. Яна распавяла, што мастак аддаваў шмат часу вывучэнню гістарычных падзеяў, каб дакладна адлюстраваць іх на палотнах.

Мастацтвазнаўца Марына Загідуліна лічыць Змітра Іваноўскага цікавым мастаком з шырокім аглядам жыццёвых тэмаў. “Значны накірунак яго творчасці – гістарычны. Зміцер маляваў рэтраспектыўныя карціны аб Горадні рамантычна-ўзнёслага плану, з падрабязнымі дэталямі. Варта адзначыць і ягоныя пластычныя кампазіцыі з дрэва ды іншых матэрыялаў утылітарнага характару, напрыклад прыстасаванне для лампы. Увагі заслугоўваюць і ягоныя пейзажы, відарысы, партрэты, нацюрморты”.

Зміцер Іваноўскі найбольшую ўвагу ў сваёй творчасці прысвяціў часам Вялікага княства Літоўскага, самым значным асобам і падзеям на тэрыторыі гэтай дзяржавы. Архітэктурны пейзаж, вуліцы мінулае ды сённяшняе Горадні таксама шмат прысутнічалі ў ягоных працах.

Блізкая сяброўка мастака, грамадская актывістка Святлана Нех. Сяброўка спадара Іваноўскага Святлана Нех расказала пра яго як пра асобу з актыўнай палітычнай ды грамадскай пазіцыяй: “Я ведала Дзіму з 1999 года. Ён заўсёды да ўсяго падыходзіў так, нібыта гэта самае галоўнае ў жыцці. Калі ён верыў у нешта, то аддаваў сябе гэтай ідэі цалкам”.

Спадар Іваноўскі актыўна займаўся перадвыбарчай кампаніяй Сямёна Домаша ў 2001 годзе. Ён першым загаварыў пра ўшанаванне памяці аб узарваным саветамі ў 1961 годзе галоўным гарадзенскім касцёле – Фары Вітаўта. Ідэя вялізнага памятнага крыжа на месцы зруйнаванае святыні, якую ўлады гэтак і не дазволілі ажыццявіць, належыла менавіта яму. Мастак стварыў і першы макет Фары Вітаўта.

На пачатку 2000-х гадоў Зміцер Іваноўскі быў арганізатарам руху прадпрымальнікаў. Калі зачынялі рынкі, ён разам з прадпрымальнікамі выходзіў на плошчу, каб вымусіць улады сесці за стол перамоваў. За свае дзеянні актывіст атрымаў велізарныя штрафы ды сядзеў некалькі разоў па 15 сутак, кожны раз абвяшчаючы галадоўку.

Дзіма быў сапраўдным “бяссрэбрнікам, – успомніла Святлана Нех. – Ён шмат чаго аддаваў людзям, дапамагаў матэрыяльна ўсім, хто да яго звяртаўся. Ён быў светлым чалавекам, са своеасаблівым гумарам, заўсёды з усмешкай”.

У апошнія гады спадар Зміцер вучыў маляваць сталых людзей з “Універсітэту залатога веку”. Спадарыня Святлана кажа, што рукі ў яго і насамрэч былі залатыя. Напрыканцы жыцця ён паспрабаваў сябе і ў разьбе па дрэве, у вырабе вітражоў. Майстар ствараў ліхтары з дрэва і вітражоў, якія гэтак і не паспеў выставіць, рабіў драўляныя сталы, рамкі для сваіх мастацкіх працаў.

Гарадзенскі мастак, грамадскі і палітычны дзеяч Зміцер Іваноўскі памёр 5 снежня з-за хваробы сэрца.

 



Słowianić numer 7 Zima: Kamil Dudkowski –„Góra,Dół i Staropolski Armageddon

$
0
0

s71Nieczęsto w językach jedno słowo oznacza przeciwne rzeczy. W tym artykule pokażę przykład takiego słowa, bo słowa „góra” i „dół” to prawdziwe pomieszanie z poplątaniem!

Wprowadzenie

W języku polskim góra i dół to dwa przeciwne stany. Oznaczają zarówno pozycję (po angielsku odpowiednio „top” i „bottom”), ale też obiekt topograficzny (po angielsku odpowiednio: „mountain” i „hole”). Używamy też ich do określenia obiektu topograficznego pośredniego między terenem płaskim, a górą i jest to wtedy wzGÓRze oraz płaskim i dołem to jest to DOLina (po angielsku odpowiednio: „hill” i „valley”). No, ale co z tego wynika?

Oba słowa pochodzą od dużo starszego słowa, jakim jest słowo „Pol”, które oznacza po prostu „Niebo” czy „Kosmos”. Nie wiem czy jest to słowo polskie, czy jest może jeszcze starsze niż nasza cywilizacja, ale będzie o nim kilka artykułów, bo samo to słowo nadaje się na oddzielną książkę. Te słowa są tak stare, że na pierwszy rzut oka nie widać żadnych podobieństw, ale w artykule postaram się wykazać podobieństwa poprzez różne języki. Artykuł jest bardzo poszlakowy co do niektórych połączeń. Po prostu nie wydaje mi się, by możliwe było odtworzenie dokładnego brzmienia tych słów sprzed kilku tysięcy lat, aby i współcześnie brzmiały na tyle podobnie, by było widać, to co chcę by było widać.

Niebo

O ile Pol/Pal i Dol/Dal są jeszcze względnie podobne (P←→D). To już Pol i Gor niekoniecznie. Dlatego musimy iść poszlakami.

Popatrzmy na słowa pochodne:

Słowo Dal ma dodatkowe znaczenie i określamy go do pokazania odległości, mówimy że coś jest daleko. Daleko od nas jest oczywiście horyzont czyli niebo z przodu oraz niebo u góry. Wskazując palcem kierunek daleki, często zobaczymy niebo.

Język grecki jest tu idealnym, by zobaczyć podobieństwa. Po grecku „daleko” i „odległość” brzmi jak po polsku (D →T) czyli „tele”, a znamy to ze słów „telefon” czy „telewizja”. Jak zajrzymy do słownika to widzimy, że Grecy wiedzą, że ten sam źródłosłów ma słowo: pale (daleko w czasie), a słowo telos oznacza po prostu „koniec” (coś co jest daleko, ewentualnie niebo to koniec tego co widzimy np. horyzont).

Grecy przejęli, nie tylko naszą formę „dal” jako „tele”, ale również pełną wersję czyli „daleko”. To słowo stało się podstawą dla greckiego rdzenia „dolichos” czyli „długi”, „rozciągnięty”. W słownikach jeśli jest już jakaś konotacja z językiem polskim, to bardziej ze słowem „długi”, jednak moim zdaniem to pomyłka. Dolichos brzmi zdecydowanie bardziej jak „Daleko” niż jak „Długi”, choć znaczenie faktycznie bliższe jest temu drugiemu. Możliwe, że oba słowa trafiły do Grecji w podobnym czasie, a ich znaczenia się przemieszały. Dziwnym zbiegiem okoliczności, słowo „długi” po hetycku brzmiało: „daluki”. Spadkiem po grece jest ten sam rdzeń w innych językach np. en: Dolichofacial (podłużnogęby – ktoś z długą twarzą).

Nawet wikisłownik pisze tak odnośnie słówka „tele”:Compare τέλος (télos, end) and πάλαι (pálai, long ago). Kiedyś to było jedno słowo.

Z drugiej strony, kiedy coś podpalimy, to co obserwujemy, to dym czy płomień. Idą do góry (do nieba) inaczej mówiąc: górują lub goreją. Krzew gorejący znany z Biblii ma właśnie taką nazwę, bo dla ludzkiego oka wyglądał jakby wznosił się do góry. Jak coś goreje, to zaraz robi się „gorące”. Kiedy ktoś ma wysoką (górną) temperaturę, to mówimy, że ma gorączkę.

Żeby połączyć słowa gorący, góra i pol, znów potrzebny jest język grecki. Po grecku istnieją trzy słowa oznaczające niebo, a właściwie północ (geograficzną) na tym niebie, są nimi Polos, Boreas i Arktos. Pierwsze oznacza dosłownie niebo, drugie północny wiatr, a trzecie niedźwiedzia. Dziwne? no takie są języki :).

O ile arktos od razu rzuca się w oczy jako inne, to wyjaśnię, że chodzi oczywiście o charakterystyczne białe WIELKIE NIEDŹWIEDZIE z północy, które dały nazwę gwiazdozbiorowi BIAŁEJ WIELKIEJ NIEDŹWIEDZICY, który składając się z BIAŁYCH gwiazd w kształcie NIEDŹWIEDZIA po prostu wskazywał północ na niebie, czyli miejsce gdzie one mieszkają. Do tej pory używamy nazwy Arktyka (coś wskazywanego przez niedźwiedzia na niebie lub zamieszkanego przez niedźwiedzie na ziemi) oraz Antarktyda (Antarktyka) czyli Anty Arktyka, miejsce dokładnie przeciwne do Arktyki.

Pozostałe dwa są już podobne Boreas i Polos, B na P wymienia się często, R na L również. To jest to samo słowo i widać to gołym okiem.

Indie

Kiedy napisałem artykuł o słowie Lech, Lechitach i powiązałem te słowa ze słowami Allah oraz Elah i Elohim, dostałem kilka wiadomości od „naukowców”, że zgadzają się ze mną w wielu sprawach, ale nie można łączyć polskich słów z hebrajskimi czy arabskimi, bo to nie ten krąg kulturowy i nie było kontaktu, więc słowa nie mogły przejść. I mimo, że znaczenie podobne, to na pewno, jest to przypadek. Możliwe, ale z dedykacją dla nich oto kolejne „niewiarygodne przypadki”.

Kiedy 8 lat temu mieszkałem w Indiach w Benaulim, po kilku miesiącach nie słyszenia polskiego w ogóle spotkałem parkę bardzo ogarniętych Polaków na plaży i zabrałem ich do knajpy w której codziennie jadłem. Poopowiadałem im trochę o moich odkryciach językowych, co przyjęli bardzo ciepło choć z niedowierzaniem i kilka wieczorów tak przegadaliśmy. Już pierwszego dnia ku ich zdziwieniu zrozumieli pierwsze hinduskie słowo. Francis, który prowadził moją restaurację „Pescador”, powiedział do nich, co zrozumieli jako: „To gorące!”. I faktycznie, słowo „gorący” po hindusku to „garam”.

Semici

Kiedy natomiast mieszkałem w Egipcie, poznałem sporo arabskich słów, no i na upał mówią oni „harara” (G→H), tak samo nazywają „gorączkę” oraz w ogóle „temperaturę”. Z resztą nie ma się co dziwić, bo my też mówimy „mam temperaturę”. Uważałem to za czysty przypadek, dopóki przypadkiem nie natrafiłem w Biblii na to: Exodus / Wyjścia 17,6:

Oto Ja stanę przed tobą na skale, na Horebie. Uderzysz w skałę, a wypłynie z niej woda, i lud zaspokoi swe pragnienie». Mojżesz uczynił tak na oczach starszyzny izraelskiej.

Na skale? Na Horebie? Czyżby Horeb to była skała??? W jakim niby języku? Po hebrajsku? Niemożliwe! Za blisko polskiego słowa „góra” oraz słowa „garb”. Zaczynam badać to słowo… i co się okazuje…

Horeb jest to nazwa góry, na której Mojżesz „spotkał się z Bogiem”. Ważne jest by zrozumieć, że w Biblii nie ma mowy o górze Synaj, jest mowa o pustyni Sin. Góra nazywa się Horeb czyli po prostu „Góra”, albo „Garb” (co w zasadzie znaczy to samo).

Wyjaśnienie należy się jeszcze jednej rzeczy. W języku hebrajskim (jak i arabskim, fenickim i w praktycznie wszystkich językach semickich) NIE ZAPISUJE SIĘ SAMOGŁOSEK. Biblię hebrajską napisano BEZ SAMOGŁOSEK. Ba, mało tego, często zapisywano też bez spacji :). Tak więc kiedyś, czytanie to naprawdę była sztuka i w zasadzie czytanie sprowadzało się, do nauki tekstu na pamięć, a tekst co najwyżej działał jako „przypominacz głosek”.

Z braku zapisu samogłosek wynika bardzo, ale to bardzo ważna cecha języków semickich. Samogłoski NIE MAJĄ znaczenia. We współczesnych językach semickich już mają, ale historycznie czy przeczytasz słowo laham, lahem, lahma to nic to nie zmienia, każdy wie, że chodzi o coś danego przez boga, bo Lah/Lech to bóg i dla Żydów będzie to chleb, a dla Arabów mięso, ale słowo jest to samo. Przez lata wymowa się zmienia i języki się różnicują, ale rdzeń w zasadzie pozostaje niezmienny. Prawie zawsze są to 3 spółgłoski tworzące wyraz i dowolnymi samogłoskami pomiędzy.

Sprawdźmy więc, jak ten sam fragment wygląda po hebrajsku (Exodus 17,6):

6 הִנְנִי עֹמֵד לְפָנֶיךָ שָּׁם עַל־הַצּוּר בְּחֹרֵב וְהִכִּיתָ בַצּוּר וְיָצְאוּ מִמֶּנּוּ מַיִם וְשָׁתָה הָעָם וַיַּעַשׂ כֵּן מֹשֶׁה לְעֵינֵי זִקְנֵי יִשְׂרָאֵל׃

Że nie każdy umie czytać po hebrajsku, to najważniejsze słowo pogrubiłem. Te wszystkie kropki w koło liter to właśnie oznaczenia samogłosek (dodane później do ułatwienia, w oryginale ich oczywiście nie ma). To słowo to BHRB. Litera B doklejona do słowa oznacza „do”, „na”, „z”. Po arabsku ma to samo znaczenie. Więc nazwa góry na której Mojżesz dostał przykazania to HRB (niekoniecznie jest to Horeb). Proszę to zapamiętać.

Obecnie przyjmuje się, że Horbem jest to góra Świętej Katarzyny na półwyspie Synaj w Egipcie, ale w rzeczywistości chodzi o Górą Migdałową / Górę Mojżesza, która obecnie leży w Arabii Saudyjskiej. Dlaczego tak, to wyjaśnię innym razem.

Może jednak jest to kolejny przypadek? Może.

Ale co powiecie na to?

Góra szafranowa w Izraelu nazywa się Har Karkom. Jeśli wiemy, że Karkom znaczy Szafran, to co znaczy „Har”? Czy jest to kolejny przypadek?

Teraz wyjaśnię dlaczego trzeba było zapamiętać hebrajskie HRB. Zgadnijcie jak Słowak nazwie „garb”? Dokładnie „hrb”. Polscy Żydzi też widzieli zależność. Garb w języku jidysz to „horb”. Składając wszystko do kupy widać jasno:

Garb / Hrb / Horb / HRB / Horeb to jedno i to samo słowo.

Po angielsku to słowo brzmi dokładnie kerb lub curb (dla USA i CA) i oznacza krawężnik. Po łacinie jest curvus i oznacza zakrzywienie (garb oczywiście jest krzywy). Od curvus pochodzi jeszcze kilka słów, np en:curve (krzywa w matematyce czyli garb na rysunku). Zaznaczam od razu drogim rodakom, że wbrew pierwszemu skojarzeniu, kurwa i kurwica nie są powiązane z garbami i krzywymi (a może jednak?), a kurami, ale o tym w innym artykule.

Biblijna „góra”

W sumie jak dobrze popatrzeć, to w Biblii jest całe zatrzesięsienie od gór nazywających się po prostu Góra.

Jak wiemy, Aaron (brat Mojżesza umarł na górze… Hor). Od razu daję teksty z najstarszej znanej Biblii świata czyli Septuaginty (po grecku) oraz Wulgaty (po łacinie). Liczb 20, 22:

22 Καὶ ἀπῇραν ἐκ Κάδης· καὶ παρεγένοντο οἱ υἱοὶ ᾿Ισραήλ, πᾶσα ἡ συναγωγὴ εἰς ῍Ωρ τὸ ὄρος. 23 καὶ εἶπε Κύριος πρὸς Μωυσῆν καὶ ᾿Ααρὼν ἐν ῍Ωρ τῷ ὄρει ἐπὶ τῶν ὁρίων τῆς γῆς ᾿Εδὼμ λέγων·

[22] Cumque castra movissent de Cades, venerunt in montem Hor, qui est in finibus terrae Edom: [23] ubi locutus est Dominus ad Moysen: [24] Pergat, inquit, Aaron ad populos suos: non enim intrabit terram, quam dedi filiis Israel, eo quod incredulus fuerit ori meo, ad aquas contradictionis. [25] Tolle Aaron et filium ejus cum eo, et duces eos in montem Hor.

Po grecku zaznaczyłem słowa Or (Hor) i Oros (Góra), należy pamiętać, że w greckim nie ma litery H, a po łacinie Montem (Góra) i Hor (Hor). Należy tu wiedzieć, że zarówno po grecku jak i po łacinie słowo Góra pochodzi znad Wisły. Po grecku Oros to nic innego jak Hor + os, gdzie H zniknęło, bo nie ma go w greckim, a os to końcówka rzeczownika (jak -as czy -us po litewsku w Adomas Mickevicius). Po łacinie natomiast montem pochodzi od słowa „mąż”, co wyjaśniam w artykule: Mąż i Żona.

Jak sprawdzimy co na temat nazwy góry Hor sądzą bibliści: http://biblia.wiara.pl/slownik/67ea4.Slownik-biblijny/slowo/HOR, to naszym oczom ukażą się kolejne „Hory” w regionie.

„Góra, na której umarł Aaron, miejsce zborne i obozowisko Izraelitów na granicy Edomu (Lb 20,22-29; 33,37-39). Tradycyjnie Hor utożsamiano ze współczesną Dżabal Harun, wznoszącą się w pobliżu Petry – miejsca, w którym znajduje się muzułmańska świątynia. Hipoteza ta jest jednak mało prawdopodobna, ponieważ Dżabal Harun znajduje się w głębi Edomu, a jego najwyższe szczyty nie nadają się na miejsce zgromadzeń. Hor wymieniano także jako północną granicę dziedzictwa Izraela (Lb 34,7-8); być może chodziło o Hermon.”
(EB)

Armageddon

Następny przykład to już Armageddon dla teorii, że to wszystko jest przypadek :).

Słowo Armageddon pochodzi z hebrajskiego Har-Mageddon i oznacza miejsce, gdzie dojdzie do apokalipsy. Zgadnijcie co znaczy Har Mageddon? Oznacza górę, na której dojdzie do spotkania.

Częściowo można to przeczytać nawet tutaj: https://pl.wikipedia.org/wiki/Har-Magedon

Góra Gora Hora Hara

Góra identycznie jak po polsku brzmi jeszcze po kaszubsku, śląsku i dolnołużycku. Gora natomiast po słoweńsku, serbskochorwacku, macedońsku, gruzińsku, rosyjsku czy starocerkiewnosłowiańsku. W krajach południowosłowiańskich jest imię Goran, które nosi chociażby Goran Bregović.

Po czesku, słowacku, ukraińsku i górnołużycku góra brzmi hora, a po białorusku brzmi… hara, czyli tak jak hebrajsku.

W językach hindustanu tak jak w słowiańszczyźnie są w wersje i przez G i przez H.

W języku Kannada jest Giri, w języku Pashto jest Ghar, po awestyjsku Garih, staroindyjsku: Girih

Po hindusku jest jeszcze ciekawiej, bo brzmi dokładnie „pahar” czyli „pagór”, stąd najsłynniejsza turystyczna dzielnica Delli to właśnie Pahargandź czyli Górskie Sąsiedztwo.

Skoro jesteśmy już przy Indiach to warto wspomnieć o słowach Guru i Agra, które oznaczają odpowiednio: tego co jest wyżej, tego co prowadzi oraz miejsce, które jest wyżej, ważne miejsce. Guru używamy w tym znaczeniu nawet po polsku do dzisiaj, a Agra to jedna z historycznych stolic Indii i stoi tam słynne Taj Mahal.

Guru, w dosłownym tłumaczeniu, to w Sanskrycie również rzymski Jowisz, czy grecki Zeus. Doszło tu do pomieszania z poplątaniem względem Uranosa, ale dlaczego jest właśnie tak, to o tym później.

Po polsku od góry poprzez goreć i gorący powstały takie słowa jak gorzki (ten co piecze, pali) oraz gorzałka (ta co pali, piecze), zagorzały (podgrzany w idei), pogorzelisko (po użyciu gorąca) czy gorliwy (gorący).

Na górach często umieszczało się świątynie. Dlatego w językach słowiańskich (właściwie tylko poza polskim) świątynia brzmi Chram/Hram. I nie byłoby to może tak fenomenalne, gdyby nie eksport tego słowa ponownie do języków semickich.

Po arabsku świątynia to właśnie haram. To słowo znamy w języku polskim też jako „harem”, ale ze świątynią się nie kojarzy. Otóż słowo święty / świątynia, po arabsku znaczy też „zakazany”. I harem to jest właśnie ta „swięta” / „zakazana” część domu, do której dostęp ma tylko właściciel. Haram to również arabski odpowiednik polskiego słowa Piramida. Czyli dla arabów piramida jest czymś zakazanym lub świątynią. Główna ulica Gizy nazywa się właśnie Al-haram czyli Piramidowa lub Świątynna. Przeciwieństwem słowa haram, jest słowo halal, które oznacza „pospolite” oraz „dozwolone”. Dlatego muzułmanie tak często pytają o jedzenie „halal”, jest to jedzenie przyrządzone w specjalny sposób, jest odpowiednikiem hebrajskiego jedzenia koszernego.

Grecja i Rzym

Często prosicie o mitologie innych krajów i ich polskie korzenie. Kiedyś na pewno zrobię pełne zestawienie, ale na razie opisałem tylko Okeanosa / Oceanusa oraz Pana / Fauna. Dziś będzie jeszcze dwóch bogów greckich i rzymskich.

Boreas

Pierwszym z nich jest Boreas, którego imię pochodzi z dwóch polskich słów czyli Góra (G → B) i Bór (też etymologicznie, jak i jego pochodna – „borówka” pochodzi od góry). Nie byłoby w tym może nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że nawet angielska Wikipedia o tym mówi!

Nie wierzycie? Proszę bardzo: https://en.wiktionary.org/wiki/%CE%92%CE%BF%CF%81%CE%AD%CE%B1%CF%82#Ancient_Greek

Oczywiście w polskiej cicho sza… bo zaraz będzie usunięcie za brak źródeł :). No bo jak to, grecki bóg ma polskie korzenie? Niedorzeczne!

Boreas jest bogiem północnego wiatru. O ile północny jeszcze ma dla nas sens, to o co chodzi z tym wiatrem? Gdzie góra, gdzie bór, a gdzie wiatr? Otóż w dialektach południowosłowiańskich (tak, tych przy Grecji) las i wiatr są nierozerwalnie złączone. Rozwinę to w innym artykule, dla tych co chcą sobie pogrzebać, to słowo Bór / Las w dialektach południowych brzmi „Szuma”. A jak wiadomo i wiatr i las szumią, więc połączenie widać gołym okiem.

Inne określenie lasu w polskim języku też stało się podstawą imienia innego greckiego boga, ale o tym w innym artykule.

Uranos

Ojciec wszystkich bogów. Bóg bogów. Ojciec Kronosa (ponoć to inny bóg niż Chronos – Czas) i dziadek Zeusa (Dnia). Uranos to ten pierwszy z pierwszych bogów.

Posiłkuję się spostrzeżeniami Viraja:

W dalszej części Kratylusa Platon opisuje też Kronosa i jego ojca Uranosa. Spekulując na temat znaczenia imienia tego ostatniego, pisze: „lecz patrzenie w górę jest słusznie nazwane słowem urania, patrzeniem na rzeczy ponad” Kratylus 396B

Według wyobrażeń religijnych praindoeuropejczyków, których ślady spotykamy w Rygwedzie, w mitach greckich, czy w mitologii Słowian, ponad światem ludzi i ponad chmurami i niebem bogów jest jeszcze górne niebo, najwyższe niebo (kosmos, góra). Tam na szczycie nieba (w kosmosie, na górze) mieszka bóg, który zrodził innych bogów i który NIE jest aktywny. Ten górny bóg to w mitologii greckiej ‘Uranos’. U nas ten sam bóg nazywał się Swarog, więc nie powinno dziwić, że po wedyjsku, sanskrycku czy hindusku niebo to właśnie „Svar” lub „Svarga”.

Nie ma wątpliwości, że pl:górny jest słowem odpowiednio starym, by móc być źródłem dla Uranosa, jest bowiem bardzo podobne do hipotetycznego praindoeuropejskiego „*guer” (znów polskie słowo jest dziwnie najbardziej podobne do hipotetycznego wymyślonego PIE rdzenia).

Jeśli zbadamy greckie dialekty to wychodzi nam to:

joński: uros (wyżyna, góra, łańcuch górski)

dorycki: horos (wyżyna, góra, łańcuch górski)

beocki: Oranos (Uranos – bóg)

eolski: Horanos (Uranos – bóg)

Mam nadzieję, że wątpliwości zniknęły. Co najmniej jedna planeta ma nazwę z polskiego języka. Jest nim oczywiście Uran. Po rzymsku ten sam bóg nazywa się Caelus. Stąd mamy imię: Celina (niebiańska).

Od polskiego słowa góra, pochodzi nie tylko jeszcze el:Oros (Granica – górna granica), ale jeszcze jedno dobrze nam znane greckie słowo, a jest nim Agra/Akra (dokładnie tak samo jak po indyjsku) i oznacza szczyt / wierzchołek. Jeśli dodamy do niego słowo Polis (miasto – tak, pochodzi też od rdzenia Pol czyli Niebo – ale wyjaśnię w innym artykule) to wychodzi Akropolis czyli Miasto na szczycie, po polsku znane jako Akropol. W sensie etymologicznym to „masło maślane”, bo i Akro i Polis pochodzą od tego samego rdzenia Pol, a w ogóle nie są do siebie podobne. Innym przykładem takiego zlepka jest el:Boreios Polos czyli Biegun Północny.

Góry świata

Nie należy zapominać, że połowa łańcuchów górskich ma polskie nazwy (Himalaje wyjaśniam tutaj, Łacińskie wyjaśniam tutaj, germańskich jeszcze nie wyjaśniam, ale też mają słowiański rdzeń :)), a z nich połowa zawiera rdzeń „góra”.

  • Gorband – Afganistan (http://news.xinhuanet.com/english2010/world/2010-05/21/c_13308566.htm)
  • Harrachov ← chowane w górach
  • Gorce
  • Karpaty ← Garbaty ← Garby, porównaj Horeb z tego artykułu
  • Ural ← Hural ← Gural
  • Germania ← Górmania ← Góra + Manni (Mężczyźni) – tym co się wydaje, że naciągane, to proszę czytać niżej
  • Góry Harzu ← rdzeń Har
  • Hrvatska (Chorwacja) ← Górska
  • Helwetia (Szwajcaria) ← jak chorwacja
  • Hiperborejczycy (Ludzie północy)
  • Harnaś ← Nasz z gór

Raczej przypadkowo, ale też Tocharowie zawierają ten rdzeń.

UWAGA! Germanie – w mailach do mnie piszecie, że Germanie to na pewno nie Górmanie i jest to naciągane. Możliwe, nie upieram się. Ale NIE MA INNEJ ETYMOLOGII. Oficjalna mówi, że słowo Germanie pochodzi od celtyckiego „gair” czyli „sąsiad” i tak podaje angielski wikisłownik: https://en.wiktionary.org/wiki/Germanus#Latin. Ale jak zawsze nie podają wszystkiego :). Celtyckie słowo „gair” (tu odnośnik do staroirlandzkiego) oznacza tyle co „krzyczeć”, „być głośnym”, ale i „sąsiad” itd. to słowo jest spokrewnione z irlandzkim słowami „gairden” i „garrai„, walijskim „gardd” i szkockim celtyckim „garradh„. Wszystkie te słowa zostały zaimportowane do irlandzkiego celtyckiego i szkockiego celtyckiego z języków germańskich (najpewniej z angielskiego), a te znów mają to słowo z polskiego. Można dyskutować, którą drogą do łaciny to słowo przyszło, ale nie zmienia to faktu, że każda etymologia prowadzi do języka polskiego/słowiańskiego i do słowa góra, o którym jest ten artykuł. Germanie może oznaczać ludzi z gór, ludzi sąsiadów, ludzi z miast, ludzi z północy, ludzi z ogrodów (z terenów rolniczych jakimi są tereny na północ od Rzymu). Jeśli oczywiście ktoś z czytelników wie coś więcej na ten temat, to zapraszam do dyskusji.

Doły wodne

Skoro omówiliśmy już góry, pora na doliny. Słowo dół zawiera w sobie ten sam rdzeń „pol” oznaczający niebo. I widać to w dużej ilości języków (może nie widać rdzenia pol, tylko widać, że na zmianę oznacza górę lub dół). Często też słowo brzmi pomiędzy polskim góra i dół jak np. gol, godor czy goudal. Celowo pomijam słowiańskie, bo brzmią prawie identycznie jak po polsku. Zobaczcie koniecznie staroegipski, ten którym mówiła Kleopatra!

  • Ajnuski (Hokkaido): to (jezioro) – to ten język który badał Bronisław Piłsudski (brat Józefa)
  • Amharski (semicki z Etiopii): Tarara (góra)
  • Angielski: dale (dolina)
  • Angielski: valley (dolina)
  • Angielski: hole (dół)
  • Arabski (semicki): Taud (góra)
  • Arabski: hufra (dół)
  • Aramejski (semicki): Tura (góra)
  • Armeński: hor (dół)
  • Awarski (kaukaski): hor (jezioro)
  • Azerski (turkijski): gol (jezioro)
  • Baskijski: haran (dolina)
  • Baszkirski (turkijski): Tał (góra)
  • Baszkirski (turkijski): kul (jezioro)
  • Bengalski (hinduski): hrad (jezioro)
  • Czakma (hinduski): hara (jezioro)
  • Czuwaski (turkijski): Tu (góra)
  • Duński: dal (dolina)
  • Ewe (nigeryjski): To (góra)
  • Farerski (germański): dalur (dolina)
  • Hausa (nigeryjski): Dutse (góra)
  • Hiszpański: valle (dolina)
  • Islandzki: hola (dół)
  • Karaczajsko-bałkarski (turkijski): tał (góra)
  • Kazachski (turkijski): tał (góra)
  • Kałmucki (turkijskomongolski): uł (góra)
  • Koptyjski (egipski, ale nie arabski): Tou (góra)
  • Kumycki (turkijski): tał (góra)
  • Kurdyjski (perski): gol (jezioro)
  • Kirgizki (turkijski): tuu (góra)
  • Kirgizki (turkijski): kol (jezioro)
  • Jidysz: tol (dolina)
  • Luksemburski: dall (dolina)
  • Malayalam (hinduski): talvara (dolina)
  • Malayalam (hinduski): kuli (dół)
  • Mongolski: tuu (góra)
  • Nepalski (hinduski): tala (jezioro)
  • Niemiecki: Tal (dolina)
  • Nogajski (turkijski): tał (góra)
  • Norweski: dal (dolina)
  • Pendżabski (hinduski): dżil (jezioro)
  • Perski: goudal (dół)
  • Perski: dare (dolina)
  • Południowoałtajski (turkijski): tuu (góra)
  • Portugalski: vale (dolina)
  • Somalijski (afroazjatycki): haro (jezioro)
  • Staroegipski (faraonów): Duł (góra)
  • Tadźycki (turkijski): kul (jezioro)
  • Tatarski (turkijski): tuu (góra)
  • Tatarski (turkijski): kul (jezioro)
  • Turecki (turkijski): gol (jezioro)
  • Turkmeński (turkijski): kol (jezioro)
  • Tuwiński (mongolski): hol (jezioro)
  • Urdu (hinduski): dżil (jezioro)
  • Ujgurski (turkijski): kol (jezioro)
  • Uzbecki (turkijski): kol (jezioro)
  • Walijski: dol (dolina)
  • Wietnamski: ho (jezioro)
  • Węgierski: tó (jezioro)
  • Wegierski: godor (dół)
  • Wszystkie łacińskie: valle i podobnie (dolina)

Na szczególną uwagę zasługują tu germańskie: de:Tal, en:dale, no:dal, da:dal. Wszystkie to polski „dół” w prawie nie zniekształconej postaci.

Szukając tych słów całkowicie przypadkiem natrafiłem na dolinę po bengalsku, to „upottoka„. Nie pochodzi to co prawda od góra czy dół, ale chyba nikt nie zaprzeczy, że dolina jest właśnie „u potoka”! A potok, mimo że po węgiersku i w paru innych językach jest tak samo (węgierski patak czytaj: potok), to jest to polskie słowo (pochodzi od słowa toczyć – woda, która stacza się z góry).

Co bardziej spostrzegawczy zauważyli już, że dodałem nowe słowo, a jest nim „jezioro” w dużej ilości języków. Powiązanie z dołem widać od razu, bo jezioro zawsze jest w dole. I często doły wypełnione są wodą. Ale z górą? No to proszę wejść na dowolne wzniesienie koło jeziora i spojrzeć w taflę… co się zobaczy? a no niebo! I dlatego słowo jezioro raz brzmi jak góra, a raz jak dół, ale niezależnie o tego, do którego polskiego słowa jest podobne, to i tak po prostu oznacza niebo. I teraz już wiadomo dlaczego!

 

więcej: w „Słowianić” nr 7  – Zima 2014 (oraz nr 8 – ciąg dalszy, Wiosna 2015), w sprzedaży w Slovianskim Sklepiku już od 20 grudnia 2014

oraz na  blogu: Wspanialarzeczpospolita.pl

 

s72


Zasłużony dla Wiary Przyrody – Jan Grelich, mag z Poznania (skazany w 1452 roku) i alchemik Wincenty Kowski (traktat z 1484 roku)

$
0
0

 

magia-az

Jan Grelich (połowa XV wieku)

W połowie XV stulecia żył w Poznaniu niewidomy Jan Grelich praktykujący specyficzny rodzaj magii z wykorzystaniem zaklęć, znaków i magicznych przedmiotów. Jego specjalizacją było odnajdywanie złodziei oraz zaginionych przedmiotów przy pomocy „czarodziejskiej laski”, za co został postawiony przed sąd konsystorski w Poznaniu w 1452 r. Według relacji, różdżki krzyżowały się wskazując prawidłowe odpowiedzi8.

 

8. R. Bugaj, Nauki tajemne w dawnej Polsce – Mistrz Twardowski, Wrocław 1985,  s. 127.

 

36EC7F_1

 Wincenty Kowski (druga połowa XV wieku)

Wincenty Koffski (także Kowski) – domniemany autor pierwszego rodzimego dzieła alchemicznego „Tractatus de prima materia veterum lapidis philosophorum” (znalezionego w 1484 r.)


Trywid Ślężański – Część 3: Ukorzenienie (Joanna Maciejowska i Marek Wójtowicz – 12. 12. 2012)

$
0
0

znak Copyright-_all_rights_reservedby Joanna Maciejowska i Marek Wójtowicz

Trywid jest dostępny w całości w kolejnych numerach kwartalnika „Słowianić” – NR 1 , NR 2, NR3.

 e100
e110kompr
e140kompre160kompr
e180kompre200kompr
e220kompr
e240kompr
e260kompr
e280kompr
e300kompr

Świętowit III Po Wielkiej Zmianie

 

JMzzkompr

 

Jedna z dziwnych map dotycząca Świętowitów: Świętowit I Starego Rytu, Świętowit II – Nowego Rytu, Świętowit III Po Wielkiej Zmianie

 

Linia Kronos Cypr_Lubljana_Kalanisz_Krakow_Góra Kara


W Zdrowym Ciele Zdrowy Duch – KRACZUN – Przesilenie Grudniowe! Wolna Ludzkość – Wolna Polska: O duchowości, polityce i kooperatywach spożywczych (ekologia w parze z ekonomią)!

$
0
0

W ciągu 25 lat działania w Polsce tzw. „demokracji parlamentarnej” i systemu gospodarczego zwanego kapitalizmem,  jedyne co osiągnęliśmy to stworzenie państwa nieprzyjaznego jego obywatelom, a więc z punktu widzenia logiki po prostu „niepotrzebnego”.

Banda Politykierów, która dosiadła Polskiego Sejmu 25 lat temu na mocy fałszywki Okrągłego Stołu i ujeżdża go nieustannie, jak przysłowiową  „łysą kobyłę”, kompletnie wypaczyła i zdeformowała nie tylko ideę Rewolucji 1980 roku, ale w ogóle zasady współżycia społecznego.

Z posiadanych za czasów PRL dóbr społecznych oraz tych, o których poszanowanie robotnicy i intelektualiści polscy apelowali w słynnych „21 Postulatach Gdańskich” Solidarności, takich jak:

– bezpłatne usługi medyczne powszechnie dostępne,

 – bezpłatny i powszechny dostęp do nauki i wykształcenia,

 – system wytwórczy w gospodarce tworzący dobra użyteczne i miejsca pracy gwarantujące każdemu obywatelowi bezpieczeństwo i pełny udział w życiu społecznym i kulturalnym,

– powszechnie dostępna zdrowa żywność, w dostatecznej ilości w obrocie towarowym, oparta na tradycyjnym rolnictwie polskim i jego starych, zdrowych recepturach,

– bezpieczeństwo emerytalne i ubezpieczeniowe ludzi wyeksploatowanych długoletnią pracą (starych, chorych przewlekle i niepełnosprawnych)

- stworzenie systemu powszechnie dostępnego budownictwa mieszkaniowego i warunków dla rozwoju rodziny

- stworzenie pola publicznego do wolności myśli i wypowiedzi

doszliśmy do przeciwieństw i zaprzeczeń tychże osiągnięć i postulatów w każdej możliwej dziedzinie życia w Polsce.

Na przykład PRL-owski system opieki medycznej, działał z zachowaniem elementarnej odpowiedzialności lekarzy za wyniki terapii. Obecnie zaś doszliśmy do systemu niewydolnego, do zaprzeczenia idei lecznictwa w ogóle. Podobne wnioski jak w opisie tzw. „postępu” w medycynie można wyciągnąć dosłownie we wszystkich dziedzinach wspólnoty zwanej Państwem Polskim.

Żyjemy w państwie policyjnym, w którym manipulacja i propaganda w miejsce rzetelności i informacji stały się narzędziami społecznego i politycznego zniewolenia obywateli. Państwo zamiast stać się OBYWATELSKIE , co leżało u podłoża rewolucji Sierpnia 1980 roku, stało się państwem wąskiej elity.

Jak na tzw Zachodzie Europy rządzi „technokracja”, tak w Polsce 2014 roku, w której technologia i wszelka działalność na polu nauki znajduje się w ciężkim kryzysie i zaniku, rządzi  banda „pasożytów” i „pośredników”, którzy nie tworzą żadnych dóbr, a jedynie wysysają soki z obywateli i producentów.

Rządzi Polakami Biurokracja i Grupa Politykierów, których nadrzędnym celem jest urządzenie sobie i swoim rodzinom wygodnego życia kosztem innych, albo osiągniecie tzw „kariery europejskiej” , czyli zaprzedanie się Europejskiemu i Światowemu Diabelstwu – Banksteryzmowi. Owi Biurokraci i Politykierzy tworzą w Polsce  jawnie anty-obywatelskie struktury i system policyjny, który ma zniewolić Polaków czyniąc z nich niewolników pracujących dla Systemu Pan – Niewolnik do upadłego, aż do przedwczesnej śmierci z wyeksploatowania.

Przypomina to żywcem Średniowiecze, razem z jego feudalnym niewolnictwem chłopstwa. W tę niewolniczą klasę zamieniono DZISIAJ 99% społeczeństwa, a 1% stał się Właścicielami Niewolników.

Nic dziwnego zatem, że Społeczeństwo, zepchnięte tymi manipulacjami zadowolonych z siebie Sprzedawczyków Polski, Siewców Niezgody i Zamętu, Kreatorów Podziałów Wewnętrznych, Piewców Kłamstwa, Geszefciarzy i Reklamiarzy Cudzych Interesów w naszym kraju, znalazłszy się na krawędzi życia i śmierci, w tak niebezpiecznym dla zdrowia i życia „środowisku” organizuje się w obronne struktury. Niestety w orbicie tychże Środowisk Niewolących Obywateli znajduje się także dotychczasowa ostoja duchowa Polaków -Kościół Katolicki. Kościół wprost wspiera tenże „porządek”! Przykładem może być popieranie przez Kartel Watykański bestialstwa pod nazwą „rytualnego uboju zwierząt”, czy popieranie przez polski kler  idei „posłuszeństwa” tzw. „państwu prawa”, czyli obojętność Kościoła wobec ewidentnego bezprawia szerzącego się w Polsce¹.

Zbliża się 24 grudnia, Dzień Przesilenia, kiedy Siły Ciemności stracą oparcie dla ofensywy, jaką obserwujemy na różnych polach od 20 czerwca, ze szczególnym nasileniem w drugiej połowie 2014 roku . Atakowi Sił Ciemności poddana została cała Słowiańska Rodzina Narodów.Także Brać Zrzeszenia Słowian w Polsce.

Wszyscy, którzy mieli i mają być może jeszcze, nadzieję na wrogie przejęcie duchowego i fizycznego zarządu Zrzeszenia Słowian, przeżyją wielkie rozczarowanie.

Nigdy nie dopuścimy do wypaczenia idei Wolnych Ludzi i idei Wolnej Słowiańszczyzny oraz Wolnej Polski, również wolnej od pasożytów mentalnych i pośredników duchowych w samym Zrzeszeniu Słowian, czy w naszych mediach; telewizjach, portalach, czasopismach lub wydawnictwach. Tego rodzaju próby zawładnięcia bądź podzielenia naszego środowiska i naszych organizacji pozostaną na zawsze bezowocne. Selekcja jest samoistna, gdyż jest dziełem Wielkiej Zmiany i Świadomości Nieskończonej. Jest doskonała. Żadne siły nie mają takiej mocy aby ten proces zakłócić lub zniekształcić! Z tej ciężkiej próby wychodzimy, jak zawsze, zwycięsko, a więc jeszcze mocniejsi niż byliśmy!

Zgodnie z Naszą Słowiańską Duchowością i Tradycją Dziejową, do wszystkich Zabłąkanych w Ciemnościach (także Lemingów), a nawet do Głodnych Duchów (także Guiltów i Yetisynów), wyciągamy rękę, po to by mieli szansę Zrozumieć i po to, aby dać im szansę na Wspólną Drogę. To ostatnia szansa.

Dla Słowian Grudniowe Przesilenie Duchowe i Materialne to był i jest, KRACZUN – Święto Narodzin Światła Świata.

W tym skrócie, w znaku symbolicznym, w SŁOWIE KRACZUN, zawarto esencję naszej słowiańskiej mentalności i chwili, jaka ma miejsce w Przyrodzie  i Kosmosie: Ku-RA-Czyń! Ku RAkowi Czyn!

A więc ruszajcie mentalnie Moi Drodzy w to Wielkie Święto Przyrody, w Narodziny Światła Świata, KU RA – KU ŚWIATŁU Świata! Ku zwycięstwu nad wszelkimi Siłami Ciemności i destrukcji, jakie nas w naszym kraju osaczają! Niech nadchodzący Święty Czas natchnie Naszego Ducha i Nasze Ciała CZYNEM, Mocą Wielkiej Zmiany Polski na Lepsze!

Artykuł poniżej pochodzi z portalu Fundacji Wolna Ludzkość, a przedrukowujemy go, bo stanowi praktyczną wskazówkę do zakładania kooperatyw, jak i odsyła na portale już istniejących kooperatyw spożywczych, czyli realizuje w praktyce naszą (Wolnych Ludzi) ideę SPÓŁDZIELCZOŚCI, która nie jest teorią, ale  NATYCHMIASTOWYM SKUTECZNYM DZIAŁANIEM OBRONNYM SPOŁECZEŃSTWA: tutaj

Zgodnie z jakże prawdziwym porzekadłem naszych Słowiańskich Przodków Zdrowy Duch może działać jedynie w Zdrowym Ciele.

 

¹ Artykuł został napisany kilka miesięcy temu, zaplanowano go 3 miesiące temu na12 grudnia i opublikowano go 12 grudnia o godzinie 11.58. W kilka chwil później 5 biskupów Kościoła Katolickiego, którzy znajdowali się w Komitecie Honorowym zaplanowanego na 13 grudnia 2014 Marszu  Pamięci Stanu Wojennego oraz w obronie demokracji w Polsce (przeciw aresztowaniom dziennikarzy i wypaczaniu wyborów powszechnych), organizowanego przez PIS, wycofało swoje poparcie dla tego marszu, w imię „jedności Polaków”. Jedności Niewolników i Rządzących nimi Właścicieli Niewolników???

SSSSS s-1553

ANNA FELSKOWSKA  Ekologia w parze z ekonomią

Uprawianie żywności wydaje się być dzisiaj najbardziej radykalną i jedyną efektywną formą zmiany świata. Samowystarczalność żywieniowa uniezależnia bowiem od korporacji. Sadząc i zbierając, będąc w kontakcie z Naturą, zmieniamy przede wszystkim siebie, jednocześnie zapewniając innym istotom bioróżnorodność oraz przestrzeń do życia. W wielu miejscach powstają inicjatywy dążące do takiej żywieniowej samowystarczalności.

 

Rodziny prowadzące gospodarstwa, małe społeczności, wioski, regiony, a czasem całe kraje podążają w tym określonym kierunku. Przykładem mogą być choćby Kuba i Wenezuela, które dokonały swoistej rewolucji poprzez powrót do rolnictwa tradycyjnego. Powstają ogrody w miastach (tzw. urban gardening): przy szkołach, na trawnikach, przed urzędami, czy na zaniedbanych skwerach. Niekiedy w warzywne ogrody zamieniają się całe osady (np. Todmorden w Wielkiej Brytanii). Nie wszyscy mają jednak taką możliwość. Tym, którzy sami nie uprawiają ziemi, pozostaje nawiązać kontakt z lokalnymi rolnikami.

Polacy nie zostają w tyle. Szerokie grono osób zamiast ceną i wyglądem, kieruje się lokalnym pochodzeniem i gwarancją naturalności produktów. Kupując warzywa, olej czy miód bezpośrednio od rolnika możemy mieć pewność, że są świeże i nie dojrzewały w samochodzie jadącym tysiące kilometrów. Niewielkie odległości pozwalają zmniejszyć zużycie energii i paliwa, co wpływa na koszty, jak i służy środowisku. Ponadto, konsument ma szansę poznać producenta swojej żywności i wesprzeć konkretnego człowieka zamiast ponadnarodowe korporacje. Ma także gwarancję, że nie kupuje żywności genetycznie modyfikowanej, która jak wiadomo, powoduje choroby, w tym – alergie, raka, i prowadzi do skażenia środowiska. Korzystnym rozwiązaniem dla dużych polskich miast są właśnie powstające Kooperatywy Spożywcze.

Kooperatywa jest obywatelską inicjatywą konsumentów o nieformalnym i niehierarchicznym charakterze, której celem jest przede wszystkim stworzenie, choćby na skalę lokalną, alternatywy wobec kapitalistycznego systemu dystrybucji żywności. Najprościej mówiąc, to otwarte i dobrowolne zrzeszenie osób, które dokonują kolektywnych zakupów spożywczych – głównie warzyw i owoców – oraz innych (niespożywczych) produktów ekologicznych. Istota kooperatywy spożywczej sprowadza się więc do kupna towarów bezpośrednio od producentów. Pominięcie łańcucha narzucających swą marżę pośredników prowadzi do konkretnych oszczędności finansowych (nieraz 50-70 % ceny jaką zapłacilibyśmy w detalicznym sklepie spożywczym). W cenę zakupów wlicza się oczywiście koszt transportu oraz 10 % na tzw. fundusz gromadzki, a pomimo tego finalny odbiorca oszczędza przeciętnie ok. 20 % ceny sklepowej.

Wielką zaletą jest możliwość wpływu na jakość produkcji rolnej. Wykluczając pośredników w nabywaniu żywności kooperatywa kreuje możliwość bezpośredniego kontaktu z rolnikami. Tworzy się więc ludzka więź pomiędzy nabywcą a sprzedającym. Z czasem powstaje cała sieć producentów rolnych, a dzięki bezpośredniej współpracy, kupujący uzyskuje wpływ na sposób produkcji i jakość żywności oraz jest w stanie utrzymywać stosunkowo niskie ceny. Uczestnikom kooperatyw zależy bowiem na budowaniu z producentami bliskich relacji, opartych na wzajemnym poszanowaniu, dialogu i sprawiedliwym handlu. Kupując warzywa i owoce na targu kooperatyści kierują się najpierw do indywidualnych hodowców, dopiero w ostateczności do lokalnych mini-pośredników składujących swe towary w halach targowych. Docelowo każda kooperatywa dąży do współpracy z rolnikami. Szczególnie uprzywilejowane są oczywiście gospodarstwa organiczne, niestosujące nawozów sztucznych ani modyfikacji genetycznych. Członkowie kooperatyw słusznie wspierają regionalnych wytwórców żywności, poszukują rolników chętnych do współpracy, którzy już produkują lub są zainteresowani produkcją eko-żywności oraz innych źródeł zakupu produktów ekologicznych (sklepy, e-sklepy itp.).

Efektywność zakupów oraz udział sprawdzonej pod kątem ekologicznym i zdrowotnym żywności są wprost proporcjonalne do ilości osób zaangażowanych w finanse i wielkość ich wkładu. Im większy „kapitał założycielski” przed rozpoczęciem działalności (kaucja członkowska wynosi ok. 20-30 zł od osoby), tym większy tzw. „zwrot od zakupów” otrzymuje kooperatywa na późniejsze potrzeby. Kupno i sprzedaż towaru odbywa się wyłącznie za gotówkę, co może stanowić pewną niewygodę, ale ogromną rekompensatą jest stabilność dostaw i płynność finansowa kooperatywy. W przeciwnym wypadku każda kredytowana sprzedaż groziłaby uzależnieniem od kolejnych kredytów, a w konsekwencji – widmem bankructwa. Kooperatywę spożywczą może założyć każdy, wystarczy kilka zaangażowanych osób. Konieczny jest środek transportu, a także miejsce, gdzie uczestnicy będą się spotykać, aby odebrać towar, rozliczyć się i porozmawiać. System składania zamówień bywa różny, jednak najczęściej odbywa się to po uprzedniej rejestracji w internetowym systemie zamówień. Do sfinansowania zakupów służą wcześniej zebrane pieniądze, dlatego tak ważne jest funkcjonowanie tzw. funduszu gromadzkiego – który przeznaczany jest na działalność, rozwój, cele edukacyjne i kulturalne.

Kooperatywy umożliwiają zaistnienie licznych inicjatyw o tematyce ekologicznej. Organizowane są warsztaty np. z eko-gotowania, projekcje filmów o tematyce ekologicznej oraz dyskusje, których celem jest wzajemna eko-edukacja, zakupy urządzeń umożliwiających produkcję zdrowej żywności we własnym zakresie (np. młynek do mielenia ziaren, prasa do tłoczenia oleju). Wielką zaletą tego typu inicjatyw jest integrowanie zaangażowanych w nią osób, wzajemna pomoc i tworzenie trwałych więzi społecznych. Kooperatywa uczy jak wspólnie działać, jak podejmować decyzje i jak organizować. Zebrania przy ważeniu i odbiorze żywności to nie tylko kupiecka formalność odbioru towaru, lecz scalające społeczność spotkania ze wspólną degustacją, podczas których uczestnicy wymieniają się doświadczeniami i spostrzeżeniami. Fundusz gromadzki służy dodatkowo do realizacji celów socjalnych oraz wspieraniu działań na rzecz sprawiedliwości społecznej. Warszawska Kooperatywa Spożywcza oprócz zakupów organizuje dodatkowo spotkania Klubu Dyskusyjnego WKS, a także urodziny kooperatywy, na których propagowane są polityczne idee. Gdańska Kooperatywa Spożywcza ostatnio zorganizowała prezentację filmu dotyczącego zaangażowania Palestyńczyków w kooperatywy spożywcze, spółdzielcze markety oraz inne oddolne inicjatywy.

Aspekt społeczny ma więc tutaj zasadnicze znaczenie. W działalności kooperatystów widać zainspirowanie myślą polityczną Edwarda Abramowskiego – ojca polskiego kooperatyzmu. Abramowski odrzucał wszechwładzę państwa i postulował budowę „Rzeczpospolitej Kooperatywnej” opartej na aktywności obywateli zrzeszonych w związki, stowarzyszenia i kooperatywy. Postrzegał kooperatywy jako sposób na zmianę społeczną i walkę z niesprawiedliwościami kapitalizmu od strony konsumpcji i zbytu towarów (Dla zainteresowanych link do książki E. Abramowskiego pt. Braterstwo, solidarność, współdziałanie – http://soo.org.pl/doc/e-book/abramowski-braterstwo-solidarnosc-wspoldzialanie.pdf). Członkowie powstałych spółdzielni mają nadzieję, że swoimi działaniami będą w stanie zmieniać rzeczywistość, gdyż świat ludzki nie jest ostatecznie ukształtowany i od twórczego wysiłku obywateli w dalszym ciągu może wiele zależeć.

Kooperatywy istnieją już w większych miastach w Polsce, między innymi w Warszawie, Łodzi, Krakowie, Poznaniu, Lublinie. Toruniu i Gdańsku. Prekursorami byli działacze z Warszawy, którzy jako pierwsi w Polsce w 2010 roku zdecydowali się na założenie spółdzielni, a później współuczestniczyli (udostępniając internetowy system zamówień oraz dzieląc się doświadczeniami) w powstawaniu innych grup. Warszawscy aktywiści w różnych miastach organizowali spotkania rozpowszechniające ideę kooperatywizmu, co w efekcie zaowocowało powstaniem kolejnych punktów np. w Poznaniu, Krakowie. 14 – 15 kwietnia 2012 roku w Warszawie podczas I Zjazdu Kooperatyw Spożywczych członkowie z całego kraju mieli okazje spotkać się i wymienić doświadczeniami. Ciekawe były okoliczności zawiązania Gdańskiej Kooperatywy. Działo się to 25 maja, w dniu ogólnopolskiego dnia protestów związkowych przeciwko drożyźnie i przerzucaniu kosztów kryzysu na społeczeństwo. Dla założycieli taki przypadkowy zbieg okoliczności okazał się jak najbardziej pasujący do kontekstu – by równolegle do słusznych protestów stworzyć alternatywę wobec nieefektywnego modelu gospodarki.

Gdyby kooperatywy stały się z czasem zjawiskiem masowym w Polsce (dla porównania w krajach skandynawskich tworzą 1/3 udziału w rynku spożywczym), mogłyby dostarczyć choćby częściowej recepty na trend spadku stopy wydatków polskich gospodarstw domowych na żywność. Biorąc pod uwagę przewidywane podwojenie cen żywności na światowych rynkach, do których w Polsce dokłada się jeszcze wzrost kosztów utrzymania wynikający z drastycznego wzrostu VAT, tendencja ta prawdopodobnie może się nasilać. Sieć kooperatyw – najlepiej w każdym mieście, a nawet dzielnicy – opartych na ścisłej współpracy z rolnikami stworzy potężną siatkę bezpośredniej współpracy między producentami i konsumentami. Wzorem jest tzw. CSA – (community supproted agriculture, czyli rolnictwo wspierane przez społeczność) – w którym ścisła współpraca z gospodarstwem polega na tym, że konsumenci dzielą z rolnikami odpowiedzialność za zbiory – płacą za żywność z wyprzedzeniem, niezależnie od tego, czy zbiory w danym roku będą udane, czy nie, oraz pomagają w pracy na roli (np. w czasie żniw).

Powstające platformy internetowe umożliwiające konsumentom dotarcie bezpośrednio do producenta żywności również jawią się jako niezwykle pożyteczne. Znajdź zdrową żywność w swojej okolicy! to projekt, który przy pomocy strony Polak potrafi zyskał duże poparcie i zebrał sumę niezbędną do stworzenia portalu o lokalnych produktach. Portal promuje lokalne źródła żywności, handmade oraz wymianę barterową. To prosty i wygodny sposób wyszukiwania produktów lub usług dostępnych w najbliższej okolicy. Inna strona, Lokalna Żywność, przedstawia się jako baza producentów miejscowych produktów spożywczych (tradycyjnych, regionalnych, świeżych, sezonowych, ze znanego źródła, a przede wszystkim zdrowych). Wybierając lokalnie, wspieramy bowiem zrównoważony rozwój regionu integrując lokalne rolnictwo, przetwórstwo, dystrybucję i konsumpcję. To autentyczny wpływ na najbliższe środowisko, wzrost ekonomiczny i zdrowie społeczności lokalnej. Filozofia lokalnej żywności nie wspomina nic o atestach – wszystko tutaj opiera się na wzajemnym zaufaniu, natomiast oceny wiarygodności dostawcy dokonują sami konsumenci. Oferowanie lokalnych produktów przyczynia się jednoznacznie do spójności społecznej, krzewi poczucie wspólnoty oraz zachęca do zachowań przyjaznych środowisku naturalnemu. Zgodnie z filozofią ruchu Slow Food, dotyczącą społeczności zrównoważonej żywności (Sustainable Food Communities), konsumenci mają podstawowe prawo do żywności lokalnie produkowanej, smacznej i zdrowej. Slow Food zakłada, że społeczności powinny łączyć się w globalną sieć, ponieważ łatwy i szybki dostęp do świeżych produktów wspomaga zróżnicowane odżywianie i zachowanie wszystkich walorów organicznych produktów żywnościowych (które zmniejszają się w systemach długoterminowej konserwacji), a co za tym idzie – przyczynia się do poprawy zdrowia publicznego.

Fundacja Wolna Ludzkość została powołana do istnienia, aby w tych niejednoznacznych czasach wskazywać na to, co jest ważne z punktu widzenia zdrowia i świadomości człowieka, a także by stać się praktycznym narzędziem realizacji marzeń dotyczących przyszłości. Fundacja WL ma na celu łączenie jednostek i środowisk, w których budzi się świadomość faktu, że każdy z nas jest nie tylko konsumentem, ale przede wszystkim aktywnym współtwórcą rzeczywistości. Tym samym zwraca uwagę na fakt, że życie na kredyt w zabetonowanych pustyniach, skoncentrowane wokół pracy, która prócz pieniędzy nie przynosi ani rzeczywistej satysfakcji, ani zadowolenia, nie jest jedynym możliwym sposobem na życie. Wspólnymi siłami realizując swoje założenia stworzyła portal WOLNY HANDEL (http://www.wolnyhandel.org/index.html), gdzie oprócz zdrowej żywności odbywa się wymiana także innych najwyższej jakości produktów.Z portalu mogą korzystać wszyscy, jednak sprzedaż jest udostępniania jedynie tym, którzy zostali poleceni, ponieważ produkty dostępne na portalu WOLNY HANDEL charakteryzują się najlepszą jakością zgodnie z sumieniem każdego z użytkowników. Zachęcamy małe gospodarstwa ekologiczne (i nie tylko) do kontaktu na adres fundacja@wolnaludzkosc.pl z propozycjami i ofertami. Razem budujmy świat, w którym każdy będzie miał szansę jeść zdrowo i żyć w zgodzie z naturą.

Zaangażowanie obywateli w kooperatywy wciąż rośnie. Na naszych oczach powstaje niespotykany dotąd pod względem celów i działań ruch społeczny, który powoduje zacieśnienie więzów w grupie osób, których łączą wspólne idee i wartości. Działania kooperatystów wzbudziły zainteresowanie mediów i tym samym przyczyniły się do tego, że o kooperatyzmie zaczyna się coraz częściej i głośniej mówić. Od nas zależy, czy idea ta rozwinie się, i czy za jakiś czas w każdym polskim mieście będzie działała prężna kooperatywa spożywcza.

Kooperatywy spożywcze w Polsce:

Kraków: wawelskakooperatywa.wordpress.com/
Poznań: www.pokospokoo.blogspot.com/
Gdańsk: www.kooperatywa-gdansk.pl/
Warszawa: kooperatywy.pl/
Białystok: www.facebook.com/kooperatywa.wspolpracownia
Łódź: lodz.kooperatywy.pl/
Lublin: lubelskakooperatywa.wordpress.com/
Opole: kooperatywa.opole.pl/
Podlasie: www.vivateco.pl/kooperatywa-nie-tylko-spozywcza/

Autor: Anna Felskòwskô

Źródła:

http://www.facebook.com/wolnaludzkosc/posts/512886112068053

http://www.facebook.com/photo.php?fbid=528415570525308&set=a.357899687576898.89646.356585197708347&type=1&ref=nf

http://lubelskakooperatywa.wordpress.com/

http://myobywatele.org/baza-wiedzy/inspiracje/kooperatywy-przeciwko-systemowi/?fb_action_ids=396530830432501&fb_action_types=og.likes&fb_ref=AL2FB&fb_source=aggregation&fb_aggregation_id=246965925417366

http://www.vivateco.pl/kooperatywa-nie-tylko-spozywcza/

http://www.goryizerskie.pl/?file=art&art_id=1006

http://wiemycozjemy.pl/wspolne-zakupy.html


Wileńska Góra Trzykrzyska, Sanktuarium Alków-Kauków Trójgłowych , prawdopodobnie Białobogi

$
0
0

gora-trzech-krzyzyGóra Trzykrzyska[1] (lit. Trijų kryžių kalnas) – wzgórze w Wilnie, na prawym brzegu Wilejki, dawniej zwana Łysą lub Krzywą. Na górze stoi pomnik – trzy białe krzyże.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Według legendy na Górze Łysej za czasów Olgierda umęczono siedmiu franciszkanów. Czterech strącono do Wilejki, zaś trzy Krzyże z ciałami męczenników ustawiono na górze.

i86_MariukasM_flickr

Dla upamiętnienia ich męczeństwa wileńscy franciszkanie – jak podaje Kosman – między rokiem 1613 a 1636 wznieśli na Łysej Górze trzy drewniane krzyże. W 1740 r. zmurszałe krzyże zamieniono na nowe, które przetrwały do 1869 r.; gdy ze starości zawaliły się, władze rosyjskie nie pozwoliły ich odbudować. Dopiero w 1916 r. podczas okupacji niemieckiej, z inicjatywy księdza prałata Kazimierza Michalkiewicza zebrano fundusze i postawiono krzyże betonowe według projektu Antoniego Wiwulskiego.

i87_Robkinis_efoto

Legenda o męczeństwie franciszkanów nie znalazła potwierdzenia w źródłach historycznych. W 1927 r. wileński historyk Kazimierz Hodyniecki wydał pracę „Legenda o męczeństwie 14 franciszkanów w Wilnie”, w której dowiódł, że zarówno franciszkańscy jak i rzekomi prawosławni męczennicy są postaciami legendarnymi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Trzy krzyże przetrwały do 30 maja 1950 r., kiedy zostały wysadzone w powietrze[2]. Część ruin wywieziono, większe fragmenty zakopano.

W 1989 r. społeczeństwo Litwy postanowiło odbudować krzyże jako pomnik ofiar stalinizmu na Litwie. Odbudowany w ciągu 14 dni pomnik Trzech Krzyży odsłonięto 14 czerwca 1989 r.[3], a poświęcił go kardynał Vincentas Sladkevičius. Część odkopanych resztek dawnych krzyży zamurowano w fundamentach, część widoczna jest poniżej pomnika. Nowe krzyże są takie same jak pomnik Wiwulskiego, tylko o 1,8 m wyższe.

 

i86_Laimonas_Ciunys_efotoObecnie Góra Trzech Krzyży znajduje się w obrębie parku Górnego (Kalnų Parkas).

trzy-krzyze-widok1

I znów mamy kolejną Górę Trzech krzyży zlokalizowaną w Rzeczpospolitej, której podobnie jak tej w Kazimierzu nad Wisłą próbowano przypisać katolicką legendę o męczennikach. Okazało się to wierutną bzdurą po różnorakich badaniach naukowych. 

i87_Tomas_efoto

Jak więc można wyjaśnić nazwę nadaną wzgórzu w okresie Kontrreformacji formowanym pod wpływem palących nieprawomyślne księgi Jezuitów i oznakowaną przez nich wtedy trzema drewnianymi krzyżami? Ano tak samo jak w Kazimierzu mamy tutaj do czynienia z typowym kopcowatym wzniesieniem obrzędowym Przyrodzonej Wiary Słowiańskiej poświęconym najpewniej Trzygłowemu bóstwu czyli Alci Demos – Kaukowi-Alkowi Trójgłowemu.

548526Stara lipa i inne lipy widoczne na zdjęciach z lat 20-stych XX wieku na tym typowo kultowym wzgórzu, potwierdza dbałość Strażników Wiary przyrodzonej Słowian i Istów o to miejsce, jak również potwierdza przypisany mu żeński charakter czczonego tutaj bóstwa.

502093

Tutaj była to najpewniej Białoboga, zwana też i notowana bardziej powszechnie pod mianem Belbuka, czyli Białej Bogini – Wielkiej Bogini. Może to i nie jest prawda do naukowego udowodnienia, ale ja sądzę że samo Wilno, to znaczy powstanie tutaj świętego miejsca, kapiszty bądź kąciny, a może nawet zbrojnego obwaru kultury łużyckiej (około 3500 lat temu, kultury bez wątpienia w świetle badań genetyków Skołocko-Istyjsko-Słowiańskiej) i rozpalenie świętego ognia oraz założenie gaju nad Wilią, należy wiązać z tradycją Mazonek (Amazonek Północy).

519864

Można je wiązać także z obecnością plemion słowiańskiego Ludu Nurów, uznawanego przez Herodota za Wilkołaczy co znaczy po prostu Biały i Wielki (wołk, welgs, walim – wielki, biały). Należy to także wiązać w czasie z ustanowieniem Znicza dla Peruna, na Szawlej Górze Perkunasa oraz Znicza Światła Świata – poświęconego Świętowitowi, na Szwintorogu.  

 

519863

519862

 

4980


Paweł Szydłowski – Lechia część 3

$
0
0

Część 3

 

https://www.youtube.com/watch?v=n12s2W-Zo3E&list=UUpdXoN2J3Irki8-9AWqtEsA&index=19

 

 

Zoroaster sprzed 6000 lat to inna postać niż Zoroaster-Zarzduszt (Zaratusztra) twórca Zoroastryzmu w Persji w VIII wieku co spowodowało zamach na Zaratusztrę i Wojnę Północy z Południem której finałem było zabicie Kirusa-Cyrusa przez Tomirysę podczas bitwy.

 

Magię uprawiali nasi przodkowie, Kabała jest jej przekręceniem, podobnie jak Tora jest jej wypaczeniem. Brahman i Kabała. Syn Słońce – jest Synem Światła Świata, Synem Nieba, Synem kowala Niebiańskiego, Synem RA – nie jest bogiem -człowiekiem, lecz po prostu Słońcem. Zeus = Dzeus – Twórca Dnia, Pan Światła. Dadźbóg-Mitra  – to więcej niż słońce. Hara – Góra Kary, Hare Kryszenia – Krasy/Kryszny – Dziewanny/Dziwienia-Kupały w Górach Panów (Ural).

 

Świątynia Dziewięciu Kręgów – to dziewięć świątyń z których każda jest poświęcona Trójcom bogów, w sumie 27 bogów było czczonych na Łyścu i ośmiu innych okolicznych górach. Kto zna Magię czert wie co oznacza dziewięć Kręgów poświęconych 27 = 9 bogów.  Wał kultowy kamienny ma 1800 metrów = 9.

 

 

kompleks-c59bwic485tyni-dziewic499ciu-krc499gc3b3w-i-grobc3b3w-krc3b3lewskich-opisanyŚwiątynia Dziewięciu Kręgów – Dziewięć Gór Dziewięciu Tynów

 

Tagged with: ,

Rafał Orlicki – Abecadło („Słowianić” nr 7 – Zima)

$
0
0

s73

© by Rafał Kopko Orlicki

Jak odłacinskie „abecadło”,

poprzez słowackie „obiecadło”,

doprowadza nas do polskiego „do diabła to!”

 

W słownikach języka polskiego, wymienia się wśród pierwszych wyrazów, słowo ‘abecadło’, którego znaczenie współcześnie obowiązujące, to; ‘alfabet, elementarz’, zaś dawniejsze: ‘nauka czytania i pisania (w łacinie)’.

Etymologia wyrazu, wskazuje na pochodzenie mieszane oraz zmiany w wymowie i znaczeniu, według kolejności od czasów współczesnych poczynając:

5). pod wpływem j.środkowoniemieckiego, wymowa twardsza oraz skrócenie sylaby ‘bie’ w ‘be’, jako ‘abecadło’,

4). od starosłowackiego, jako ‘abiecadło’,

3). podobnie z kierunku Moraw, jako ‘obiecadło’, prawdopodobnie forma prześmiewcza (patrz niżej warianty ORLICKIEGO),

2). od słowiańskiej przestrogi, z której powstał słowacki wariant prześmiewczy, jako „wobiesadło” lub „biesadło”,

1). z alfabetu łacińskiego utworzonego w kolejności liter ‘a,b,c,d…’ itd, oraz łacińskiej nazwy tegoż alfabetu ‘abecedarium’.

 

Analiza rdzenia głównego, morfemów pobocznych (afiksów) i pierwotnego sensu wyrazu.

1) Środkowa spółgłoska alfabetu ‘b’, była dawniej wydłużona o dwie samogłoski ‘i’ oraz ’e’, przez co wymawiano ją, jako ‘bie’. Dzisiaj, wymawiamy jedynie ‘be’, co wskazuje na znaną nauce, dawniej większą płynność języka staropolskiego, zbliżoną do współczesnych mu języków ruskich. Zmiana ta, nastąpiła pod wpływem j.niemieckiego i łaciny.

2) Przyrostek ‘ło’, stanowiący zaimek wskazujący i będący zarazem starym afiksem słowotwórczym, jest podobny do młodszych zaimków występujących w wielu językach słowiańskich; ‘po, wo, owo, oto, ob, do, da, ow, ot’, oraz o podobnym znaczeniu, lecz nie zawierających głoski ‘o’’, jak; ‘ad, at, ti’, oznaczających ‘to, ta, te, tak, takie’. Zaimek ten, wywodzi się z morfemicznej głoski ‘lo’ i jej almorfów ‘ła, ło, la, le, li’, będącej pierwotnie wskazaniem poprzez samogłoskę ‘o’, wyraźnego położenia, również osoby bądź rzeczy; ‘o!’. Jak w wyrazie „tło”, pochodzącym od morfemów ‘ti-ło’, czyli ‘te/tu-to’.

3) Położenie zaimka wskazującego na końcu wyrazu, dowodzi naturalnej refleksyjności wymowy słowiańskiej (nadawanie zaimków zarówno na ich początku jak i końcu), zachowaną w stosunku do nowo poznanych słów obcych jeszcze w VIII-IXw, (wiek przybliżenia się łaciny do granicy ziem polskich), podobną do słowotwórstwa języka raseńskiego (etruskiego), co stanowi jeden z pomniejszych dowodów jego słowiańskości. Jest to jednak, najprawdopodobniej zaimek znacznie starszy (język prasłowiański jest odtwarzany przez naukę jedynie w drodze teorii opartej na poszlakach), niż wiek VIII.

Zastanowienie budzi, starosłowiańskie upodobnienie wyrazu ‘obiecadło’ do słowa „obieca, obiecać, obiecywać, obiecywa/obiecuje, obiecywanie”. Jest nieprawdopodobne, aby przysłuchujący się recytowanemu alfabetowi, nie słyszeli na jego początku wyraźnej samogłoski ‘a’, i przypadkowo zamienili ją w ‘o’. Bo przecież nie wszystkie ‘a’, Polacy i inni Słowianie, zamieniali w ‘o’. Nie jest tak, jak w swoim słowniku etymologicznym twierdzi A. Bruckner, że Polacy nie posiadają słów słowiańskiego pochodzenia zaczynających się na ‘a’. Naliczyłem ich, co najmniej piętnaście, czasami być może są odarjowego pochodzenia lub scytyjskiego, lecz są, jak chociażby ‘aliści’, ‘azali’, ‘acan’ (od ‘as-an’), czy ‘acz’. Nie są to na pewno słowa z zachodu Europy. W takim razie, zlikwidowanie słyszalnej w łacińskim ‘abecd…it” wyraźnej głoski ‘a’, było celowym przekształceniem wyrazu, w emocjonalny derywat ‘obiecadło’, stanowiący leksem prześmiewczy wobec nie tyle osoby uczącej się łaciny, co dla nazwania łacińskiego elementarza, a poniekąd tych, którzy go propagowali. Ten ślad językowy, może świadczyć o kulturowym oporze społecznym wyrażanym w polskiej mowie, istniejącym jeszcze w XVIIw., (dopiero po tym wieku uległ zmianie w ‘abecadlo’), na przymusową chrystianizację i zastępowanie lub zaśmiecanie języka polskiego łaciną. Duchowni, nauczający szlachtę łaciny, posługiwali się tym językiem, jako narzędziem do promowania religii chrześcijańskiej i rugowania obyczajów słowiańsko-pogańskich, które niewątpliwie posiadały silne oparcie w mowie Słowian i ich piśmiennictwie, w tym, w rozumieniu sensu znaków piśmienniczych (obrazowania morfemicznego), nie tylko ich brzmienia fonicznego i pamiętanie kształtu liter. Starożytne znaki słowiańskie były zaawansowane kształtem (jak pismo wiciowe, późniejsza głagolica od niego wywiedziona, litery sanskryckie), co widzimy na monecie Mieszka, na której są właśnie takie znaki nie jakieś litery hebrajskie. Znaki te, wycofane z naszego kręgu piśmienniczego i języka fonicznego (np. odpowiednik ‘jer’ i szereg samogłosek nosowych) a znacznie później z języków ruskich i rosyjskiego, opisywały właśnie spółgłoski morfemowe, mające swoje znaczenie wyobrażeniowe, sensualne. Język przodków a szczególnie starożytne znaki piśmiennicze (np. runy), były uduchowione, święte (uważano, że są żywe, same przemawiają), i pochodzą od Bogów, co potwierdza bliski związek słów; ‘Bóg/Boh’, drzewa ‘Buk’, na którego deszczułkach je zapisywano, ‘bukwa’, czyli litera, ang.‘book’ czytane, jako ‘buk’. Musiała mieć miejsce, nie tylko odnotowana przez historyków walka fizyczna wobec przymusowego chrzczenia (powstania pogańskie ludu tłumione wybijaniem opornym zębów przez Bolesława Chrobrego, sprzeciw niektórych władców, jak Miecława/Macława na Mazowszu), gdyż jak pisał Gal Anonim w Kronice Polskiej; „Albowiem niewolnicy (Autor: tak traktowali i nazywali duchowni „lud słowiański”) powstali na panów, wyzwoleńcy przeciw szlachetnie urodzonym, sami się do rządów wynosząc, i jednych z nich na odwrót zatrzymali u siebie w niewoli, drugich pozabijali, a żony ich pobrali sobie w sprośny sposób i zbrodniczo rozdrapali dostojeństwa. Nadto jeszcze, porzucając wiarę katolicką – czego nie możemy wypowiedzieć bez płaczu i lamentu – podnieśli bunt przeciw biskupom i kapłanom Bożym i niektórych z nich, jakoby w zaszczytniejszy sposób, mieczem zgładzili, a innych, jakoby rzekomo godnych lichszej śmierci, ukamienowali.”), lecz również walka kulturowa, w tym werbalna, społeczeństwa słowiańskiego, z narzucaną odgórnie kulturą religijną i nowym językiem oraz jego narzędziami. W tym, z odprawianiem mszy w mowie niezrozumiałej dla większości ludu, gdyż pomimo zgody Konstantynopola by odprawiać je w słowiańskich językach lokalnych (za staraniem Cyryla i Metodego), Kościół Rzymski czynił to bardziej niechętnie i po chwilowej zgodzie wolał odprawiać w łacinie.

Skoro Duchowni, posługujący się tą mową, jako podstawową nagrodę za przyjęcie nowej wiary i posłuszeństwo jej nauczycielom, obiecywali zbawienie wieczne, najprościej było nazwać jej wykładanie, „obiecadłem”, czyli „obiecywaniem”. Powiedzenie; „żywot w niebiesiech bohaty, dla pokornych Krestijan obiecaty/obecywaty” lub podobny, z pewnością był praktykowany.

Możliwa jest również, druga interpretacja bądź zachodzą obie, wzajemnie się wspierając. W słowie ‘obiecadło’, mogło też chodzić prostemu ludowi o wyrażenie swojej niewiary w możliwość nauczenia czytania i pisania w języku łacińskim. Co potwierdziły wieki nauczania przez liczne szkoły zakonne, głównie jezuickie, skutkujące wyuczeniem alfabetu jedynie ok. 20 % ludności polskiej, gdy zła komuna w niespełna pół wieku nauczyła tych umiejętności prawie 100% społeczeństwa! Czego nie przypominam z sympatii dla komuny – bo jej nie cierpię, tylko dla Prawdy. Podobnie było na zachodzie Europy, gdzie łacina nie wypleniła analfabetyzmu wśród prostego ludu w żadnej monarchii. Wynikać to, więc mogło z niewiary Słowian w prawdomówność popów/księży, ich pochodzenie głównie z Niemiec lub religijno-politycznie uzależnionych przez nich Czech i Moraw, bądź z przywiązania do innej postaci pisma (prasłowiańskiego), bardziej dla Słowian zrozumiałego.

Analizując wyraz „obiecać”, który pochodzi od ‘obwietati’, widzimy w nim przedrostek ‘ob’, odpowiednik ‘ow’, (w językach słowiańskich ‘b’ bardzo często przechodzi w ‘w’) oznaczający ‘to’, zaś sens słowa w pełnym układzie rdzeni, jako ‘obiecać’ < ‘ob-wie-sać’ < ‘ow-wie-sati’, czyli ‘to-widocznie/wyrażnie-sadzić/stawiać’, stąd ‘sad, siad, osad’. Wyraz ten nie ma związku z psł. ‘vetiti’ i pochodnym ‘obvietati’, które oznaczały mowę i obwieszczanie, pochodząc od ‘vida/wita-ti’, czyli ‘widzenie-te/ich’. Językoznawcy mylnie wiążą z nim dawne ‘obiata, obieta’, tłumacząc, jako ‘ofiara’. ‘Obiata, obieta’, oznaczały ‘obiecać’, tylko dlatego, że pochodziły od publicznego składania przez władców ‘obietnicy’, jako ‘przyrzeczenia’, czyli ‘obwiedy/obwidy’, od ‘ob/ow-wi-ati’; ‘to-widoczne-te’, kultywowanej później w Polsce przez wybieralnych królów. Jako obietnicy władcy w zamian za wybranie go do przywództwa, składanej stanowi szlacheckiemu (statuty królewskie, jak; Kazimierza wielkiego, czy Konstytucja praw Nihil novi, czy statut opracowany przez kanclerza Jana Łaskiego i inne). Nie zaś od ‘składania Bogu obiecanej/przyrzeczonej ofiary’, bo nie było znane pralechitom, judejsko-chrześcijańskie przymierze, (czyli wzajemne obietnice) z Bogiem chociaż składali dary Perunowi, ze zwierząt.

Jak by nie interpretować wyrazu ‘obiecadło’, jest to moim zdaniem, swoista pamiątka językowa, skrytej, rzekłbym podziemnej walki słowiańskiego ludu (Słowaków, Morawian oraz Polaków, którzy byli w praktyce jednym narodem Laskim, rozdzielonym granicami ustalonymi nie przez lud a władców i polityczo-religijne wpływy), z ograniczaniem jego dotychczasowej wolności kulturowej i religijnej. Jak widać, mamy nie tylko w partyzantce zbrojnej, ale i kulturowej, bardzo stare doświadczenia. Dowodem szczególnego oporu kulturowego ludności na ziemi Polskiej, wobec dominacji kościoła Katolickiego, jest zachowanie się słowa „abiecadło” aż do XVIIIw., gdy na pozostałych obszarach słowiańskich od dawna posługiwano się już terminem bardziej zbliżonym do łacińskiego wzorca, czyli „abeceda”.

Gdyby w słowie ‘obiecadło’, występowało spotykane w j. polskim zastępstwo głoski ‘a’ występującej w wyrazach zachodnich przez ‘o’, to wyraz ten, byłby bardziej zbliżony do wzorca łacińskiego, czyli ‘‘abecedarium”. Brzmiałby np. jako ‘abecedło’. Lecz w najstarszej, odnotowanej postaci wyrazu – ‘obiecadło’, nie tylko sylaba ‘bie’ jest od słowiańska, lecz również ‘ca’ oddaje zbliżenie do dawnego ‘obiecati’ lub ‘obiesati’. Dzisiaj wymawiamy osobne ‘c’, jako ‘ce’ lub ‘cy’, nie zaś, jako ‘ca’. To również nie był przypadek, że w tym słowie użyto wymowy ‘ca’.

 

Mylnie się również tłumaczy końcowy przyrostek afiksalny, widząc go w sylabie ‘dło’, oznaczającej ‘do’ a dokładnie ‘do-ło’; ‘do-tego, to-do’. Jeśli jest to znaczenie ‘do’, to nie może mieć ona nic wspólnego z rdzeniem ‘obiecać’, gdyż nie tworzy układu logicznego (a postać pierwotna starożytnego języka, jest zawsze logicznie powiązana z pramorfemami), gdyż sens układu brzmiałby ‘obieca-do’. Alfabet z pewnością nie był postrzegany, jako coś prowadzącego ‘do obiecywania’ nie wiadomo, czego, tylko, jako konkretne narzędzie (‘to’) w ręku ‘obiecujących’ zbawienie kapłanów. Dlatego, w wariancie znaczeniowym ‘obiecać’, przyrostek ten pomija głoskę ‘d’, należącą do łacińskiego układu alfabetycznego i jest nim sylaba „ło”. Polacy nie spolszczali końcówek wyrazów tylko dla ich płynnego zesłowiańszczania, bez sensu logicznego, jak to pod wpływem propagandy zniemczonego językoznawcy mowy Słowian, na usługach Austro-Węgier, F. Miklosicha, sugeruje nam językoznawca A. Bruckner, (Dygresja Autora: Franz Miklošič, zniemczony językoznawca-slawista słoweński, pracował, jako faktyczny cenzor z ramienia dworu wiedeńskiego języków słowiańskich, który nie dopuszczał do przemycania treści patriotycznych i niezgodnych z dominującą nad Słowianami władczą rolą Cesarstwa i języka niemieckiego. Profesor uniwersytetu w Wiedniu, twórca gramatyki porównawczej i słownika języków słowiańskich oraz języka starocerkiewnosłowiańskiego. Błędnie uznawał ten język za starosłoweński, gdy jest on rzeczywiście językiem dawnym pochodzącym od Wenedów, lecz zawierającym liczne elementy obce – odłacińskie, bizantyjsko-greckie znaczenia terminów, słownictwo obrządkowo – chrześcijańskie i jego intonację foniczną. Jest jednak, niewątpliwie zasłużony dla analizy gramatycznej języków słowiańskich i utrwalenia słowiańskich pamiątek leksykalnych, lecz jego interpretacje należy rozpatrywać pamiętając zawsze, dla kogo pracował, pod czyim zaborem. F. Miklosich, to podobna postać, co G. Kossina, który podobnie posługuje się w nauce zupełnie nie naukowymi, uprzedzonymi, poniżającymi Słowian dogmatami propagandy niemieckiej. Gustaw Kossina, zniemczony Mazur, lingwista i archeolog, to twórca archeologii etniczno-rasowej, służącej uczynnie nazistowskiej ideologii A. Hitlera. Wikipedia; „Według niego, Słowianie, odcięci od wszelkich prądów wyższej kultury, biedni i prymitywni, dopiero w VI wieku, wykorzystując sprzyjającą chwilę dziejową, zajęli dzisiejsze siedziby ku wschodowi i zachodowi, wtedy, gdy ludy germańskie stworzyły już bogatą cywilizację, niezależną od wpływów świata śródziemnomorskiego lub orientalnego. …. Już w chwili ogłoszenia swojej teorii, w 1895 roku, na zjeździe Niemieckiego Towarzystwa Antropologicznego w Kassel, sam Kossinna włączył ją w służbę niemieckiej idei narodowej, która miała uzasadniać terytorialne roszczenia Niemiec wobec ziem zamieszkanych przez Czechów i Polaków. Jego teorie dotyczące pochodzenia Germanów mocno wpłynęły na ideologię narodowosocjalistyczną. … Twierdził m.in., że polskie Pomorze oraz Wielkopolska były prakolebką Germanów już w epoce brązu, (dop. Autora; podobnie przypisywał Germanom pochodzenie Biskupina), podczas gdy według niego, ludność słowiańska pojawiła się tam o wiele później. Wychodząc z tego założenia uważał, że ziemie te należą się Niemcom, spadkobiercom starożytnych Germanów”. Niestety, tak F.Miklosich jak i G. Kossina, pozostawili trwały fałsz w piśmiennictwie i doktrynach nauki zachodniej, w podręcznikach akademickich, jak i w niemieckiej szkole archeologicznej, z której grantów korzystają nasi uczeni współcześni. Jeszcze w 2014r rozmawiałem w Warszawie ze studentami archeologii, którzy wiedzę swoją opierali na twierdzeniach wykładowców czerpiących obficie od G.Kossiny. Zupełnie lekceważących odmienne teorie największego ucznia Kossiny, prof. Kostrzewskiego. Takie mamy parcie na ufanie wszystkiemu, co zachodnie, skąd płynie rzekomo sam postęp. Dzisiaj już wiemy, że Prasłowianie o haplogrupie R1a, pojawili się w Europie przed epoką brązu (epoka brązu; w Europie Południowej to 2800 p.n.e., na terenach dzisiejszych wschodnich Niemiec i zachodniej Polski 2200 p.n.e. Koniec epoki brązu przypada na lata 1000700 p.n.e.), bo już w starszym neolicie ok. 10 000 p.n.e (młodsza epoka neolitu zwana też młodszą epoką kamienia lub epoką kamienia gładzonego, to ostatni okres epoki kamienia poprzedzający epokę brązu: w Europie południowo-wschodniej, 6200 lat p.n.e. w Europie Środkowej, 4500 lat p.n.e), zaś Germanie, jako odrębna społeczność europejska, narodzili się w Skandynawii i Jutlandii dopiero w epoce brązu, gdy istaniala już Galia (przyszła Frankonia) oraz wielki, słowiański związek Lechicki. Nauka o genach, dowodzi, jaki jest kierunek i szlak wędrówek protoplastów narodów oraz wiek ich kształtowania a także, mieszania się z innymi nacjami a więc wymiany kulturowej, w tym słowotwórstwa).

W odróżnieniu od protogermańskich Celtów, język prasłowiański rozwijał się w Europie, od co najmniej 10 tys. lat, zachowując morfemy azjatyckie i przejmując zapewne tylko niektóre wytwory słownictwa języka staroeuropejczyków (może nawet neandertalczyków żyjących do czasów pierwszej kolonizacji azjoindoeuropejskiej), przez który to okres, wykształcił się szereg nieskażonych obcymi naleciałościami, prasłowiańskich słów pokrewnych. Dzięki temu, język polski tak jak starożytny sanskryt wedyjski, posiada cechy języka logicznie prostego w budowie rdzeni pierwotnych, powtarzalnych w wyrazach o cechach bliskoznacznych, występujących w nich, jako krótkie rdzenie, tzw. główne morfemy oraz przyrostki morfemiczne zwane afiksami. Taka logicznie powiązana powtarzalność morfemów w słownictwie dawnym, nieukładanych przypadkowo tylko w oparciu o ich sens znaczeniowy, cechuje wyłącznie języki starożytne, pozbawione długo wpływów innych języków. Powstające z prostych i krótkich zwrotów. Jest to również, jedno ze świadectw długiej samotności Prasłowian w Europie.

Dawniej, gdy język polski był mniej zniekształcony wyrazami niesłowiańskimi i bardzo podobny do mowy innych nacji słowiańskich (praktycznie od krańca Bałkanów po Ren, Łabę i Wołgę oraz Don, tworzyły one prasłowiańską wspólnotę językową), jeszcze łatwiej było te logiczne cechy zauważyć. Straciliśmy tą wiedzę, gdyż żyliśmy pod panowaniem kultury zachodniej, która nas okłamywała i cały postęp cywilizacyjny Europy, w tym rozwój językowy przypisała wyłącznie zachodowi. Głównie Cesarstwu Rzymskiemu Narodu Niemieckiego, wspierając uzasadnienie zachodnich doktryn naukowych, autorytetem źródeł chrześcijańskiej ekspansji religijnej i jej papieskiej stolicy. Język, jest głównym nośnikiem tożsamości narodowej i własnej kultury, w tym tradycji religijnej, co wyjaśnia, dlaczego zniszczono nasze pismo i starożytne księgi, (spalił je, świetny strateg i wojownik, lecz niestety fanatyk politycznych korzyści z tytułu dopisania się do nowej religii, B. Chrobry) oraz przyjęto nowe piśmiennictwo zwane od Lacjum – łaciną i jego alfabet. (Ciekawostka; Romskie Lacjum to nazwa nizinnej krainy pochodząca jeszcze z epoki Etruskiej, gdy Słowianie używali morfemu ‘la’ do nadawania nazw; nizinom, równinom, gładkości lub tego, co jest nisko, z czego się wzięła przypuszczalnie nazwa ‘Lachy’ od ich kolebki z naddunajskiej równiny).  

  1. Bruckner, dokonuje niejednego objaśnienia, nieuzasadnionego szczegółowym podziałem morfemicznym wyrazu. Nawet współczesna nauka polska stroni od takich analiz a niekiedy się z nich naśmiewa, podczas gdy właśnie odkrywanie sensualnego związku morfemicznego, w licznych i odmiennych wyrazach, udowadnia statystycznie ich prawdziwość znaczeniową i poprawny pierwotnie kształt. Tylko odpowiedni procent powtórzeń trafności tezy o wspólnych cechach znaczeniowych danego morfemu, wykryty w odpowiednio licznej grupie materiału badawczego (słów), jest w stanie dać nam dowód na prawdziwe pochodzenie wyrazu, gdy brak jest dowodów w postaci zapisanego słownictwa z epoki prasłowiańskiej. Jednak A. Bruckner, będący pod wpływami nauki niemieckiej, nie wierząc w starożytność Słowian, szuka znaczenia polskich słów i ich źródła słowotwórczego, przeważnie instynktownie, wyrażając głębokie, lecz często mylne przekonania o ich pochodzeniu lub urywając je na wieku najpóźniej IX., lub też na sanskrycie, który jest językiem odsłowiańskim, stąd znacznie bardziej podobnym do polskiego niż języki germańskie czy romańskie – co już potwierdza nawet zachodnia nauka, w tym międzynarodowa Wikipedia! Takie są owoce współczesnej mu nauki i kultury, zdominowanej rzymsko-niemiecką kolonizacją katolicką. Z tego powodu, Bruckner stwierdza, że Arjowie stanowili na 3000 lat przed Chrystusem, wspólnotę indoeuropejską uważaną też za wspólnotę indogermańską, a Słowianie nie istnieli i dopiero znacznie później się z niej wydzielili, jako odrębna nacja. Dzisiaj wiadomo, że było dokładnie odwrotnie i ‘Arjowie’ byli potomkami – odłamem Słowian z kolibą na Kaukazie, zaś ich przodkowie słowiańscy i krewni, posiadali szereg kolib; w Azji, w Kosowie, na Kujawach, na nizinie naddunajskiej, na Łużycach południowych, nad Prypecią, nad Donem. Nacja germańska jest genetycznie wyraźnie Celtycka, chociaż pokrewna Słowianom, bo również pochodzi z haplogrupy „R”, określana, jako R1b. To nasi młodsi bracia. Przeszła, co prawda przez Kaukaz, ale po R1a i dopiero w Europie stworzyła mieszankę z innymi ludami dając nację niemiecką i pokrewne – germańskie. Niezaprzeczalnie świadczą o tym badania archeologiczne kultur i szczątków ludzkich w powiązaniu z określaniem haplogrup genowych oraz właśnie etymologia językowa, a także badanie historii klimatu Ziemi. Te cztery dziedziny nauki, których poprzedni etymolodzy nie mogli powiązać gdyż dwie z nich jeszcze nie istniały (klimatoznawstwo, genetyka – zastępowana dawniej badaniem cech antropo-rasowych), rzucają dzisiaj nowe światło na pochodzenie i znaczenie dawnych morfemów, dając większą pewność w utrafieniu morfemowych cech leksemów, poprzez ukazanie dat ekspansji i kierunków migracji ich nosicieli, jakie zyskamy dzięki datowaniu haplogrup narodów W oparciu o nie, prostujemy dzisiaj błędy historyczne i celowe manipulacje polityczne w historię kształtowania bytu i kultury narodów. Tym samym, odsłaniamy prawdziwe korzenie polskiej mowy, mające niewątpliwy wpływ na nasze emocje, zdolności i poczucie dumy z naszej nacji, dające siłę do jej trwania i dalszego rozwoju.

Po tym koniecznym wyjaśnieniu, zrozumiałym będzie dla czytelnika, dlaczego patrzę z ostrożnością na badania A.Brucknera tak jak i na językoznawstwo W. Borysia, który niestety nawiązuje w swojej świetnej etymologii polszczyzny do całkowicie wymyślonego języka jakiejś wymyślonej prawspólnoty indoeuropejskiej, rozciągniętej na tak ogromnym obszarze (oznaczanej, jako ‘pie’), że niemożliwym było, aby posiadała jeden, wspólny język! Jest ona jedynie śladem migracji pokrewnych haplogrup w kierunku Europy oraz towarzyszącej im ekspansji bliskich sobie kultur, protoceltyckiej i protosłowiańskiej, obu pochodzących z koliby w Azji. To musiało wpływać na podobieństwa językowe, lecz tylko na podobieństwa początkowe, ukryte w morfemach. W dodatku, to spod Europy nastąpiła wielka, powrotna ekspansja fizyczna oraz kulturowa, słowiańskich Arjów, co przerzuciło wykształcone przez Prasłowian w Europie i rozbudowane (niekiedy poważnie zmienione z pierwotnego brzmienia azjatyckiego), jednostki leksykalne, na obszary; Tybetu, Indii, Persji i północnego Egiptu, w tym do Palestyny – której mylnie przypisuje się powstanie pisma fenickiego. Jak bardzo fakty te mogą zmieniać dotychczasowe odczytywanie kierunku tworzenia obiektów językowych i pisma nowożytnego, czyli korzeni języka aramejskiego, perskiego, sumeryjskiego, greki jak i łaciny, nie muszę nikomu tłumaczyć. Zamiast więc, używać skrótu naukowego ‘pie’, dla oznaczania tego hipotetycznego języka, prędzej należałoby raczej zastosować skrót ‘paeepi’, czyli ‘pra – azjatycko – europejsko – egipsko – persko – indyjska’. To nie było bowiem, bliskie pochodzenie języków i kultur tylko z dwóch kontynentów (Indii i Europy), lecz aż czterech! W dodatku wtórne, bo z okresu ok. 3-2000 p.n.e od Arjo-Słowian. Prawdziwe, pierwotne pochodzenie większości podobnych leksemów i rdzeni języków europejskich, wywodzi się od autochtonów Europy, Prasłowian i staroeuropejczyków z okresu przynajmniej 10- 8 000 p.n.e. Nauka powinna być precyzyjna, nawet tam, gdzie tworzy jedynie hipotezy. Skończył się czas, wprowadzania nas w błąd jakąkolwiek propagandą pseudo naukową, służącą celom politycznym lub religijnym. Ciekawą wskazówką, udowadniającą wtórny kierunek Arjo-Słowianskiej ekspansji z Europy do Indii, nie zaś odwrotnie, jest brzmienie wyrazu „niebo” i liczebnika „pięć” w języku sanskrycko-staroindyjskim, jako ‘nabhas’ i awestyjsko-perskim, jako ‘nabah’. Zaś drugiego, jako ‘pankti’, ‘pańca’.

W języku polskim „niebo/nebo” posiada partykułę przeczącą ‘nie/ne’, zaś w staroindyjskim i staroperskim dostrzegamy zupełnie odmienne brzmienie ‘na’, wskazujące na nieświadome przejęcie słowa i zniekształcenie jego morfemów zaimkowych. Bowiem, gdy w polskim znaczeniu wyraz ten będzie znaczyć ‘ne-bi/wi-as’ ; ‘nie widać dalej/wyżej’, w domyśle; ‘niż chmury, gwiazdy’, (stąd w niemieckim odsłowiańskie ‘nebel’ (mgła) od ‘ne-bi/wi-ło’ ; ‘nie-widać-to’ ze słowiańskiego ‘bel/biel’), w sanskrycie ‘nabhah’ (mgła), greckim ‘nephos’ (chmura), łacinie ‘nebula’, hetyckim ‘nepis’. W indyjskim sanskrycie, ‘nabhah/nabah’, odczytywać powinniśmy, jako ‘na/ma – widzenie wysoko/daleko’ lub ‘ma Boga’.

Podobnie drugi termin, w języku polskim wiąże się sensownie z wyrazem ‘pięść’, czyli zaciśnięta dłoń – posiadająca pięć palców. Tylko, że palce te są zaciśnięte, ukryte, więc wydaje się, że liczba ‘pięć’ powinna brzmieć raczej, jako „dłoń”, od otwartej dłoni? Nie, bo właśnie zaciśnięcie całej pięści stanowi zagięcie palców a przez to sposób liczenia za pomocą ich zamykania! W języku sanskryckim jak i awestyjskim, nie mamy tak oczywistego odniesienia do tej części ciała. A przecież nazwy części ciała są z natury rzeczy wcześniejsze od liczebników. Dodatkowo, w języku polskim szereg morfemów wskazuje na pochodzenie słowa ‘pięść’ od czynności wykonywanej dłonią, ‘pi-je(ść)’ lub podobnych morfemów, oznaczających „mokre-jeść’ podobnie jak w słowie ‘pi-ja’, czyli ‘mokre-ma’ (podobnie nieco ‘pi-wo’ ; ‘mokre-to’, ‘pisanka’ ; ‘malowanka’ od ‘pi-sati’ ; ‘mokre-sadzenie/kładzenie’ skąd mamy; ‘pisanie’, ‘Alpy’ od ‘Al-pi’ ; ‘wysoko – wody’, ‘Europa’ od ‘El-ur-ro-pi’; ‘te/miejsce-ziemi-rodzące-wodę/deszcz’.

(Za http://wspanialarzeczpospolita.wordpress.com : „Od pięści pochodzi też słowo “pieścić” czyli używać pięciu palców. Zależność pięść – pięć – pieścić występuje tylko w języku polskim. Ciekawym derywatem polskiego słowa pięć poprzez Sanskryt i angielski jest nazwa indyjskiego alkoholu owocowego składającego się z pięciu składników: wody, cukru, owoców, alkoholu i herbaty, czyli ponczu – mimo, że obiegło cały świat i do nas trafiło z Ameryki, to nadal brzmi jak stare, dobre, polskie „pięć”.)

Wyraz ‘pięść’, posiada ponadto odniesienie dżwiękopodobne do naszej ‘pięty’ (‘pięćta’), bowiem tak jak pięta jest kształtu owalnego, tak podobnego kształtu jest zaciśnięta pięść.

Innym dowodem starszeństwa języka staropolskiego od mowy Arjów i pochodzącego od nich sanskrytu, jest to, na co już wskazywał sam Bruckner, mianowicie, że w naszym języku zachowało się szereg wyrazów na samogłoskę, ‘o’, gdy w sanskrycie przeszły w ‘a’ . Nie można więc podobnych mowie Arjów, słów w języku polskim wywodzić z arjowego sanskrytu, tylko odwrotnie! Z obszaru Polski i sąsiadów słowiańskich, kultury łużyckiej i wielbarskiej, sięgającej spod Kujaw po podnóże koliby Arjów na Kaukazie i Krymie. Jak nasze staropolskie słowo ‘oczy’, staroczeskie ‘oćese’, greckie ‘opa’ (oko), łacińskie ‘oculus’, litewskie ‘akis’, gockie ‘augo’, hetyckie ‘sa-akuwa’, które w sanskrycie wedyjskim brzmi ‘aksi’.

Są to wyrazy i mor femiczna składnia, pochodzące z języka prasłowiańskiego. Kto więc, do kogo przywędrował ze swoją mową? Dlaczego mamy w takim razie „fachowy” termin ‘pra-indo-europejski’ (jako ‘pie’), dający Indiom pierwszeństwo? Sugerujący, przybycie do Europy języków europejskich i Arjowych z Indii, nie zaś odwrotnie. W rzeczywistości, Indie, były tylko pobocznym obszarem w wędrówce z Azji do Europy i powrotnym, lecz nie stanowią kolebki języków indoeuropejskich, które powinny się nazywać ‘praeuropowenetyjskie’, lub ‘praeuroposłowiańskie’, lub ‘prasłowianoeuropejskie’ (pse).

Powróćmy teraz do słowa ‘abecadło’.

Skoro ‘znać’ dawne ‘obiecadło’ znaczyło tyle, co ‘znać litery łacińskie i posiadać umiejętność ich zapisywania’, to może, wyraz ten mógł oznaczać, że alfabet łaciński służy właśnie ‘do nauczania’? Tutaj, warto sięgnąć po wyraz ‘uczyć, na-uczyć’ pochodzący od ‘uczy’ a ten od ‘uszy, ucho’ < ‘usi, usio’ < ‘asi-ko/ho’; ‘wysoko-kółko’, czyli od czynności słuchania tym narządem. W takim przypadku, omawiane słowo brzmiałoby raczej ‘uczydło’ lub prześmiewczo ‘abeczydło’. Ten drugi wyraz, brzmi już bardzo podobnie, lecz gdyby zastąpić w nim głoskę ‘a’ głoską ‘o’, jak to sugeruje A. Bruckner w oparciu o wyznawane przez niego reguły słowotwórstwa polskiego, uzyskalibyśmy niewielką zmianę w ‘obeczydło’. Nie jest to nieprawdopodobne, gdyż dawniej, nie mówiło się ‘owca beczy’ a ‘owca becza’, lub ‘owcsa beca’, co jeszcze spotykamy na Podhalu, od przyrostka ‘ta, wa’, jak w chorwacko-serbskim ‘baćati’, od słowa dźwiękonaśladowczego ‘bee’, imitującego płaczliwy głos zwierzęcia.

Idąc tym tropem, widzimy, że wyraz ”obiecadło” mógł zostać ukuty również od ‘ob/ow-beca-dło’, czyli tłumacząc jego sens ze strony prawej na lewą; ‘do-beczenia-to’. Gdyby tylko nie ‘i’ pomiędzy ‘b’ i ‘e’. A może mówiono też płynniej, jako ‘bieca”?

Z podanych już powodów, nie pasuje mi jednak, wspomniana już głoska ‘o’ na początku wyrazu ‘obiecadło’, więc nie przyznaję prawa A. Brucknerowi do twierdzenia o zastąpieniu głoski ‘a’, jaką mamy w alfabecie łacińskim, samogłoską ‘o’. Gdyż owo ‘a’, od początku pełniło zbyt ważną rolę, jako wiodąca głoska alfabetu. Zmiana w ‘o’, jakiej dokonali Słowacy i Polacy, była więc celowa i przemyślana. Lecz A. Bruckner uważa jednak, że rozwój języka jest przypadkowy i nieobliczalny; „język lubi odmianę, raz tak, drugi raz owak sobie poczyna”, odnosząc te słowa również do języka polskiego. Ten wielki językoznawca, zasłużony dla nauki polskiej, autor pierwszego słownika etymologicznego naszego języka, zawierającego wiele cennych źródeł, pozwolił sobie na takie stwierdzenie w jego przedmowie, bez posiadania jakiejkolwiek dokumentacji systematyzującej słowotwórstwo i morfemy odsłowiańskie, chociaż logiczność naszego języka w powtarzalności rdzeni morfemowych używanych do opisywania podobnych cech obiektów językowych, jest zauważalna niezwykle łatwo, nawet bez pomocy komputera. Być może, teza Brucknera pasuje do języków romańskich i germańskich, które są zbudowane w znacznej części przypadkowo, pochodząc częściowo od własnych, azjatyckich rdzeni (Tocharskich) jak i licznych rdzeni języków autochtonów Europy; staroeuropejczyków oraz Prasłowian, których sensu morfemicznego nie rozumieli, więc nie zachowali ich logicznej powtarzalności.

Mamy więc, w wyrazie ‘obiecadło’, kolejny możliwy wariant, pochodzący od słowa „bies”, czyli z prasłowiańskiej nazwy ‘ducha, zjawy’, tak nazywanego jeszcze długo po nastaniu w Polsce chrześcijaństwa. Nazwa ‘bies’, występowała na całej słowiańszczyźnie. Dopiero od ok. 1500r, uznawać go zaczęto w Polsce, za ‘złego ducha, straszydło, czarta/czorta, diabła, demona, szatana’. Stąd słowiański ‘biesn’, to już późniejsze znaczenie, jako odbiblijny ‘opętany przez ducha’. To właśnie ok. 1500r (jak i po 1763) ma miejsce jak pisze Aleksander Bruckner, „nagłe wyzbywanie się przez język polski słów rodzimych, zapominanie ich, zastępowanie wyrazami obcymi”. Ten drugi okres jest zrozumiały, bo to czas francuszczyzny i ruszczyzny, ale pierwszy? To nic innego jak wpływ reformacji niemieckiej oraz rozpowszechnienie tańszego niż ręczne przepisywanie czy drzeworyt, czcionkowego druku książek. Obie dziedziny życia, religijna jak i techniczna, rozpowszechniły w Polsce łacinę oraz poprzekręcały na łacińskie oraz niemieckie znaczenia i brzmienie, oryginalne słownictwo staropolskie. (Co ciekawe, najstarsza księga w całości wykonana drukiem, jest wydana w starożytnych Chinach i napisana Arjosłowiańskim sanskrytem „Diamentowa Sutra” / „Vajracchedika Prajñāpāramitā Sūtra”. Księga ta, dotarła nawet na Tybet, co potwierdza zasygnalizowane wpływy kultury odsłowiańskiej aż tam, gdzie nieprzypadkowo mamy takie nazwy miasta jak Lahsa, podobnie region górski czy mędrców La(h)mów. Sanskryt zaistniał, co najmniej na 2000 lat p.n.e wiec tekst tej księgi liczy minimum 4000 lat. To ile lat liczy język prasłowiański, który przyjęli od Prasłowian europejskich, Arjowie? )

Mogło mieć również miejsce, nie tylko zapominanie słów, a jedynie ich pierwotnego znaczenia. Od ‘bies’ pochodzi; ‘bać się’, ‘biesiada’ czyli ‘uczta’, ‘bies’ – jako ‘wilk’ (czyli ‘bies’ ; ‘dziki duch’ lub ‘wilk’ < ‘wyjk’ ; ‘wyjący do nieba’, skąd mamy nasz ‘pies’ – co wskazuje na starożytność słowa ‘bies’, gdyż psy należą przecież do najwcześniej udomowionych zwierząt i ich nazwa musiała być dawno utrwalona), kraina ‘Bieszczady’, być może i ‘niebo’ wzięte z ‘nieboskłon’ a ten wyraz, od ‘niebiesi’, ‘nebos’, ‘niebos’, ‘nebe’, (a wcześniej moim zdaniem, od ‘bi-as’/’wi-as’ czyli ‘widoczność/widok/widzenie/widzi/patrzy-wysoko/daleko’), jak może i kolor ‘niebieski’, czyli ‘nieba’ (duchowy, skoro ‘bies’ to ‘duch’), bądź czeski zwrot; ‘la(h)ska nebeska’, czyli ‘miłość/przyjaźń (od wspólnoty Lachów?) – duchowa/braterska/niebiańska’. Jednak wyrazy te, wymagają jeszcze szczegółowej analizy etymologicznej.

Jest to w każdym razie, starożytne słowo ogólnosłowiańskie, pierwotnie pochodzące od ‘bisa’, ‘bis’, lub ‘bes’ bądź ‘bias’ (potwierdza je nazwa miejscowa; Biasowice/Biesowice na Śląsku), co po rozbiciu wyrazu na prawdopodobne, wcześniejsze morfemy, znaczyłoby ‘bi-sa’ < ‘wi-sa’; ‘widzenie – ma’ lub od ‘bi/wi-je-si’ < ‘widzi-tego-jasność’, lub ‘bi/wi-si’ < ‘wis-si’; ‘wie/widzi-jasność/światło’, lub ‘bi-as’ < ‘wi-as’ < ‘widzi-wysoko’/’wysoko-widzący’. Takie znaczenie słowa ‘bies’, koresponduje dobrze z dawniejszym rozumieniem słowa ‘biesiada’ (po kaszubsku ‘vesada’), gdzie w tym starożytnym języku słowiańskim wyniesionym z Karpacko-Łużyckiej kolebki, mamy wyraźne ‘v/w’. Czyli nie chodziło o zabawę ‘bez-siadania’ tylko od ‘wieś-siada(nia)’, zwyczaj zasiadania przy gromadnym posiłku całej lokalnej społeczności; ‘wsi, wesi, wiesi’ (w sanskrycie i awestyjskim ‘vis’, łacinie ‘vicus’, gockim ‘weihs’). Od podobnych morfemów mamy inne cenne słowa; ‘więź’, czy też ‘wesele’, ‘wisieć’, ‘wiązać’, ‘wici’ (pismo sznurowo-węzłowe). Stąd, blisko już do przypisywania ‘biesiadzie’ uczty o charakterze grupowego gadulstwa właśnie na siedząco, bo szwedzkich stołów, wówczas w Polszcze nie praktykowano. Gdy w wielu wyrazach zaczynających się na ‘b’ zastąpimy je dla ułatwienia zrozumienia ich dawnego sensu, głoską ‘w’, uzyskamy podobną jasność jak ze słowem „biesiada”; ‘bies-siada/‘wieś-siada’ lub od ‘bieś-iada’/’wieś-jada”. ‘Biesiada’, nie ma więc nic wspólnego z ‘biesem’, tylko wynika z bliskości w wymowie ‘w’ do miękkiego, słowiańskiego ‘b’ oraz do wesołego charakteru, jakim dawniej Słowianie obdarzali ‘biesa’ jak też ‘wiesiadę/biesiadę’, być może łącząc oba pojęcia!

Przedziwne podobieństwo, uzyskamy też, dając w wyrazie ‘wieścić’, głoskę ‘b’, zamiast ‘w’, uzyskując ‘bieścić’, czyli znane ‘biesić/zbiesić’. Czyżby więc, ‘bies’ był pierwotnie nie tylko zjawą, co duchem ‘niosącym wiedzę’ a może i ‘zabawę, radość’? ‘Wiesem’? Stąd ‘wieszczem’, czy ‘wielesem’? Byłby to kolejny ślad ludzkich kontaktów z wyższą inteligencją, jaki być może mamy w terminie ‘Lucyfer’ (‘niosący światło’) czy ‘Prometeusz/Prometheus’ (tłumaczony z greki na myślący w przód’ lub ‘dający ogień’, gdy bliższe jest mi odsłowiańskie znaczenie ‘promieniem/światłem ten uczy’). Dla słowa ‘bias/bies’, mamy też pokrewny w niektórych morfemach wyraz ‘bielo/biela/biało’ ; ‘bi/wi-el’ ; ‘jasne/widoczne-te/miejsce’ i od niego pochodne, jak choćby ‘wiele’.

Wracając jednak do naszego ‘obiecadło’, zauważmy, że mamy w tym słowie ‘c’, nie zaś jak w ‘bies’, głoskę ‘s’. Tyle tylko, że w języku polskim ‘c’ wywodzi się często z ‘ć/ci’ lub ‘si/ś’, jak w słowie „ćwierkać” od „swirk, świerkać, świergotać’, które przeszło na Kaszubach w ‘cwirkac’, Czechach w ‘cvrkat’. Całkiem możliwe jest więc, by obecna w wyrazie ‘obiecadło’ samogłoska ‘c’ brzmiała wcześniej, jako ‘s’, od naszego ‘biesa’. Wówczas, wyraz ten, zabrzmi niczym groźba lub przestroga, przed porzuceniem pierwowzoru własnego pisma jak i czystej mowy słowiańskiej, na rzecz naleciałości Rzymskich, co miałoby nas doprowadzić do zbliżenia z ponurym, Rzymskim duchem – diabłem! Na szczęście, nawet, jeśli takie zagrożenie wystąpiło, to cudownym zbiegiem okoliczności, łacina pochodzi z języka słowianoraseńsko-celtycko-gockiego (wenedski oraz ruteński, były do raseńskiego bardzo podobne z uwagi na wspólne korzenie słowiańskie), a więc po części od prasłowiańskiego, przez co powtórnie przekazała do naszego języka szereg odsłowiańskich wyrazów o podobnej zawartości morfemicznej, acz zniekształconych. Widać to, po zacytowanych wyrazach, jak; oczy, wieś, niebo. Innym, wręcz wzorcowym przykładem słowiańskości języka raseńskiego/etruskiego, jest raseńska ‘uruna’ (uroczyste nakrycie głowy szlachty etruskiej, wieniec) pochodząca zapewne od słowiańskiego słowa ‘kuruna’ ; ‘ku/ko-ru/ra-na’, czyli ‘kolista/wysoka-moc-na(głowę)’ lub od ‘ko-ruń-ma’, czyli ‘ma-złote-koło/wysoko’. Od niego, przywędrowała do nas ‘korona’ ponownie, jako już rzekomo rzymsko-łacińska ‘coruna’. Jednak to nie od niej, wschodni, południowi oraz środkowoeuropejscy Słowianie, nadawali odpowiednie tytuły dla pełnionej funkcji, posiłkując się znacznie starszymi od łaciny słowami, jak;

‘karol/kral/karl/król/krol/korola/kralj/krak/krales/kniaż/komes/kasztelan/hospodar, gospodarz/kagan,kahan/kapłan/kardynał’. Te liczne słowa, zupełnie nie pochodzą jak nam wmawiano, od Franko-Niemca, Karola Wielkiego czy jego karłowatego wzrostu, tylko właśnie od wspomnianej ‘ko/ku-ra/ru-ny’, lub od wspólnych z tym wyrazem słowotwórczych morfemów.

Pięknie to ujmuje, lecz znowu nie ma racji, A.Bruckner „Słowianie, z natury anarchiści, żadnej nazwy domowej dla panującego nie wytworzyli, wszystkie są (im) obce”. Mylił się, gdyż Słowianie nie uprawiali anarchii a mądrą wolność, więc powoływali odpowiednich przywódców do władzy wojskowej, czy też dla osądzania i mieli jak już wspomniałem, takie wyrazy, jak; kasztelan (u Arjów; ‘kaśtaj’, od ‘ka-as-ti’ ; ‘kolisty/kało-wysoki-ten’, czyli ‘kasztel’, mały zamek otoczony murem w okręgu. ‘Kasztijowie/kszatrijowie/kshatriya’ to stan rycerzy, władców i rządców Arjowych w Indiach), wojewoda (wojów wiodący), cześnik, kahan, han, komes (‘ko-on-me-s’ ; ‘kolisty(tu może chodzić o gród nie koronę)-on-ma’), ksiendz/kьnędzь (od posiadania kolistego światła, czyli ksiąg na okrągłych deszczułkach, knig), żupan (pan na żupach), wlado/vladyka (od ‘u-władzy’ a ten wyraz od ‘ładzi/łagodzi/sądzi/roztrząsa’), morawini/morawjene (od ‘mających moc widzenia’, czyli ‘wiedzących, wyuczonych, sędziów’).

Większość tych tytułów, podobnie jak; ‘korona/koruna/haruna/uruna/corona’, czy; ‘gród/grad/hrad’, czy; ‘góra/gara/hara/kara’, czy; ‘kraj/ukraja/krajan/kraina/skraj’, czy toponimy i antroponimy;‘Karol/Kazimir/Kędzierzawy/karel,karzeł/Konstantynopol/Królewiec/Koenigsberg/Kraków/Karpaty/Karyntia/Grecja (Grabacja, Hrabacja)/Horwacja, Kroatia’, posiadają wspólne pnie foniczno-znaczeniowe (sens morfemów i ich podobieństwo głosowe), i słowotwórczą zdolność morfemo-rdzeni, będące pozostałością po języku prasłowiańskim. Różnią się one nieznacznie, brzmieniem głosek, lecz jak widać, zawierają to samo znaczenie w morfemie; ‘ko, ka, go, ga, ha, ho, ku’, czyli; ‘wysokość, moc, wypukłość, kolistość, krzywizna’. Od ich prasłowiańskiego sensu oraz od podobnego brzmienia tych morfemów, wywodzi się większość odpowiedników łacińskich, romańskich i germańskich.

 

Nawet łaciński ‘caesar’, (cesarz), to nic innego jak wyraz pochodzący z j.gockiego (starosłowiano-staronordyckiego), niemającego wiele wspólnego z Germanami, do których języka gocki jest podobny poprzez naleciałości nordycko-staroeuropejskie. Po długim osadnictwie gockim w korycie Wisły wśród już licznych tutaj plemion słowiańskich, Goci wywodzący się przypuszczalnie z południa Skandynawii zasiedlonego również przez Słowian (tego dowodzą badania haplogrup), lecz będący pod wpływem języka staroeuropejczyków, poszli na Bałkany a tam, wkurzeni czczymi obietnicami Cesarstwa przyznania im w zamian za służbę wojskową, żywności i ziemi na stałe osadnictwo, uderzyli i podbili Rzym. To oni, wprowadzili słowianonordycki termin ‘kaisar’ (stąd niemiecki ‘kaiser’; ‘władca’), czyli od ‘ka-is-ar’, czyli ‘kało/koliste-z-wysoka’. Zamieszkując Polskę, stykali się ze zwartą społecznością Lechitów, przez co nie wszyscy chcieli się podporządkować jej utrwalonym już prawom i większa ich rzesza opuściła tą ziemię. Dowodzi to, naszego panowania nad nimi, bo przecież skoro byli zdolni pokonać potężny Rzym, to czemu nie Lechitów? Potwierdza ten fakt również i podpis na grobie Bolesława Chrobrego, przypisujący mu tytuł króla Gotów. Goci musieli posiadać zdolność asymilacji języka Lechitów (Polanie to tylko nasza mniejsza grupa plemienna z Wielkopolski), gdyż sami posiadali podobne im słownictwo. Jak wiele z niego przejęli, ukazują słowiańskie wyrazy w pozostałościach języka gockiego zachowanego w Słowenii, chociaż używali przeważnie imion pochodzących od staroeuropejskich rodów nordyckich, dominujących w Skandynawii. Świadczy to jednak nie o germańskości Gotów, tylko o poszanowaniu przez skandynawskich Słowian – jakimi po części byli Goci, starożytności dziejów tych rodów.

Z kolei od ‘cesarza/cezara’ pochodzi ‘csar, car, carz’ (jak podaje Brickner, wpierw na Rusi, jako tytulatura ‘Hanów’ tatarskich, co wielki książę moskiewski dopiero w 1547r sobie od nich przywłaszczył) i tak, koło losu powraca do korzeni, ujednolicając w mowie wszystkich europejskich narodów, sens oraz brzmienie, najstarszych wyrazów wywodzących się od tych, których germańscy przybysze na ten kontynent chcieli unicestwić, a którzy im je ofiarowali – Słowian. Jako kulturowych pośredników w przekazaniu tak mowy własnej jak i przejętych zasobów mowy staroeuropejczyków. Moim zdaniem, starożytny, europejski język słowiański a szczególnie staroczeski, staropolski, ruski i starorosyjski, jest właśnie mową azjatosłowian z wpływami staroeuropejczyków, którymi absolutnie nie byli Germanie ani Romanie!

W „Słowniku staropolskim”, wydanym przez Polską Akademię Nauk, (w Warszawie 1955r, zeszyt 1), w której murach w Warszawie miałem zaszczyt pobierać nauki, znajdziemy odmiany tego słowa, z których ostatnia bliska jest wariantowi 7-memu, oraz zawierające je, staropolskie zwroty; (alphabetum): obiecadło, obiecado, obecado, obyecządlo. „Ktho chce pissac doskonale gezik polski i tesz prave, umey obecado moye”, „Ale bich ci ne przedluszil…, patrzy obecada meego”, „Ten istny mistrz… przyszedł k temu słowu w obiecadle, jeż słowo eI”

Na zakończenie, prezentuję wszystkie możliwe warianty logicznego tłumaczenia układów rdzeni dla wyrazu „abecadło”.

1) „abecadło” < ‘abeca-dło’ < ‘abiecadło’ < „abece(darium) + dło” : ‘elementarz – do’, czyli ‘elementarz, alfabet, nauka czytania’, (wyraźnie tak rozumiane dopiero od XVIIIw, interpretacja by BRUCKNER, BORYŚ),

2) „abecadło” < ‘abecad-ło’ < „abeced(arium) + ło” : ‘elementarz – to’, czyli ‘to elementarz’ (XVIIIw, interpretacja by ORLICKI),

3) „obiecadło” < ‘obieca-dło’ < „abeced(arium) + dło” ; ‘elementarz – do’ (od XVw.), wyraz dźwiękonaśladowczy, (interpretacja by BRUCKNER ),

4) „obiecadło” < ‘obiecad-ło’ < „abeced(arium) + obiecat + ło” ; ‘obiecywanie – to’ od ‘abiecati > obiecat’, czyli ‘to obiecanka’ (od IX – XVIIIw), wyraz prześmiewczy i dźwiękonaśladowczy, (interpretacja by ORLICKI),

5) „abiecadło” < ‘abieca-dło’ < ‘„abece(darium) + dło’ ; ‘elementarz – do’ (XVI – XVIIIw wyraz dźwiękonaśladowczy, imitujący fonicznie wyraz łaciński ‘abecedarium’, interpretacja by BRUCKNER, BORYŚ),

6) „abiecadło” < ‘abiecad-ło’ < ‘„abeced(arium) + abieca(ti) + ti/ło” ; ‘obiecywanie – to’ od ‘abiecati/obiecat’, czyli ‘to obiecanka’ (od *VIII – XVIIIw. zaś w części ‘abiecati’ od kilku tysięcy lat), prześmiewczy wyraz, dźwiękonaśladowczy, imitujący fonicznie wyraz łaciński ‘abecedarium’, (interpretacja by ORLICKI),

7) * „obeczadło” < „o-biecza-dło” ; ‘obeczane’ od prześmiewczego ‘to obeczane’, lub ‘do beczenia to’, czyli ‘to beczadło’, (interpretacja by ORLICKI),

8) * „obiesiadło” < ‘ob/ow-biesa-dło’ ; od prześmiewczo-ostrzegawczego ‘to/wo-biesa-do’, czyli ‘do diabła to’. Już w VIIIw. nastąpiła ekspansja religii chrześcijańskiej z obszaru Słowacji zależnej od państwa Wielkomorawskiego na obszar Polski, odnotowana w pismach Metodego, którzy niezwykle „po chrześcijańsku” straszyli przymusowym chrztem księcia Wiślan. (Interpretacja by ORLICKI).

A który wariant przemawia do Ciebie?

Jak byś się Drogi Czytelniku nie zapatrywał na moją analizę morfologiczną dla słowa „abecadło”, w której posłużyłem się rozbiciem leksemu na młodsze rdzenie i dawne morfemy, od których to słowo może pochodzić, sugeruję jedno! Powróćmy do najstarszej, odnotowanej w piśmiennictwie jego postaci, czyli „obiecadło”. Nie niszczmy i nie zapominajmy intencji, jaką nasi przodkowie zawarli w takim brzmieniu. Pamiętajmy, że wojna zachodu i wschodu z suwerennością naszego Narodu, to nie tylko eksterminacja jego potomstwa, jaka miała miejsce, lecz i jego przeszłości, która zaczyna się od kultury a przede wszystkim języka. Ta wojna trwa nadal, co widzimy tutaj na tylko jednym, drobnym przykładzie. Pozornie małoistotnym wyrazie, zmienionym nam z ‘obiecadło’ na ‘abecadło’.

Nie odzyskamy w pełni, duchowej suwerenności a za nią materialnej i narodowej wielkości, gdy nie odzyskamy największego skarbu naszej kultury, dawnego języka! Choćby poprzez wzbogacenie jego zasobami w oryginalnym brzmieniu, języka współczesnego. Brak w naszej mowie, języka dawnego czy do dawnego zbliżonego, skutkuje coraz częstszym nie zrozumieniem ich dawnego sensu a przy okazji własnej przeszłości i kulturowej wielkości. O to chodziło naszym prześladowcom, abyśmy ten ślad utracili, gdyż, kogo mowa – czyli kultura, kogo krew – czyli przodkowie, tego władza! Tego prawo do ziemi, na której je odnajduje! To, że Germanie i Romanie tak fałszowali i dalej fałszują historią o zasiedleniu Europy, jest więc, strategią polityczną.

Do interesowania się naszym językiem i odzyskiwania jego pamiątek leksykalnych, niech zmotywuje nas i ten fakt historyczny, jakim było odnoszenie się do naszego języka, duchownych katolickich. Którzy, przepisując słowniki i księgi łacińskie, niekiedy odnotowywali między wierszami lub na marginesach, dla wykorzystania w praktyce pośród jej krzewienia wśród ludu, wyrazy z języka staropolskiego, symbolem literowym ‘l.v.’, czyli „lingua vulgaris”, co znaczyło „język nieszlachetny/wulgarny”, pochodzący od „pospólstwa/motłochu”, lekceważonego, autochtonicznego Narodu polskiego. Dzisiaj, niektórzy naukowcy, zwiedzeni doktrynami zachodu, czynią tak za pomocą oznaczenia ‘pie’, podczas gdy powinni pisać ‘pse’, czyli ‘prasłowianoeuropejski’

 

Objaśnienia:

- „* ”, gwiazdka oznacza słowa hipotetyczne, nieznane w piśmiennictwie, ich data jest niemożliwa do ustalenia,

- „derywacja”, proces słowotwórczy, polegający na tworzeniu wyrazów pochodnych,

- „antroponimy”, nazwy osobowe (imiona, przezwiska, nazwiska, itd.),

- „toponimy”, nazwy miejsc (np. osad ludzkich – miast, wsi, przysiółków),

- „morfemy”, najkrótsze rdzenie wyrazów posiadające sens logiczny i cechy słowotwórcze,

- „afiksy”, morfemy zaimkowe.

 

Rafał Kopko – Orlicki

 

Autor zaprasza wszystkich czytelników na strony serwisu (www.dgwiarygodni.pl) gdzie będą się mogli odnieść do analiz pochodzenia i pierwotnego znaczenia wyrazów polskich, przedstawiać swoje interpretacje, i współtworzyć studium etymologiczne dla pierwszego słownika morfemicznego języka polskiego.

77-abecadlo

 



Jarek z Bielska – Krajobraz, część 2- Babia Góra.

$
0
0

Zapraszam do ciekawego artykułu na blogu Jarka z Bielska:

http://halfsciencenonfiction.blogspot.com/2014/12/krajobraz-cz2.html

Krajobraz cz.2

Dzisiejszy wpis poświęcam Babiej Górze, może dlatego, że powszechnie przyjęło się uważać Ślężę za świętą górę Słowian, podczas gdy Babia Góra – co postaram się udowodnić – posiada nie mniejszy potencjał, by również za taką być uznaną.
Najpierw garść suchych wiadomości:
„Babia Góra (słow. Babia hora, węg. Babia-Gura, niem. Teufelspitze czyli Diabelski Szczyt) – masyw górski w Paśmie Babiogórskim należącym do Beskidu Żywieckiego w Beskidach Zachodnich (według słowackiej terminologii są to Oravské Beskydy). Najwyższym szczytem jest Diablak (1725 m), często nazywany również Babią Górą, jak cały masyw. Jest to najwyższy szczyt całych Beskidów Zachodnich, poza Tatrami najwyższy szczyt w Polsce i drugi co do wybitności (po Śnieżce).Zaliczany jest do Korony Gór Polski (http://pl.wikipedia.org/wiki/Babia_G%C3%B3ra ).

(Widok na Babią Górę z Matyski)

Wielokrotnie zastanawiałem się skąd zaczerpnięto nazwę Babiej Góry – najwyższego szczytu Beskidów Zachodnich. Większość wpisów jakie można znaleźć w sieci poprzestaje na mało wnikliwych opisach, posługujących się utartymi schematami, takimi jak podaje np: Wiki – “Pochodzenie nazwy Babia Góra tłumaczą liczne legendy ludowe. Jedna z nich mówi, że jest to kupa kamieni wysypanych przed chałupą przez babę – olbrzymkę, według innej to kochanka zbójnika, która skamieniała z żalu widząc, jak niosą jej zabitego ukochanego. Według innych legend nazwa góry pochodzi od tego, że w jaskiniach pod tą górą zbójnicy ukrywali swoje branki. Nazwa może też mieć powiązanie z niektórymi znaczeniami słowa baba (rodzaj ciasta lub kamienny posąg kultowy). Wysokość i wybitność masywu Babiej Góry była przyczyną, że w XIX w. nadano jej nazwę Królowej Beskidów, z powodu bardzo zmiennej pogody nazywana tez była Matką Niepogód lub Kapryśnicą, a ostatnio mieszkańcy Orawy nazywają ją także Orawską Świętą Górą.” czy też Wielka Encyklopedia Tatrzańska: „baba, Baba i Babia Góra. PS. Nazwy wzniesień Baba, Babia Góra itp. istnieją na szerokim obszarze krajów słowiańskich, m.in. w Polsce od Mazowsza i Wielkopolski aż po Karpaty oraz na Słowacji. W Tatrach również się zdarzają tego typu nazwy na oznaczenie skał, szczytów i in. wzniesień: Baba, Lendacka Baba, Żółta Baba, Białe Baby, Babi Wierch, Babki itd., a na oznaczenie potoków i dolin: Babia Dolina, Babina i in. W literaturze spotyka się próby wytłumaczenia takich nazw z terenu Polski i Słowacji (także z Tatr) od słowa baba w znaczeniu czarownica, wiedźma, lub od bogini Baba z mitologii słowiańskiej; na poparcie tej tezy przytacza się odpowiednie podania lud. lub fragmenty literackiej prozy i poezji, a z obszaru na wsch. od Sanu zachowały się też wzmianki o istnieniu kamiennych posągów kobiecych (tzw. bab) na różnych Babich Górach i Babach, nawet o związanych z nimi praktykach kultowych.

Jedna uwaga ode mnie. Nazwanie Góry Babia od bogini nie musi być fantazją ludową, może mieć głębsze znaczenie, ponieważ Złota Baba (czy Żółta Baba – jak ta w Tatrach) to Bogini Powodzenia, Pani Pośrednicząca, Władczyni Mnożności i Wymiany, Pani Dobrych Spotkań, Pani Złotowłosa, Małżonka Boga Sporzącego-Spora-Sparysza, Spasa, Pana Złotowąsego, Złatousa-Usłada, Bogini Śrecza (od Po-Średniczenia czyli Pani Handlu/Wymiany oraz Współdziałania – Pani Spółdzielni i Kooperatyw, a także Pani Godząca, Ta Która Jest Po Środku i Władczyni Dnia zwanego Środa). 
U Jarka z Bielska znajdziecie też wiele innych ciekawych artykułów. Między innymi  ten: „Wyznawcy Słońca, czyli zakon kamienia”.
 
Życzymy wam obaj miłej lektury w czasie świąt i ferii.

Juliusz Słowacki „Król Duch”– Rapsod Pierwszy

$
0
0

Krol-duch-autograf-juliusz-slowackiJuliusz Słowacki

Król-Duch

Rapsod I

Pieśń I

I

1

Cierpienia moje i męki serdeczne,

I ciągłą walkę z szatanów gromadą,

Ich bronie jasne i tarcze słoneczne,

Jamy wężową napełnione zdradą

5

Powiem… wyroki wypełniając wieczne,

Które to na mnie dzisiaj brzemię kładą,

Abym wyśpiewał rzeczy przeminięte

I wielkie duchów świętych wojny święte.

II

Ja, Her Armeńczyk[1], leżałem na stosie

10

Trupem… przy niebios jasnej błyskawicy;

Kaukaz w piorunów się ciągłym rozgłosie

Odzywał do ech ciemnej okolicy.

Niebo sczerniało…ale świeciło się

Grzmotami, jak wid[2] szatańskiej stolicy.

15

A ja świecący od ciągłego grzmota

Leżałem. — Zbroja była na mnie złota.

III

I duch niewyszły z umarłego ciała

Czuł jakąś dumę, że spokojnie leży;

A nad nim ziemia poruszona grzmiała

20

I unosiły się duchy rycerzy.

Trójca widm mój stos ogniem zapalała,

A ja czekałem, aż piorun uderzy;

Tak byłem pewny, że w owe rumiane

Grzmotem powietrze jak duch zmartwychwstanę.

IV

25

Już przybliżały straszne czarownice

Chwast zapalony i suche piołuny[3]

I moje blade oświeciwszy lice,

Wrzeszcząc, posępne swe śpiewały runy;

Kiedy je trzasły aż trzy błyskawice

30

I trzy siarczane ogniste pioruny;

I tak strzaskały płomienie czerwone,

Żem je nie martwe sądził, lecz zniknione.

V

Wtenczas to dusza wystąpiła ze mnie

I o swe ciało już nie utroskana[4],

35

Ale za ciałem płacząca daremnie,

Cała poddana pod wyroki Pana;

W Styksie[5], w letejskiej wodzie[6] albo w Niemnie[7]

Gotowa tracić rzeczy ludzkich miana,

Poszła: — a wiedzą tylko Wniebowzięci,

40

Czym jest moc czucia! a strata pamięci!

VI

Tam, kędy[8] dusze jasne jak brylanty

Swe dobrowolne czyniły wybory,

Moc utrudzona biegiem Atalanty[9]

Szukała tylko szczęścia i pokory…

45

Orfeusz[10] między ptaki muzykanty

Szedł umęczony i na sercu chory;

A jam pomyślał, że mu śpiewem będzie

Składać i skrzydła rozszerzać łabędzie.

VII

Ulisses[11] poszedł w prostego oracza,

50

Aby odpocząć po swych wędrowaniach.

Tak ludziom Pan Bóg zmęczonym wybacza!

I odpoczywać daje w zmartwychwstaniach!

Niech wyniszczony pracą nie rozpacza,

Że mu na ogniach braknie i błyskaniach,

55

Ani też myśli, że jest upominek

Dla ducha większy jaki — nad spoczynek.

VIII

Ja sam z harmonią obeznany młodą,

Własnego ciała nie chciałem odmiany.

I siadłem smutny nad letejską wodą,

60

Nie usta moje myjąc, ale rany.

Odtąd już nigdy nad cielesną szkodą

Nie płakał mój duch z ciała rozebrany,

Ani za wielką sobie brał wymowę

Otwierać tych ran usta purpurowe.

IX

65

Wszakże letejską przykładając wodę

Do ran — by pamięć boleści straciły,

Niejedną poniósł na pamięci szkodę,

Niejeden obraz stracił senny, miły.

Jutrzenek greckich różaną pogodę

70

Duchy mu nagle ręką zasłoniły,

A pokazały — jako świt daleki,

Umiłowaną odtąd — i na wieki!

X

Ani gwiaździce, co się w morzach palą,

A mają w świetle tęczowe kolory

75

I są gwiazdami w ciemnicy pod falą

Tak błyszczącymi, że mórz dziwotwory,

Delfiny w morzu swoje łuski skalą

I obchodzą je cicho jak upiory;

A płynąć wierzchem nad nimi nie śmieją,

80

Tak mocno w morzu te gwiazdy jaśnieją!

krol1Mój własny egzemplarz Króla Ducha – Wydanie Lwowskie- znaki interpunkcyjne zastosowane w tym starym wydaniu czynią czytanie utworu bardziej zrozumiałym, a narrację bardziej dynamiczną.

XI

Ani tych gwiaździc jasność tajemnicza

Tak nie przeraża owe pierwopłody,

Jak piękność, którąm ja poznał[12] z oblicza

We mgłach letejskiej zapomnienia wody.

85

Nad nią dźwięk, duchów girlanda słowicza;

Pod nią, jakoby złote zejścia schody

Na świat daleki i zamglony wiodły,

Na kwiatki jasne pod ciemnymi jodły.

XII

Z tych łąk i z tych puszcz, jakby wiatr poranny

90

Pieśnią zapraszał na ziemię szczęśliwą;

Szedłem… choć strzały numidzkimi[13] ranny…

Niepewny, czy śmierć? czy żywota dziwo?

Czy Irys[14], którą na świat znosi szklanny

Obłok? a tęcze świecące nad niwą

95

Tyle kolorów i słońc tyle mają,

Że ją nad ziemią na światłach trzymają?

XIII

Ona przede mną do lesistych zacisz

Weszła… a harfy śpiewały wiatrzane:

«Dobrze ją poznaj, bo wkrótce utracisz,

100

Jak sny przez dobre duchy malowane;

Żywot tysiącem żywotów zapłacisz;

A zawsze jedną tę serdeczną ranę

Przyciśniesz w piersi rękami obiema;

Tę jedną smętną ranę: że Jej nie ma!

XIV

105

Sławę ci damy, lecz tobie obrzydnie,

Serce ci damy, ale spustoszeje.

Przyjdzie do tego, że będziesz bezwstydnie

Urągał w Bogu mającym nadzieję».

Na to ja: «Niechaj me oczy rozwidnię

110

Rubinem, który z jej ust światło leje,

A nie dbam o to, co mię dalej czeka:

Żywoty ducha, czy męki człowieka!

XV

W jednę girlandę męki me uwiążę

Jak człowiek, który za tysiące czuje

115

I tą girlandą, jako świata książę,

Czoło uwieńczę i ukoronuję;

Niechajże na mnie idą duchy węże!

Niech mię świat walczy otwarcie lub truje!

Niech mię ognistą otoczy otchłanią…

120

Choćby aż w piekło wiodła — pójdę za nią!»

XVI

Pamiętam ten głos i straszne zaklęcie,

Na które odwrzasł mi duch: «To Królowa!»

I całe mego ducha wniebowzięcie

Upadło… A wtem jasność przyszła nowa

125

I w tem powietrzu jako w dyjamencie

Ukazał się wid… Piękność, córka Słowa.

Pani któregoś z ludów na północy,

Jaką judejscy widzieli prorocy…

XVII

Słońce lecące trzymała nad czołem,

130

A miesiąc srebrny pod nogami gniotła;

Szła nad lasami i leciała dołem

Nad chaty jako komeciana miotła;

Tęcze ją ciągłym oskrzydlały kołem;

W słońcu girlandy niby z kwiatów plotła

135

I na powietrze rzucała niedbale

Perły-jaśminy i maki-korale.

XVIII

Błękit się cały zdawał uśmiechniony,

Pełny języków złotych niby fala;

Jak atłas, który bierze różne tony

140

I drząc, swe hafty gwiaździste zapala;

Tak niebo za nią od północnej strony

Gwiazdy swoimi łyskające z dala,

Różnym się dało gwiazdom pozłacanym

Ukazać… w ogniu od zorzy rumianym.

XIX

145

Więc czego woda letejska nie mogła,

To ona swoim zrobiła zjawieniem,

Że moja dusza na nowe się wzmogła

Loty i nowym buchnęła płomieniem.

A jako pierwszy raz ciało przemogła

150

I uczyniła swoim wiernym cieniem…

Opowiem. — Ja, Her, powalony grzmotem

Nagle gdzieś w puszczy, pod wieśniaczym płotem

XX

Budzę się. — Straszna nade mną kobiéta[15]

Śpiewała swoje czarodziejskie runy.

155

«Ojczyzna twoja — wrzeszczała — zabita;

Ja jedna żywa… A ty zamiast truny[16]

Miałeś mój żywot. Popiołem nakryta

I zapłodniona przez proch i piołuny

Wydałam ciebie, abyś był mścicielem!

160

Synu popiołów, nazwany Popielem.

XXI

Sam jeden jesteś, ale cię przymioty[17]

Ojców napełnią… Anioła ja dam dwa duchy:

Na prawo stanieć[18] jeden Anioł złoty,

Na lewo jeden z krwi i zawieruchy;

165

Ci dwaj, ty trzeci i mój głos jak grzmoty

Pędzący w zemstę». To mówiąc, pieluchy

Moje chwytała i trzęsąc nad głową,

Rzucała dzieckiem jak skrą piorunową.

XXII

Jeszczem nie dorósł, a już karmem duszy

170

Zemsta mi była, a nauką zdrada.

Często bywało, że ktoś włos mi ruszy

I we śnie do mnie jak anioł zagada;

Gdy spojrzę, liść się tylko zawieruszy

I w kształt złotego widma wstaje, pada,

175

Czasem na moją pierś tumanem runie,

Ręka mi zadrży, nóż się sam wysunie.

XXIII

O! pierwsze mego ducha nawałnice!

Jakże wy straszne wstajecie w pamięci!

Widzę tę straszną krew jak błyskawicę,

180

W której się mój duch niby gołąb kręci;

Dziś, nieraz, kiedy w czarną okolicę

I w puszczę wejdę, to mię coś tak smęci,

Że radbym własne wyrywał wnętrzności!

Albo u bolów swych prosił litości!

XXIV

185

Do gwiaździc morskich tajemniczej jaśni

Porównywałem to ludu zjawienie,

Który żył w chatach próżen wszelkiej waśni,

A miał z jabłoni swój napój i cienie.

Królowie jemu panowali właśni;

190

Cudowne jakieś Lecha pokolenie!

Mające w sobie całe Polski Słowo,

I moc, i rózgę cudów mojżeszową.

XXV

Teraz wiem, jako duch pod ziemią widzi,

A w ślepym często ten cud ujrzysz dziadu,

195

Którego wiejski ci pies nienawidzi,

Żurawianemu gdy podobne stadu

Za nim się wloką duchy; świat zeń szydzi,

Ale go chłopek czuje królem gadu;

I wie, że na te źrenicy blachmany[19]

200

Bije świat duchów tęczą malowany.

XXVI

Te oczy ręką zasłonione bożą

Czasem pod ziemią idą złotą żyłą,

Aż im się ciemne kurhany[20] otworzą,

Jak gdyby słońce pod ziemią świeciło.

205

Blachy się złote na wzrok ludzki srożą!

Proch ludzki wstaje pod wziętą mogiłą

I w kształt człowieka znowu się układa,

Na nogi wstaje i w proch się rozpada.

XXVII

Oni to widzą… właśnie… gdy gromada

210

Urąga… śledząc zamyślone czoło.

Ta mądrość, która cały świat spowiada,

Dawniej perłową wieńczona jemiołą,

Z królem na tronie lub przy królu siada

I w płomieniste się upiorów koło

215

Zamyka: nie czar… nie próżna guślarka,

Lecz mądrość — chorób duchowych lekarka.

XXVIII

Więc wkoło… wioski w wieńce kaliniane

Strojne i Roki poświęcone duchom,

Mogiły kozom i pasterzom znane,

220

Trzody dziwiące się ptaków rozruchom,

Mogiły dawne! dawno zapomniane!

Dawno oddane mgłom i zawieruchom!

Z darni odarte…

XXIX

Czasami tylko jaki zwyczaj dawny,

225

Indyjski, na kształt złotego upiora

W lasach powstanie… Kiedy rycerz sławny

Umrze… to lud go grzebie jak Hektora:

Dwanaście koni bije i krwią spławny

Stos… gdzieś pod lasem… pod mgłami wieczora,

230

Ubrany w rogi jelenie i w głowy,

Zamienia w ogień… i w słup purpurowy.

XXX

Wieszcze się jawią w ogniu i guślarze,

Przepowiadają przyszły świat nieznany.

Co w pieśni stworzą, to się wraz pokaże

235

Przyprowadzone na świat przez szatany.

Każdy wiek wielkie miał prawdy ołtarze,

Cześć ducha, ducha namiętne kapłany,

Którzy, wyroki uprzedzając boże,

Dla ciał… nie krzyże mieli… ale noże.

XXXI

240

Wzgarda je wielka ku ciału paliła,

A duch upajał jak sok bachusowy.

Niejedna teraz Druidów mogiła,

Którą oplata wkoło krzew różowy,

Kiedy ją słońca strzała wskroś przeszyła

245

I przeszył ogień zorzy brylantowy…

Gdy wejdziesz w ciemne granitowe bramy,

Pokaże ci swe słońca: krwawe plamy…

XXXII

A jednak ty się nie cofasz przed nimi?

A choćby miesiąc był, nie czujesz trwogi?

250

Ale jak żuraw skrzydłami ciężkimi

Próbujesz nowej po błękitach drogi.

Między głazami dawniej czerwonymi,

Między miesiącem i polnymi głogi

Srebrne się ciągle jakieś wstęgi snują,

255

Po których myśli jak sny przelatują.

XXXIII

W takich kościołach, Duch z wysokim czołem,

Sądząc, że nigdy świat się nie odmieni,

Obecność wtenczas mię dręczącą kląłem,

Nogą trącałem czoła tych kamieni:

260

«Padajcie, głazy, przed ducha aniołem!» —

Krzyczałem — «jako gromada jeleni

Przed mą niszczącą myślą uciekajcie!

Trupy grobowców tych… gińcie lub wstajcie[21]

XXXIV

I nic! Urągał mi ten świat cichością

265

I biegiem, co jak żółw za słońcem chodzi.

Nad południowych gdzieś łąk zielonością…

Bom przewędrował kraj, który mię rodzi…

Inaczej z trupów postępował kością

Lud, który palił umarłego w łodzi

270

I w mgieł krainę posyłał gościnną

Z umiłowaną kochanką niewinną…

XXXV

Ja, syn wyrżniętych ludów… ja, istota

Nieznana wtenczas na ziemi nikomu…

Gdy obaczyłem, jako ta łódź złota

275

Lepszą się zdaje od ziemskiego domu,

Jak płomień pod nią huczy i druzgota

Garście suchego liścia, pęki łomu,

A na te śpiące, we śnie rozkochane,

Rzuca swe straszne jutrzenki różane:

XXXVI

280

Gdym to obaczył — a wysłuchał śpiewu

Dziewicy (grobów smętnego słowika),

Która złotemu się tej łodzi drzewu

Tak wydawała, jak kwiat słonecznika,

A już od krain zaświatnych[22] powiewu

285

Brała głos nowy i światłość płomyka…

Już tchem… już ogniem była… już bez ciała…

Już mgłą… a jeszcze za światem śpiewała.

XXXVII

Gdym to obaczył… tom kupcowi temu

(Bo kupiec jakiś to był, który gorzał)

290

Zazdrościł drogi… sam nie wiedząc czemu…

Drżąc, abym kiedyś duchem nie zubożał,

Skrzydeł nie stracił, które ku złotemu

Światowi niosą, jak lew nie zesrożał,

Nie szedł na tamten świat z szatana trwogą,

295

Jak duch… na czarnej łodzi… bez nikogo….

XXXVIII

Przerażon[23] w lasy wróciłem rodzinne,

A wkrótce wziął mię Lech król za pachołka.

Jam oczy groźne miał i ręce czynne,

I uwiązany cel do wież wierzchołka.

300

Trucizny wlano w to serce niewinne!

A zemsta, jako pierwsza apostołka,

Ciągle kłóciła mię z ludźmi i z losem…

A głos jej czasem nie był — ludzkim głosem.

XXXIX

Więc ile razy posłucham jej rady,

305

(A rada była dla ducha fatalna)

To widzę, że mi na świecie zawady

Usuwa jakaś ręka niewidzialna.

Na działającą moc patrzałem blady,

Sądząc, że biała mi orlica skalna

310

Zlatuje na hełm… usiada na czele…

I drogę moją piorunami ściele.

XL

Żądałem wodzem być… i wraz dwa wodze

Krwi rozszalonej piorun w mózg uderzył.

Ja, co bywało za stadami chodzę,

315

Kiedym się z duchy ciemnymi sprzymierzył,

Teraz tak straszny!… że komu Ja szkodzę,

Choćbym się tylko nań myślą zamierzył…

Choćbym oczyma uderzył po stali…

W pancerz… i w serce ruszył — wnet się wali.

XLI

320

I sczerniał cały świat: a Ja, syn borów,

Patrzałem jako na las do wycięcia.

Spod przyłbic wielkich bladość mię upiorów

Trwożyła. Byłem pierwszą ręką księcia.

Przed sobą dalszych nie widziałem torów,

325

Ani dalszego już celu do wzięcia.

W zamku cedrowym nad gopłową wodą

Byłem najpierwszym złotym wojewodą…

XLII

Tu patrz! jak straszne są duchowe sprawy!

Jakie okropne zastawiają sidła!

330

Raz, gdy z dalekiej wracałem wyprawy,

A piorunów się różne malowidła

Przez długi deszczu włos świeciły krwawy,

Ja i rycerze ujrzeliśmy skrzydła

Orłów pobitych… w tak wielkiej ilości,

335

Jak na cmentarzach gdzieś Germanów kości.

XLIII

Pierze leżało zmokłe… lecz niektóre

Skrzydła sterczały z piasku takiej miary!

Że gdym na dzidę wziął i podniósł w górę

Jedno… to jako wielki upiór szary

340

Wierzchem o ciemną kity mej purpurę

Dostało — wstając leniwe z moczary:

Niby wyzwany czarodziejstwem runów,

Duch śpiący w błocie przy blasku piorunów.

XLIV

Taka w tym skrzydle była tajemnica!

345

I ludzkość! żem się spytał: — «Powiedz, sępie,

Czy was na wiatrach paląc błyskawica,

Rzuciła w takie nic… i w takie strzępie[24]?

Czyście się bili o państwo księżyca,

Idąc na siebie zastęp przy zastępie?…

350

Czyście tu jaki bój toczyli krwawy

O ścierw[25]?… czy tylko gryźli się dla sławy?!

XLV

Powiedz, jak nazwać to pamiętne pole,

Dziś od błyskawic czerwone rumianych?

Gdzie tyle górnych duchów dziś na dole!

355

I tyle skrzydeł leży połamanych?!»

Tom rzekł, w nieszczęścia nauczony szkole

Litować się łez i mogił nieznanych.

A wtem ujrzałem, że rycerstwo bierze

Skrzydła i wtyka sobie za pancerze.

XLVI

360

Widok ten nowy, wspaniały!… czas późny!…

Błyskawic blaski wszędy!… wojsko w dali;

Gdzie każdy człowiek był jak upiór groźny,

Skrzydlaty, w czarnej rozświeconej stali.

Wszystko tak straszne, żem dreszcz uczuł mroźny

365

I krzyknął: «Sława Bohu! świat się wali!

Ja pierwszy moją piersią go roztrącę!

Ja, duch! a za mną wojska latające».

XLVII

To mówiąc, skrzydło zmoczone i krwawe

Przypiąłem sobie tak, że hełm nakryło.

370

Ja biorąc skrzydła, za cel brałem sławę;

A oni chcieli sobie lotu siłą

Pomóc do domów… O! jakże ciekawe

Powody, które rządzą ciała bryłą!

O! jak są różne przed prawdy mistrzynią

375

Orły, choć wszystkie jeden hałas czynią!

XLVIII

I lecieliśmy do domu weseli,

Mijając drzewa i sady, i chaty.

Rycerze moi przed zamkiem stanęli.

Jam wszedł jak Anioł czarny i skrzydlaty.

380

Karmazyn, który świat od króla dzieli,

Cały się w gwiazdy rozleciał i w kwiaty.

Pokazał się król w odblaskach rubinu,

Spojrzał i berło upuścił z bursztynu.

XLIX

Widziałem: jako Łaskawość pogodna,

385

Jaskółka siwych włosów, Dobroć cicha

Znikła… A nagle twarz trupia i chłodna

Zmroziła mię tak, żem stał, na kształt mnicha

Spuściwszy oczy, patrząc w siebie do dna,

Żali zwycięstwa mego nagła pycha

390

Jakich tajemnych myśli nie wywiodła

Na jaw i króla w źrenicę nie bodła?…

L

A on, na moje skrzydła, na te pióra

Patrząc (które blask wieczorny zapalił

I okrwawiła tronowa purpura),

395

Pobladł i berłem mię wskazawszy, zwalił.

Wzięto mię. Dusza ma czarna, ponura

Już mi radziła, abym się ocalił

Wtenczas, gdy tłumy stały przerażone,

Z mieczem na króla wpadłszy i koronę.

LI

400

Alem się w jednej błyskawicy gniewu

Na taki wielki czyn nie śmiał posunąć.

Wolałem, że mi jak wielkiemu drzewu

Przyjdzie tu głową zachwiać się i runąć,

Niż z domowego ciemnej krwi rozlewu

405

Korzystać, mój miecz w łono starca wsunąć

I wyjść z wyjętym na słońce orężem,

Co by się zdawał nie bronią, lecz wężem.

LII

Wzięto mię… a ja w podziemnej ciemnicy,

Sam, do filarów przykuty kamiennych

410

Jako pający[26], ciemni robotnicy,

Zacząłem z myśli gryzących, bezsennych

Snuć długie pasma. Widmo mi przyłbicy

Nakryte orłów skrzydłami płomiennych,

Pokazywało się. Naramiennice

415

Osiadły blade, ścięte Meduźnice.

LIII

Dusza tak była silna i bogata!

I taką wielką rządzicielką kości,

Że ciągle echem duchowego świata

Gadała; ciągle z jego okropności,

420

Z tych głębin, gdzie ćma niewidzialnych lata

Jasnoczerwonych słów, sztyletowości

Szepcących… brała straszną siłę sztychu

I tę jak piorun ciskała po cichu.

LIV

Kto myślał, że mnie więzieniem uciszał

425

I goił burze ducha, ten się mylił.

Z ducha mi ciągle szedł grzmot, a Lech słyszał

I czuł, żem ja go gryzł, do ziemi chylił.

Chociażem wtenczas tylko w sobie dyszał,

A żadnej mocy ducha nie wysilił;

430

Gromadą duchów zarządzałem ciemną

I te, jak sługi moje, były ze mną.

LV

O! wy, którzy się nigdy nie spotkacie

Z prawdziwą twarzą waszego tu stróża!

Dla których żywot widzialny jest w chacie,

435

A Bóg w błękitach próżnych się zanurza;

Dla was są próżne tych czynów postacie,

Dla innych… ducha ton i straszna burza,

Owiewająca moją pieśń żałobną,

Z twarzy do innych rapsodów podobną.

LVI

440

Raz o północy, kiedym dyszał gniewny

I sądził, że tu jakaś mara biała…

A tam… kształt jakiś czarny i niepewny…

Ówdzie zaś gwiazda biegła i spojrzała;

Ujrzałem lice przecudne królewny,

445

Której z rąk blasku różanego strzała

Przez proch więzienia i przez pajęczyny

Szła, zamieniwszy jej ręce w rubiny.

LVII

Splecione do nóg złociste jej włosy

Wlokły się prawie po głazów zieleni,

450

Gdzie zakończone jak dwa złote kłosy,

Kwiatkami z drogich błyszczących kamieni.

Te kwiatki, rzekłbyś, że dwa żywe Losy

Twarzą aniołów ze światłych pierścieni

Patrzą się w górę, uczepione skrycie

455

Do nóg idącej falą Amfitrycie[27].

LVIII

Te kwiaty z żywych klejnotów się jawią

W pamięci mojej przed rysy innymi.

Reszta mgłą. A mgły moje tak ją krwawią,

Żem nie spróbował o niej śnić na ziemi;

460

Lecz szaty jeden fałd wiecznie mi stawią

W oczach pamięci duchy… i z białymi

Nóżkami do mnie te kwiaty idące

Jak dwa tęczowe na ziemi miesiące.

LIX

A ja gdzieś w głębi, do granitnej nory

465

Schowany, niby kłąb piekielnych duchów

Wyzwany światłem w ohydne kolory,

Jak zbiorowisko członków i łańcuchów,

Skrzydły zjeżony, jak piekielne twory

(Które my znamy na ziemi z posłuchów,

470

Słysząc, że niegdyś rodziła natura

Smoki w płomienie ubrane i w pióra)…

LX

Ja, pomny na to, żem tronowi służył,

A doznał zdrady, choć nie miałem winy,

Sądząc, że mi się Lech aż krwią zadłużył,

475

Dotknięty okiem królewskiej dziewczyny,

Aż skrzydłam na nią moje brudne wzburzył

I z piór pokazał oczy, cały siny…

Z takiem sił moich gniewnych natężeniem,

Żem ją mógł wzrokiem spalić jak płomieniem.

LXI

480

Biedne my duchy! Zawsze z jednej schedy[28]

Brać musim nasze co piękniejsze szaty.

Oto błyszczący kłem smok Andromedy[29]!

Oto ów drugi straszny wąż skrzydlaty!

Który na słońce idzie w księgach Edy

485

I gwiazdy… niebios lazurowych kwiaty…

Ogonem zbiera, w swe czerwone płuca

Wchłania… i z ogniem serdecznym wyrzuca.

LXII

Na nią ja straszny, piekielny i mocny,

A tem straszniejszy, żem był nieszczęśliwy,

490

Wyiskrzył cały oczu blask północny,

Więcej wtenczas jej niż wolności chciwy.

Jak mi ów czysty duch wtenczas pomocny

Otworzył wrota? (cichością oliwy

Do zamilczenia jęków przymuszone)

495

Nie wiem, to wszystko poszło w mgły czerwone.

LXIII

On jednak, ten duch, nie wiedząc, co czyni,

Jednym niebacznym słowem pchnął mię w górę.

Ona — ta dziwna na harfach mistrzyni,

Mająca duchów niebieskich naturę,

500

Czytała w jakiejś Sybillijnej[30] skrzyni,

(Może przed wieki będąca za córę

Rzymianom), że jej koronę na głowie

Zerwą na koniach lecący orłowie.

LXIV

A ten sen dawny tak jasno wyrzucił

505

Z drugiego ciała swoje dawne twarze,

Że ojcu rzekła; a ojciec zasmucił

Czoła… i miał już przywołać guślarze

Sny tłumaczące. Gdym ja nagle wrócił —

Skrzydlaty orzeł — i moje husarze

510

Przed zamkiem rzędy długimi ustawił

I sen jak w jasnej błyskawicy zjawił.

LXV

To mi nieszczęsna powiedziała pani,

Jakoby sama siebie winująca[31],

Że wtenczas śniła, gdy w skrzydła ubrani

515

Spełnialiśmy sen przy blasku miesiąca,

W ogniu piorunów. Lecz ciemni szatani,

Których moc jedną mocą ludzi trąca,

Sprawili, że snu na nią malowidła,

Na orły spadła rzeź — a na mnie skrzydła.

*

Pieśń II

I

Księżyc był pełny i gwiazdy świeczniki

Świeciły jasno na niebios lazurze,

W trawach śpiewały skrzeczki i świerszczyki,

Zamek stał cichy na piaskowej górze:

Zimno północne i traw zapach dziki,

525

I serce smętnie bijące w naturze

Dwa razy mocniej zagadało do mnie,

Gdy ona przy mnie… i koń był koło mnie.

II

Na jednym ręku niosła swe warkocze,

A drugą północ wskazała odludną.

530

Na to ja rzekłem: «Na północ nie wkroczę,

Bo tam jednemu przeciw burzom trudno,

Lecz w koniu do krwi ostrogi umoczę

I będę pędził, aż drugą tak cudną

Jak ty pokażą mi ziemskie narody,

535

Choćby królowę ognia albo wody!

III.

Jeśli nie… wrócę jak straszydło krwawe.

A ty pamiętaj, jaki stąd ucieka

Cień obalony miesiącem na trawę

Z konia, ze skrzydeł orlich i z człowieka.

540

Miesiąc mu daje tę straszną postawę,

Wiatr stąd wypędza, a nieszczęście wścieka,

A jeśli Pan Bóg go wichrem oszczędzi,

Może na powrót grom go tu przypędzi».

IV

To mówiąc, ręką pogroziłem światu,

545

A tem wścieklejszy, że sam i bezsilny.

Gwiazdy na polach czystego bławatu

Oczy otwarte i słuch miały pilny.

Na wschodzie wstęga smętnego szkarłatu

Świeciła… szarym równinom omylny

550

Kształt nadawając, że pod owe zorze

Tak się zdawały płynące jak morze.

V

Dyjanna[32] — jak liść wierzby — już zielona,

Już jako róży liść różano-złota,

W ognistych się mgieł zanurzała łona,

555

Zmienna jak w sercu młodzieńczym tęsknota,

A jam skrzydlate obrócił ramiona

Wschodowi, chciwy nowego żywota,

I uciekałem jak duch z bladą twarzą,

Więcej przed myślą moją niż przed strażą.

VI

560

Obraz świata, HistoriaDzisiaj przez ducha cały świat odkryty,

Cały wiadomy. Wtedy tajemniczy

Jak upior złoty, a we krwi umyty,

Złotem cię dziwu wabił ku zdobyczy,

A krwią ohydzał wszelki czar zdobyty,

565

Krzycząc, jak dziecko przydławione krzyczy,

Gdyś go ucisnął; a tarczy błyśnieniem

Takiś wywołał strach jak objawieniem.

VII

Po ciemnych puszczach, gdziem się błąkał — gnana

Wichrami straszna przyszłości orlica!

570

Kto mię napotkał, myślał, że szatana!

Bo wszystko widział wprzód niż moje lica,

Zbroję i skrzydła, i młot u kolana,

I dzidę, która gorzała jak świéca[33]

Między sosnami, samych niebios blisko,

575

Miedziane mając ostrze jak ognisko.

VIII

Na jednym pustym śród sosen smętarzu

Spotkałem smętne i dzikie Germany…

O! duchu! dawnej przeszłości malarzu!

Ty jeszcze widzisz te sosnowe ściany,

580

Wozy, ogniska, twarze przy rozżarzu

I rzymskie z białych piszczeli kurhany;

A na nich orły wydarte legionom,

Podobne lampom złotym i koronom.

IX

Ty jeszcze widzisz i dziś pytasz siebie:

585

Kto ci przyczynił głosu i języka?

Liczni, krzyknąłem, jak gwiazdy na niebie!

Straszni jak piorun, gdy niebo odmyka!

Przez was świat wytnę! pod wami pogrzebię!

Ja, syn popiołów, ojciec mogilnika!

590

Urra ha!… Gwiazdę pokazałem białą

Dnia wschodzącego lasom. Wszystko wstało!…

X

Wszystko!… Dziesiątki całe groźnych kroci

Wstały gotowe na rzeź uraganną[34]

Wszystko!… Na boku tylko śród paproci

595

Białością swoją mnie zadziwił szklanną

Kształt jakiś śpiący, cudownej dobroci

I ciszy, zorzą oświecony ranną,

Zwalony w dzikich trawach, przy strumieniu,

Posąg… w jutrzenki światłach jak w płomieniu…

XI

600

Rzekłem więc: «Czy to jaka jest królowa

Wyrżniętych ludów? nieskalanej bieli?

Którą tu smętnie czarujące słowa

Na fijołkowej uśpiły pościeli?…»

Wtem barbarzyniec[35] ją tak ciął, że głowa

605

Jak lampa, która ciemność rozweseli,

Skoczyła… chwilę na błękicie trwając

Jak gwiazda… potem błysnęła, spadając…

XII

A ja, zawrzawszy gniewem… i brzeszczota

Dobywszy… tego barbarzyńca w czoło

610

Tnę tak, że jako grenada[36] się złota

Rozwalił ów łeb… tu połą… tam połą…

A ja ów zegar widzący żywota

Z tajemnicami, żył czerwonych zioło,

Idące jeszcze wszystkich sprężyn ruchy,

615

Porównywałem dwie głów[37] jak dwa duchy.

XIII

Ledwom uczynił to… nowe mi moce,

Zapewne statuy zwołane zemszczeniem,

Przybiegły w pomoc… tak, że chociaż proce

Cisnęły na mnie za ów mord kamieniem

620

Jam był jak piorun, gdy lasy druzgoce

I napełniłem ten lud przerażeniem,

A w przerażeniu takim wielkim żarem,

Że mię ukochał i nazwał — Kiejzarem[38].

XIV

Dziś tam głęboki sen w tej puszczy lata!

625

A może jeszcze posąg biały leży!

A może jaka nadistrowa chata

Mówi powiastkę moją… i nie wierzy!…

Ani wie, jako na zniszczenie świata

Posąg zemszczony przysłał mi rycerzy?

630

I obaczywszy mnie jak burzę ciemną…

Duchy gwiażdżące zawiesił nade mną.

XV

Nie wiedzą ludzie, przez jakie ja tony,

Przez jakie czyny, przez jakie męczarnie

Zebrałem owe duchów miliony?

635

Które, gdy wezwę, to mię strach ogarnie!

Bo ze słońc różnych są i z różnej strony…

Jako girlandy w chmurach i latarnie

Pokazują się, kiedy sam nie zdołam

Czynić, a one na pomoc przywołam.

XVI

640

Z barbarzyńcami… sam… na uroczyskach…

Człowiek… Duch… pilnie uważałem cuda,

Które się jawią przy ludów kołyskach,

A nikną, gdy się szczep na drzewie uda;

Lecz zaszczepienie przy piorunnych błyskach

645

Odbyte, a strach w powietrzu i nuda,

Które panują takim chwilom świata,

Trwożą… jak pianie kurów u Piłata…

XVII

Zda się, że ciągle ptaki ranne pieją…

A pianie smutne jest jak krzyk dzieciny;

650

Przedrannym strachem niebiosa ciemnieją,

Więcej wychodzi gwiazd na błękit siny…

Ludzie przy ogniach miast swe ręce grzeją

I przerażeni cichością godziny

Gotowi zaprzeć się bożego ducha,

655

Obzierają[39] się jak zbójce[40] — czy słucha?

XVIII

Jam to czuł, mimo że krew moja biła

Jak piorun w żyły, że hełm od niej dzwonił;

Kita się ogniem czerwonym paliła,

A młot skry takie jak miesiące ronił;

660

Koń gadał… dzida rosła… szabla żyła…

Wiatry dawały rady… obłok bronił…

O złym dniu wrzaski ostrzegały krucze…

U dobrym złote żurawiane klucze.

XIX

Przez wszystkie władze ziemskie ostrzegany

665

Wpadłem na ziemię moję nieszczęśliwą;

Lech nie żył, a lud jego zabijany

W królewnę patrzał jako w gwiazdę żywą…

Ona też pancerz złoty, malowany

Kwiaty różnymi jak słoneczne dziwo,

670

Pokazywała w strasznych walk kurzawie

Podobna białej Anhelicy — sławie.

XX

Koło niej ciągły tabor z żywych ludzi,

Zbrój czarnych, mieczów, tarcz, nad nią sztandary.

Ilekroć wieczór mgłami się zabrudzi,

675

To jako ptaki nocne albo mary

Wstają po bagnach Wenedy i Czudzi,

Żółte Połowce, nadmorskie Tatary

I w twarze nasze strzał tysiącem brzęczą:

A nic, gdy biją… straszniejsi, gdy jęczą.

XXI

680

Jeszcze pamiętam ten wrzask i to wycie

Różnych narodów i różnych języków…

Gdy te Ludyszcza przy Wisły korycie

Przyparłem do fal falą moich szyków.

Aż mi o jasnym wyprawili świcie

685

Najstarszych z wojska swego tysiączników,

Prosząc o pokój i o ziemi bryłę

Taką, że ledwo dla nich — na mogiłę.

XXII

Ja wtedy, pod lwią skórą rudozłotą

Siedząc na prostej powózce Germanów,

690

Rzekłem: «Niech pierwej dziewczęta rozplotą

Warkocze… córki najpierwszych Supanów,

Niech sama Wanda płaczem i tęsknotą

Zmiękczona przyjdzie nam do roztruchanów[41]

Nalewać wina… Niech ją złotowłosą

695

Germany moje na tarczach podniosą.

XXIII

A gdy przez ludy dzikie okrzykniona

Królową, z tarczy mosiężnej księżyca

Zaśpiewa nam pieśń na nowe plemiona!

I nasze dzikie dusze pozachwyca!

700

Ja wtenczas drżące otworzę ramiona,

Aby zleciała w nie jak gołębica

I wyprosiła usty różanymi:

Co chce?! niebiosa całe — i pół ziemi…?!»

XXIV

Z tem stary Swityn i Czerczak posłowie

705

Odeszli. A mnie jej postać, wprzód senna,

Zaczęła jaśnieć jako słońce w głowie

I coraz bardziej jawić się płomienna.

Więc potem, kiedy ległem na wezgłowie,

Cała mi w oczach ognista Gehenna

710

Błysnęła ciągle piorunami pruta,

Ciemna, czerwona parami jak huta.

XXV

Na piersiach darłem skórzane odzienie,

Ale do łoża byłem jak przykuty.

Wtem ona weszła w te straszne płomienie

715

Jak duch tęczami różnymi osnuty,

Nad nią niby z gwiazd grających pierścienie

Wiązały jedną pieśń na różne nuty…

Dzwoniące, cudne! jakieś gwiazdy śliczne!

Niby powietrzne narzędzia muzyczne.

XXVI

720

Słysząc te głosy, z którymi dziewczyna

Szła na mnie, z ciała mego wyleciałem.

A ona w ogniu czerwona i sina,

Obracająca powietrznym chorałem

Jako skrzydłami powietrznego młyna

725

Kręcąc… przywiodła duch, że włosy rwałem

Przez wszystkie jęki i tony, i zmiany

Idący za nią w toń jak zwariowany.

XXVII

Jeszcze noc była, a ja hełm na głowę

Włożywszy, wsiadłem na koń, pędzę cwałem.

730

Pamiętam szare powietrze perłowe

I zamek, wieży sterczący kawałem

Nad Wisłą, gdzie lud tę swoję królowę

Otoczył ludzkim i ceglanym wałem.

Tam przyleciawszy, w róg mosiężny dzwonię,

735

Grzmię, aż mi wszystkie oderżały konie.

XXVIII

Wychodzi siwy Swityn Wojewoda,

Ze snu czerwone przeciera źrenice.

«Idź» — rzekłem — «bo mi słów wczorajszych szkoda,

Zanadto ostre pokazałem lice;

740

Niech mi królowa wasza, jasna, młoda

Naleje czary, podniesie przyłbicę,

A może łatwo ten rozkaz wykona:

Pieśń mi zaśpiewać, paść w moje ramiona».

XXIX

Nic nie rzekł Swityn, lecz mię brzegiem wody

745

Prowadził, kędy stał tłum ludu mały.

Rybacy srebrne trzymali niewody[42];

Kilka świec (choć już ranek błyszczał biały)

Nieśli kapłani, z lutniami Rapsody

Siedli na zrębie jednej małej skały

750

Pod bladą wierzbą, mgłą ranną okryci.

Na wzgórzach w zmroku zapalano wici.

XXX

Na łące dziewy i panny służebne

Ujrzałem tam i ów się krzątające.

Te niosły kwiaty, kadzielnice srebrne,

755

Dyjadematów złotych półmiesiące;

Inne bławatki do wieńca potrzebne

Zbierały w trawach, kolorów tysiące

Rzucając w srebrne powietrze, w mgły szare,

Niby wiślanym duchom na ofiarę.

XXXI

760

Dawny świat! Obraz dawny wywoływam!

Lecz ileż razy różaność przedwschodnia

I kwiaty, które mgłą okryte zrywam.

I leśne ptaszki budzące się do dnia,

I tęcze, których do myśli używam,

765

Gdy się zapali mój duch jak pochodnia

Przypominały obraz on tak rzewny!…

Ubranie martwej na łąkach królewny.

XXXII

KsiężycJak miesiąc[43] była, kiedy z niego zetrze

Pierwszą pozłotę słońce w dzień jesieni,

770

A on się topi w błękitne powietrze

I lekko swego czoła zarumieni,

I nad girlandą lasów, gdzie na wietrze

Drżą liście złote przy liściach z płomieni,

Pełny, okrągły, blady się przemienia

775

W mgłę… jak cudowna twarz srebrnego cienia…

XXXIII

TrupTaka jej bladość! nieco ku błękitom

Nachylona już zgonu okropnością,

Takie ust perły! Wisły Amfitrytom

Z upiorną niby odśmiechnione złością.

780

Zresztą, spokojnie się onym kobietom

Dawała stroić modrzewiów ciemnością.

Koroną złotą, wieńcami z bursztynu —

A strach powiększał trupa w oczach gminu…

XXXIV

A cóż dopiero! gdy ja groźne lice

785

Odkryłem, z hełmu spojrzałem surowo

I połamawszy miecza, w błyskawicę

Cisnąłem jego kawałki nad głową;

Nade mną ducha mrok i złote świéce[44]

Miecza nad kitą moją purpurową

790

Jak zawierucha olimpijska, wstały —

Mój duch na hełmie stanął… w ogniach cały.

XXXV

Krzyk pierwszy, który z ust wyszedł zwierzęcy,

Już niepodobny krzykowi człowieka,

Zbudził Germanów całe sto tysięcy:

795

I szli jak morze huczące z daleka.

Stos wystawiłem okropny, książęcy!

Taki wysoki, że wiślana rzeka

Na bladych trupów zatrzymana murze

Stanęła — cała jak upior w purpurze.

XXXVI

800

Lecz pierwej nim ją oddałem płomieniom,

O! ileż strasznych słyszała lamentów!

«O! włosy! nie dam ja waszym pierścieniom

W ogniu z wiślanych oschnąć dyjamentów!

Każę podziemnym zamienić się cieniom

805

W gmachy filarów pełne i zakrętów,

W alabastrowej cię położę trumnie,

Każę strzec wieków śpiewaczce — kolumnie.

XXXVII

Zbalsamowaną, wiecznym zdjętą spaniem

Cicho na białych atłasach położę;

810

Sam przyjdę, jak lew legnę, i wzdychaniem

Śmiertelnem twój sen spokojny zatrwożę.

Więc może wstaniesz? i pocałowaniem

Dasz mi ocknienia światłości i zorze?

I słuch mi weźmiesz w tych podziemnych cieniach

815

Coś czytająca wiecznie na kamieniach?

XXXVIII

W kraju bez słońca, bez gwiazd i księżyca,

Gdzie wiecznie smętno, posępnie i głucho;

Ja, rycerz, jako śpiąca nawałnica

Z otwartą, szklanną źrenicą i suchą;

820

A ty, jak moja smętna czytelnica,

Perła po perle ton lejąca w ucho,

Taka wyrazów i pieśni mistrzyni,

Że pieśń z tysiąca lat… chwilę… uczyni!»

XXXIX

Tom rzekł, pośmiertne przeczuwając rzeczy

825

I głosy. I znów zajęty pożarem,

Chciałem ją złożyć na gwiaździcach z mieczy,

Upoić krwawym rycerskim sztandarem!

I z onej ziemi, gdzie ciało kaleczy

Słońce niewczesnym i nieludzkim skwarem,

830

Uciec w Islandów wyspę zamrożoną,

Ogniami siedmiu wulkanów czerwoną.

XL

«Tam ją» — krzyczałem — «gdzieś na lodowiskach

Złożę jako kwiat ujęty w krysztale!

I przy wulkanów rubinowych błyskach

835

Opłomienioną posadzę na skale,

A sam z dzikimi orły na urwiskach

Dzikszy niż burze! straszniejszy niż fale!

Gdy góry będą swoje ognie zionąć,

Mrozom się dam zgryźć! i ogniom pochłonąć!»

XLI

840

Tak mój duch w kształty się piramidalne

Wyrzucał, dawną tryskając naturą;

Tak nowe ciała łańcuchy fatalne

Targał i piorun zawsze miał pod chmurą.

Potem więc roki[45] się zabrały walne

845

I mnie okryły Lechową purpurą.

Lud cały strachem ohydnie znikczemniał.

Jam siadł na tronie, zmroczył się i ściemniał.

XLII

Zbrodnia, Prawo, BógI któż by to śmiał w księgi ludzkie włożyć

Dla sławy marnej, a nie dla spowiedzi?

850

Postanowiłem niebiosa zatrwożyć,

Uderzyć w niebo tak jak w tarczę z miedzi,

Zbrodniami przedrzeć błękit i otworzyć,

I kolumnami praw, na których siedzi

Anioł żywota, zatrząść tak z posady,

855

Aż się pokaże Bóg w niebiosach — blady.

XLIII

A nie Bóg nad tą żywota fortecą

Zgwałconą twarzy pokaże, to przecie

Komety złote na niebie przylecą

I bliżej oblicz ukażą na świecie,

860

Nad zamkiem swoje ogony zaniecą

Jak widma, jedno, i drugie, i trzecie…

Jeśli nie zlęknę się, a krew mię splami…

Kto wie!?… jak słońca przyjdą tysiącami!

XLIV

Niebiosa pełne widziadeł i twarzy

865

Słonecznych! może z krwawymi oczyma!

A tu koło mnie powietrze cmentarzy

I ciągła burza, wiatr, ognie i zima,

Wichry skrwawione, głos trupów z kościarzy,

Słońce poblednie, księżyc się zatrzyma,

870

Gwiazda zajęczy jaka lub zaszczeka?

Wszystko pokaże, że dba o człowieka!…

XLV

«Jeśli nie» — rzekłem — «jeśli z tym motłochem

Postąpię sobie jak król zwariowany?

A żywot jak wąż schowa się pod lochem,

875

Jak gdyby nie czuł w sobie żadnej rany?

To ludzie są proch! i ja jestem prochem

Na jeden tu dzień jak miecz ukowany[46]!

A tem straszniejszy, że go własne siły

Nie duchów ręce z ziemi wyrzuciły».

XLVI

880

Zaledwie ta myśl poczęła się we mnie,

Wzrok zaraz wydał ją jasny i suchy,

Wchodzący w myśli ludzkie potajemnie,

Aby tam widział w kościach, czy są duchy?

Więc naprzód Czerczak u nóg mi nikczemnie

885

Proszący o łeb, pod katów obuchy

Poszedł, a za nim jacyś dwaj prorocy,

Których dziś krwawe łby widuję w nocy.

XLVII

Za wojewodą cały dwór i sługi

Posłałem niby z nim będące w zmowach.

890

I z wież patrzałem na ten łańcuch długi

Idących na śmierć z świecami w okowach.

A niebios! niebios błękitne framugi,

Jakby o zdjętych nie wiedziały głowach,

Patrzały na to ciche, obojętne!

895

Mnie się wszelako zdawało, że smętne!

XLVIII

Ogromny szereg tych wymordowanych

Poszedł. Myślałem, że duchy zobaczę

Gdzieś do łabędzi podobne rumianych,

Od których jęczy powietrze i płacze;

900

Albo, że ze ścian ogniem zapisanych

Wyjdą pająki z ognia… straszne tkacze!

Na ściennych ogniach się swych zakołyszą

I wyrok jakiś ognisty napiszą!

XLIX

Myślałem, że me noce niespokojne,

905

A dnie, jak noce bez gwiazd, będą czarne,

W ciemnościach jęki albo chrzęsty zbrojne,

Tchnienia na czoło chłodne albo parne! —

I nic!… ten straszny duch, któremu wojnę

Wydałem, dziecko zostawił bezkarne;

910

A ja podniosłem pierś dumną i twardą.

Gotów do końca walczyć z bożą wzgardą.

L

Przez dawne oczy widzę to ohydne

Pierwszego ducha dzieło z czasów onych,

Gdy stepy całe dziś w mogiłach widne

915

Wzięły u ludu nazwisko Czerwonych…

Wtenczas ujrzano mię, że w ciele brzydnę

I biorę postać duchów utrapionych.

Ludzie myśleli, że mi gniją trzewa,

A jam był senny jak wąż, gdy poziewa.

LI

920

Czasami z góry na kolec blaszany

Wieżycy wstąpię i tak jako owce

Najpierwsze państwa Karacze, Supany

Każę prowadzić przez różne manowce.

Tam je kładziono w skrwawione kurhany,

925

Na stos znoszono chwast, czarne jałowce.

A ja, bywało, z góry jak sęp dziki

Widzę te w ogniach ruchome mrówniki.

LII

Dziesięć czasami gwiazd i słońc czerwono

Zagore… dziesięć wrzasków razem słyszę;

930

I nie podnosi mi się duchem łono,

Ani się serce strachem zakołysze…

Jako Lucyfer z błyskotną koroną

Stoję… a zbrodni mojej towarzysze

Na większą niż te wszystkie okropności

935

Patrzą — na mą twarz śmiertelnej bladości.

LIII

Dziwią się wszyscy, że jak pies nie szczekam,

Jak lew nie ryczę, jak człowiek nie zgrzytam;

Nie wiedzą, że ja, duch natchnięty[47], czekam

Gwiazd, deszczów krwawych; i znów za miecz chwytam,

940

I znowu cały świat na siebie wściekam!

I znów się niebios zamroczonych pytam:

Czy mieczem, który w łono ludzkie wrażam,

Którą tam władzę niebieską przerażam?

LIV

Co tylko mocy ma ten mózg napięty,

945

Tom ja na męki wynalazek użył.

Stosy, na Wiśle spękane okręty,

Kołowrót, który ciał długość przedłużył…

Wszystko w męczeństwie ten kraj niepojęty

Swą cierpliwością wytrzymał i zużył!

950

A niebo wszystko to cierpliwie zniosło,

Póki kruszyłem duchom łódź i wiosło…

LV

Poszedłem dalej… i w męki wyborze

Już nic nie mogąc straszniejszego stworzyć,

Zacząłem łamać większe prawa boże,

955

Myśląc naturę samą upokorzyć.

Matkę mi z lasu stawiono na dworze…

A ja zamiast się u nóg jej położyć,

U tej w łachmanach podartej orlicy,

Ciała użyłem za knot smolnej świecy[48]

LVI

960

Rzekłem ludowi, że mnie czarowała,

Że serce jadła, że żony mi truła.

Z włosem palącym się jak ptak latała

I zgasła. Duch, CiałoWtenczas twarz mi się popsuła

I pokazała zielonością ciała,

965

Że się duchowi memu szata pruła;

On jednak w ciele nie wiedział o sobie,

W letargu niby i w czarnej chorobie.

LVII

Raz tylko byłem tak na niebie śmiały,

Że się przejrzałem, w tarczy patrząc lice.

970

A byłem cały jako trup sczerniały,

Który stoletnią miał w ziemi trumnicę,

A już robaki z niej pouciekały,

Bojąc się oczu jasnych jak gromnice;

I czerwonymi przerażone łzami

975

Trupa… i kości spróchniałych ogniami.

LVIII

Lecz co dziwniejsza, że tak próchniejący!

Taki upadły! i taki zużyty!

Czasem się czułem jak anioł gorący,

Gotów ukochać świat i nieść w błękity

980

Tę ziemię jako anioł wzlatujący

Z pieśnią… co była jako szklanne zgrzyty

Harmonik i szła w ton coraz boleśniéj[49],

Aż upadała w śmiech, w szaleństwo pieśni!…

LIX

Gdy mię, bywało, taki czar omami

985

A stoję, ręce wyłamawszy z ramion,

Choć tylko piana toczy się ze łzami,

A usta milczą, to mój duch omamion[50],

Wszystkimi zda się kręci księżycami,

A gwiazdy na kształt muzykalnych znamion

990

Chwyta i w głosach tu ziemskich wyraża:

Tworząc już nie Pieśń Sen, lecz Pieśń Mocarza.

LX

Jeden był tylko przy mnie giermek mały,

Jeden był tylko i ta pieśń go struła.

Głosy okropne w niego wlatywały,

995

Kości roztrzęsły… pierś mu się popsuła.

Chodził i przez sen gadał, i drżał cały,

Jak instrumentu cedrowa szkatuła,

Którą muzykant napełnił przelotem

Tonów… i zamknął napełnioną grzmotem.

LXI

1000

A tymczasem mię wielki Pan niebieski

Ubierał w grozę i w powagę strachu.

A strach był jakiś ciemny i królewski,

Który napełnił wszystkie kąty gmachu.

Pod stopą moją suche komnat deski

1005

Grzmiały jak trumny. O komnat zapachu

Gadał po wioskach z trwogą lud ciekawy,

Że był zaduszny, tajemny i krwawy.

LXII

Na świecie o mnie śniono. Śród czeladzi

W podziemiach kuchniach gadano, żem blady

1010

Jak miesiąc, gdy się przejrzy w krwawej kadzi,

W której pływają gniazdem wężo-gady;

Że gwiazda złota jakaś mię prowadzi

(Purpurowe tu tłoczącego ślady)

W ciemny kraj, gdzie się wszelka dusza wściekła,

1015

Na króla duchów czerwonych — do piekła.

LXIII

A co dziwniejsza, że mię ukochano

Za siłę i za strach, i za męczarnie.

Gdym wyszedł… lud giął przede mną kolano,

Lud owiec, który się k’pasterzom garnie!

1020

Przed twarzą moją straszliwą klękano,

Widząc dwa skrzydła hełmu jak latarnie!

I między nimi w środku zawieszoną

Tę twarz, jak lampę trupią i zieloną.

LXIV

W powiekach rubin i błysk dziwny gore;

1025

Powieki nożem zdają się rozcięte;

A przez czerwoną rubinową korę

Patrzy duch, widmo przeszłości przeklęte!

Przez jakież, Panie! męki i pokorę,

Przez jakież później ciała z krzyża zdjęte

1030

Musiałem ścierać strach z mojego czoła?

Z oczu wydzierać ciemną skrę anioła?

LXV

Żem wyzwał słońca Twoje i księżyce,

I meteorów ogniska, i burze,

I przeciw gniewom Twoim niósł przyłbicę,

1035

I chciał zobaczyć, sługa, komu służę?

Żem chciał zobaczyć, Panie! Twoje lice,

Cztery pioruny Twoje, świata stróże…

Wszystkie potęgi Twoje o świat drżące,

I wszystkie słońca, i wszystkie miesiące.

LXVI

1040

Tyś mną pogardził, Panie! i ominął,

I do straszliwej śmierci doprowadził.

Swityn żył jeszcze. Starzec sławą słynął,

Bił wrogi moje, winy moje gładził,

Granicę mego królestwa rozwinął,

1045

Na dwu srebrzystych morzach mię posadził;

Stary, a miecza do pochwy nie chował.

Jam go jak ojca kochał — i szanował…

LXVII

Pamiętam, biła północna godzina,

I konstelacja Łabędź, jak krzyż złoty

1050

Nad wieżą, gdziem był, leciała jedyna,

Sufitów próżnych lampa śród ciemnoty;

Wtem myśl ohydna o śmierci Swityna

W serdeczne moje wstąpiła zgryzoty

Z taką potęgą, żem wnet ku niej dłoni

1055

Podał, jak dziecko uśmiechnął się do niéj[51]

LXVIII

Potem ją chciałem zmazać, ale ona

Już jako pani mego serca była.

«Sprobuj» — wołała — «jeżeli ten skona.

A żadna zorza by nie zaświeciła?

1060

A żadna gwiazda z tych gwiazd przerażona

Nie przyleciała? krwi się nie napiła?

To wtenczas będziesz spokojny o ducha:

Ziemia proch! człek z niej jak wulkan wybucha.

LXIX

Płomieniom wolno chodzić po dolinach

1065

I błyskawicom wolno bić w cnotliwe.

Za myślą twoją idź, nie myśl o czynach!

Próbuj, czy niebo martwe jest czy żywe?»

Tak mi ktoś szeptał. Gdyby w stu Switynach

Stu ojców moich własnych głowy siwe

1070

Patrzały na mnie z grobu jego wzrokiem,

Nie byłbym cofnął się przed krwi potokiem.

LXX

Wysłałem katy; lecz myśl, gdy się kwieci,

W coraz straszniejsze rozwija się drzewo.

Posłałem drugie… dwór, żonę i dzieci

1075

Wyciąć. Był ciemny dzień i grad z ulewą.

Czasami słońce ponuro zaświeci,

I gradem złotym jak zwichrzoną plewą

O pancerz chłośnie i z kitą się zetrze,

Bom stał, czekając tych katów — na wietrze.

LXXI

1080

U progu mego żebractwo się szare

Skupiło. Patrzą… król na progu stoi.

Przez deszczu struny widzą jakąś marę

Jęczącą gradem bijącym po zbroi.

Wtem wyszło do mnie suche widmo stare —

1085

Żebrak… i blisko stanąwszy podwoi,

Jak posąg, który wiecznym być zaczyna,

Skościał… i podał mi list od Swityna…

*

Pieśń III

I

Na dworach wówczas nasze wojewody

Trzymali sobie nadwornych gęślarzy,

1090

Ci byli jako rycerstwa rapsody[52],

Zazwyczaj mądrzy, ślepi już i starzy.

Jako pancerze srebrne, długie brody

Na piersiach mieli, a słoneczność w twarzy.

Liry nosili małe, ale sławne,

1095

W koral lub w srebro, lub w bursztyn oprawne.

II

W ręku trzymali niby pastorały

Długie, wierzbowe, ostrugane kije.

Tymi — bywało — chłopczyków chorały

Pędzą… i wiodą takt przez harmonije;

1100

A kiedy w górę kij podniosą biały…

Wtenczas z chóralnej pieśni piorun bije,

A kiedy spuszczą na dół berło dziada,

To na kolana pieśń jak anioł spada.

III

O takim kiju, z lireczką u pasa

1105

Stał stary rapsod Swityna u proga.

Na płaszczu, pomnę, była różna krasa

I łaty różne; zda się, że płaszcz z Boga,

Na którym zorza w błękitach dogasa

I różne światła płoną… Jego noga

1110

Bosa dziś świeci przed mymi oczyma,

W obwiązkach, srebrna, jak muszla pielgrzyma.

IV

Tak z wystawioną naprzód nogą bosą

Podróżny żuraw, na białym kosturze

Oparty, z twarzą jasną, srebrno-włosą,

1115

Stał w płaszczu starym, jak w błękitnej chmurze

I list podawał… Iryda za kosą

Wlokąca tęczę, gwiaździce i róże,

Nie jest mi piękną tak… gdy z niebios spada…

Jak to wspomnienie dawne — tego dziada!

V

1120

O! złote serce śpiewaka i sługi

Tak po męczeńsku cierpiące dla pana!

Miej grób! którego nie rozorzą pługi,

Do zaklętego podobny kurhana;

Wiecznie tu wstawaj w pieśni! i wiek długi

1125

(Aż znowu ta pieśń będzie zapomniana)

Przykładem ludzi do miłości znęcaj!

Śpiewaj! — a liry też czasem pokręcaj!

VI

Niech mi przypomni czary tobie znane

I słowa dobre na serc otwieranie,

1130

Porządne, ważne i uszykowane

Rzędem jak dźwięku anioły w organie;

A przebacz mi już tę okropną ranę

I to straszliwe nóg przyćwiekowanie,

Które odjęło (to coć najboleśniej!)

1135

Twój najpiękniejszy czar — wędrowność pieśni!

VII

On mi podawał list…. a ja na nodze

Jego oparłem miecz żelazny, krzywy

I czułem, że mu między kości wchodzę:

A on stał — jak Bóg wielki — bo cierpliwy!

1140

Mieczem przygwożdżon w kamiennej podłodze,

Którą czerwienił krwawy koral żywy…

Stał… obwinięty ów żebrak w błękicie…

I tak się na mnie patrzył jak na dziécię[53].

VIII

A ja, nie zdjąwszy miecza z jego rany,

1145

Owszem, głębiej go zapędzając w koście,

List, Słowo, PogardaCzytałem słowa, które jak szatany

Paliły mi mózg i gryzły wnętrznoście.

Ten list! na sercu moim zapisany,

Nad wszystkie ducha mego okropnoście

1150

Głębiej swe straszne zarzuty wykował[54]!

Bo mną ten człowiek gardził — choć miłował…

IX

Kacie ojczyzny mojej! i tyranie!

Mój królu wczora! (pisał Swityn stary)

Na dobrowolne poszedłem wygnanie,

1155

Abyś przez mój zgon nie dopełnił miary…

Ty mię wyganiasz? A ja, o mój Panie!

Żołnierzy wszystkich serca i sztandary

Zostawiam tobie, sam znikam bez wieści…

Sam nic nie biorę z sobą — prócz boleści…

X

1160

A byłbym chętnie dał głowę strudzoną

Pod miecz twój; chętnie w ręce twoje złożył

Tę głowę ściętą, ale uśmiechnioną,

Której Bóg nigdy śmiercią nie zatrwożył,

Gdybyś ty jeszcze miał człowieka łono

1165

I nad kościami ludzi się nie srożył,

Gardząc miłości ostatnim spojrzeniem,

Mszcząc się nad kością jak pies nad kamieniem.

XI

Aniołowie mię dziś ostrzegli złoci

We śnie… Twój sam duch stanął pod kotarą,

1170

Tak jak pochodnia świecąca w wilgoci,

Cały oświecon[55] ogniami i parą.

Tyś mię sam ostrzegł!… a to nie z dobroci,

Ale żeś taką dziś stał się poczwarą,

Że słychać ciebie… i czuć… choć z daleka…

1175

Kiedy pomyślisz… o śmierci człowieka…

XII

Duch litośniejszy twój jest ci za szpiega:

On najprzód zgniłe twe serce wypyta,

A potem chodzi i ludzi ostrzega,

Gdy twoje ciało śpi… a ząb twój zgrzyta.

1180

Duch twój wychodzi i po kraju biega

I targa włosy… jęczy jak kobiéta[56]

Ty zmordowany jego lamentami

Wstajesz, nie wiedząc, żeś płakał nad nami…

XIII

Jakiś cię anioł okropny odmienił

1185

I przysłał dzieło wypełniać straszliwe,

Lud rozhartował… a ciebie skamienił

I kazał ludy orać jako niwę…

Abyś co?… wiatry wiejące spłomienił

Duchami, które wyszły z ciał… a żywe

1190

Wkrótce w anielskiej zjawią się ozdobie…

Jak wiatr na ciebie! — i przeciwko tobie!…

XIV

Miej więc dzień jeszcze ten jeden w zarządzie

Siłę, która jest w mieczu i toporze…

Ja ciebie czekam na ostatnim sądzie

1195

Z tym listem… który w mogiłę położę!

Czekam za światem ciebie! na wylądzie,

Brzegu, o który grzmi ogniste morze

Krwią twoją jasne i zafarbowane!

Czekam!… z tym listem przeciw Tobie stanę!…

XV

1200

Tu ci nie błyśnie więcej moje lice,

Choć niedaleko lecę… żuraw szary.

Pobytu mego mają tajemnicę

Ja tylko, mój koń i mój rapsod stary.

Prędzej byś zgonił letnią błyskawicę

1205

Niż mego konia… Człowieka zaś wiary

(Jeśli cię starość i pieśń pełna wdzięku

Nie skruszą) spróbuj królu, masz go w ręku!

XVI

Taki był straszny starego Swityna

List… ja w nim groźbę jęczącą słyszałem

1210

I opór ducha, który się zaczyna

Od jęku tylko… a staje się ciałem.

Więc jak skrzydlata skoczyłem gadzina

Z całą wściekłością! z całym ducha szałem!

Choćby królestwo całe przyszło ruszyć!

1215

Wszystko!… a złamać harfiarza — lub skruszyć!

XVII

Stary był… pomnę… Zorian się nazywał.

Gdy go palono, cichszy od owieczki,

Na lirze sobie czasami podgrywał

I szedł przez ogień z uśmiechem piosneczki.

1220

Ani klątw rzucał — ani wydobywał

Głosu wielkiego z maleńkiej lireczki:

Głaskał ją tylko (wyjaśniwszy lice)

Niby zlęknioną, białą gołębicę.

XVIII

Zdawał się mówić i twarzą, i ręką,

1225

Jakby nad brzegiem szemrzącego zdroja:

«Nie bój się, liro! bo śmierć nie jest męką!

Ani się lękaj cielesnego zboja!…

Nie bój się, moja maleńka lirenko,

Nie bój się, siostro! nie bój, córko moja!…

1230

A na toż by to nasza mądrość była,

Gdyby przed śmiercią skonać nie uczyła?

XIX

Przyjmowano cię po domach i chatach,

Pókiś ty ze mną była wędrownicą.

Bądźże dziś wdzięczna… a nie płacz przy katach,

1235

Bo się ucieszą i ton twój pochwycą.

Czekaj… wstaniemy oboje po latach,

Gdy błysną łuki z tęcz nad okolicą!…

Wstaniemy razem z wielką jaką zgrają

Harfiarzy, co jak anioły śpiewają!

XX

1240

Czekajże, liro!… śpij!… Błogosławiona

Ta błyskawica jasna i rumiana!»

Tu wzięty w złote, ogniste ramiona

Zniknął… A mój duch uczuł wtenczas Pana.

Czeluść okropna mych ust otworzona,

1245

Suchość i jakaś pożarność gardlana…

Pierś, która wiatru w się więcej nie bierze,

Ostrzegły… że już do piekła należę…

XXI

Dysząc, na konia siadłem… od popiołów,

Które pożarły pieśń, obsypan… w szale.

1250

A tłum siepaczy, jakby archaniołów,

Ubrany w złoto, w bursztyn, w miedź i w stale,

W skrzydła… w moc wielką tortur gwoździ, kołów

Zaopatrzony…. za mną w Wisły fale

Rzucił się, gotów mordować do końca,

1255

Wszyscy na koniach jaśniejszych od słońca.

XXII

Ja przodem. — W czerep czarny, ołowiany

Ukrywszy głowę moją jak w kapturze,

(Bom w sobie uczuł wstyd nieopisany,

Twarz mieć jak gryszpan, wzrok jak ogień w chmurze),

1260

Przypadłem w zamek jeden nadwiślany,

Który zastałem cały już w purpurze…

Że trupy swoje wyrzezane chował.

Duch mój przede mną tam był — i mordował.

XXIII

I przestraszyłem się — bo mi z pamięci

1265

Wczora wydane rozkazy wypadły.

Katowie stali wszyscy trwogą zdjęci,

Stali bladymi przede mną widziadły[57];

Jam wrzeszczał: «Kto tu prędzej niż me chęci,

Niż myśli moje? kto srożej zajadły

1270

Na krew Swityna niż ja wpadł w pokoje?

Kto tu wypełnił jak Bóg — myśli moje?

XXIV

Duchowi memu to przypisać muszę,

Bo ziemia nie ma takich rozbójników!

Zmiękczyłyby ich te dzieciątek dusze,

1275

Ta wyspa pełna wierzb, olch i słowików;

Te sionki z cedru… które głosem ruszę…

A one pełne ech, jęków i krzyków

Swityna głosem brzmią na każdem piętrze

Jakby starego instrumentu wnętrze.

XXV

1280

Ja jeden… który do szaleństwa skłonność

Mam… wpadłem tutaj o jutrzenki świtach;

Ani sal cisza, ani belek wonność,

Ani pieśń rodu śpiewana w sufitach,

Ani mię zemsty nieudolnej płonność,

1285

Ani szatan tu, ani Bóg w błękitach

Nie zatrzymali… Nic nie ma na niebie!

Ja sam jak Pan Bóg będę sądził siebie!»

XXVI

To mówiąc kostur wraziłem okuty

W ścianę i rzekłem do moich oprawców:

1290

Tę noc na ucztę, jutro dzień pokuty

Dla mnie i dla was — zbrodni wykonawców…

Tu zamek cały błysnął na kształt huty

Ognisk czerwienią… A ja tych bladawców

Zbrodniami bladych otoczony wieńcem

1295

Siadłem — trup jasny pijaka rumieńcem.

XXVII

I ucztowaliśmy w zamku wygodnie.

Swityna własne nam służyły misy,

Stągwie, kobierce, czary i pochodnie,

I krwią cuchnące wonnych ław cyprysy.

1300

Czary nam do rąk podawały zbrodnie…

Widma… w płaszczach z krwi, z zielonymi rysy,

Stojące z boku upiory czerwone,

Wyraźne… a gdyś spojrzał wprost — zniknione.

XXVIII

A wtem przyleciał giermek zadyszany

1305

I te wyrazy z ust wyrzucił skore[58]:

«Panie! Ogromny znak jest ukazany!

Na niebie miotła płomienista gore»…

Jam zbladł: i kostur wyrwawszy ze ściany

(Sądząc, że widzę ducha albo zmorę,

1310

Która mi wróżbę nieszczęśliwą szczeka),

Na wskroś przeszyłem w pierś tego człowieka.

XXIX

A sam wybiegłem na ganek od

kryty,

Z którego widok szedł po okolicy,

Na drżące wielą gwiazdami[59] błękity,

1315

Poddane jednej, ogromnej gwiaździcy…

Ta jako wielki miecz z pochew dobyty

Karbunkuł[60] miała czerwony w głowicy;

A ten się błyskał i mienił na zarzy

Jak oko w ducha niewidzialnej twarzy.

XXX

1320

Wtenczas… w tej gwieździe oczyma usiadłem

I mocowałem się z nią jak z szatanem:

Truciznami ją serdecznymi jadłem,

Trawiłem jadów duchowych gryszpanem.

Więc czasem ona… a czasem ja bladłem.

1325

Ażem nareszcie padł… jednem kolanem

Przyklękły… dysząc… przejasnymi świty

Jak rycerz w szrankach dzidą w pierś przebity.

XXXI

I obaczyłem w gwiaździe niby znamię

Ognistsze… powiek mgnięcie i błysk oka:

1330

Wtenczas uczułem, że mi ducha łamie

Na wieki jakaś moc straszna, głęboka.

Więc obróciwszy ku ludziom przez ramię

Twarzy i palcem ognistego smoka,

Który w niebiosach wił jasnym ogonem,

1335

Wskazując, rzekłem: «Przyszła z moim zgonem

XXXII

Kometa». I tu, coraz bardziej blady

I mieszając się już, rzekłem ponuro:

«Świat zwyciężyłem! i oto są ślady,

Żem duch mający moc nad tą naturą!

1340

Gwiazdy tę gwiazdę wysłały na zwiady,

Czym żyw? czy jeszcze okryty purpurą

Czynię rzecz króla, człowieka i zboja?

Niebo się zlękło o świat. — To śmierć moja.

XXXIII

Idźcie… Już więcej nie jesteście sługi

1345

Mojej wściekłości, lecz rycerze twardzi.

Kupiłem naród krwią… i nad jej strugi

Podniosłem ducha, który śmiercią gardzi.

Niejeden sobie wieśniak wieczór długi

Umili pieśnią i tem się rozhardzi,

1350

Że będzie o swych ojcach przypominał,

Jak śmiało na śmierć szli, gdy król wyrzynał!

XXXIV

Co do mnie, jam jest bicz okropny, boży,

I będę cierpiał, co mi przeznaczono.

Za chwilę jednę otchłań się otworzy!

1355

Piorun rozerwie moje wielkie łono!

Wściekłoście… jak psy spuszczone z obroży!

Żądze jak słońca ogniste rozpłoną!

Ogromne ze mnie na wiatr pójdą cienie,

Wszechmiłość zmyta w krwi i wszechcierpienie!

XXXV

1360

Duch mój odpowie. Lecz wy jak dzieciątka,

Jak białych jagniąt jesteście gromada.

Wszystko, com czynił, szło z jednego wątka

I cały ciężar zbrodni na mnie spada.

W kurhanach tylko zostanie pamiątka

1365

I w pieśni długiej wędrownego dziada,

Żem żył. Chwasty mi porosną na grobie.

Inny was anioł rozmiłuje w sobie…

XXXVI

Ale po latach!» — Chciałem mówić więcéj[61],

Wtem się zaczęła kości targanina.

1370

Przez ołowiany kaptur sto tysięcy

Szkło iskier… topniał na mnie drut i cyna.

Chciałem zachować dumny kształt książęcy,

Lecz tak pękałem się jak w ogniu glina.

Oczy się chmurą zasłoniły czarną

1375

I duch się cały skupił w jedno ziarno.

XXXVII

Nic więcej. Straszne zaćmienie i głusza!

Na sercu ręki bożej położenie;

Docisk ostatni, pod którym się dusza

Pękała w skazy, a wzrok szedł w sumienie.

1380

Więc jako robak, co się w ogniu rusza,

Tak ona, póki w ustach było tchnienie,

Leżała na dnie swej serdecznej plamy,

Aż Bóg otworzył jej — wieczności bramy.

XXXVIII

Taki był koniec mojego żywota,

1385

Śpiewany długo w kraju przez rapsodów,

Którzy nie doszli, w czym była istota

Czynów? w czym wyższość od rzymskich herodów?

Nade mną była myśl słoneczna, złota,

Do niej moc ciemnych, okrwawionych wschodów

1390

Wiodła mię prosto w złotych celów progi.

Jam szedł jak rycerz krwawo — i bez trwogi.

XXXIX

Życie dźwięczało w każdej ducha strunie,

Moc słychać było w każdym moim kroku;

Choć być na takiej drodze? lepiej w trunie[62]!

1395

Choć z myślą taką? lepiej z włócznią w boku!

Prędzej czy później? deszcz piorunów lunie

Na orła, który słońce miał na oku;

Na mnie — żurawia z wyciągniętą szyją

W przyszłość — pioruny boże jeszcze biją…

XL

1400

Ale przeze mnie ta ojczyzna wzrosła,

Nazwiska nawet przeze mnie dostała

I pchnięciem mego skrwawionego wiosła

Dotychczas idzie: Polska — na ból — skała…

Falą ją druga nieraz z drogi zniosła

1405

I duch jej święty poszedł w kwiaty ciała

Bezwonne, martwe; lecz com ja wycisnął

Pod krwią, tem zawsze zwyciężył, gdy błysnął!

XLI

Śpijże mój kształcie pierwszy, z ducha zdjęty,

Świecący w dali jak księżyc na nowiu;

1410

Upiorny, za krew wylaną przeklęty,

W koszuli z drutów i w czepcu z ołowiu.

Klątwa na ciebie! jak na dyjamenty,

Na bazaltowe kolumny w pustkowiu

Pierwszej natury z ducha budowane,

1415

W ciemność i w chmury, i w piorun ubrane.

XLII

Lecz ja na tobie nogę postawiłem

I dalej szedłem; a jużem był boży.

Morza się cofną, góry pójdą pyłem

I świat się komet deszczami zatrwoży,

1420

Gdy duchem spełnię, co ciałem spełniłem.

Duch ukazany w pierwszej świata zorzy,

Któremu Pan Bóg swych zasłon uchyla,

A lat tysiące są jak jedna chwila.

1846.

*

Przypisy

[1]Her Armeńczyk — Obacz w Platonie pełną tajemnic ducha powieść o Herze Armeńczyku, na końcu dzieła pt. Rzeczpospolita. [przypis autorski]
[2]wid — dziś: zwid, widzenie; obraz.
[3]piołun — roślina o właściwościach leczniczych, stosowana również do wyrobu alkoholi oraz jako przyprawa; charakteryzuje ją przysłowiowo gorzki smak (por. gorzki jak piołun) i silny zapach; zażywana w postaci wywaru lub palona wykazuje lekkie działanie psychodeliczne.
[4]utroskany — dziś: zatroskany.
[5]Styks (mit. gr.) — rzeka w Hadesie, przez którą Charon przewoził umarłych.
[6]letejska woda (mit. gr.) — woda pochodząca z rzeki Lete w Hadesie; po jej wypiciu zmarli zapominali o przeszłości.
[7]Niemen — rzeka płynąca przez Białoruś, Rosję i Litwę.
[8]kędy (daw.) — gdzie.
[9]Atalanta (mit. gr.) — królewna porzucona przez ojca, który chciał mieć tylko męskich potomków; sławna łowczyni i biegaczka; niechętna małżeństwu, kandydatom na męża stawiała warunek, by ją zwyciężyli w biegach; udało się to dopiero Hippomenesowi, ponieważ Atalanta dała mu się wyprzedzić; bieg Atalanty: niezwykle szybki bieg.
[10]Orfeusz (mit. gr.) — syn boga Apollina i muzy Kalliope, uważany za twórcę orfizmu i metempsychozy, śpiewem oraz grą na lirze ujarzmiał przyrodę. Jest symbolem miłości silniejszej niż śmierć, ponieważ odważnie wszedł do Tartaru, by odzyskać swoją zmarłą żonę, nimfę Eurydykę. Oczarował wszystkich grą i śpiewem tak, że Hades zgodził się oddać mu żonę pod warunkiem, że Orfeusz nie obejrzy się za siebie, dopóki nie opuści Tartaru. Jednak przed samym wyjściem, przeczuwając, że Hades mógł go oszukać, obejrzał się i tym samym stracił Eurydykę na zawsze. Odtąd wyrzekł się kobiet i zrozpaczony tułał się po świecie.
[11]Ulisses (mit. gr.) — inaczej: Odyseusz; przebiegły król Itaki, autor pomysłu na konia trojańskiego; po wojnie trojańskiej wracał do żony, Penelopy, przez 10 lat tułając się po świecie.
[12]którąm (…) poznał — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika: którą poznałem.
[13]Numidia — starożytny kraj w płn. Afryce, bardzo urodzajny, zamieszkały przez koczownicze plemiona berberyjskie, zwane przez Rzymian Numidami; kraina zdobyta kolejno przez Rzymian, Wandalów i Arabów.
[14]Irys (mit. gr.) — posłanka Bogów, oznajmiała ich polecenia; potrafiła stworzyć tęczę oraz latać szybciej niż Hermes, przedstawiana ze złotymi skrzydłami i w kolorowej sukni.
[15]kobiéta — daw. forma z é (tzw. e pochylonym), tu: wymawianym jak i.
[16]truna (daw.) — trumna a. więzienie.
[17]przymiot (daw.) — zaleta; cecha pozytywna.
[18]stanieć — skrócone od: stanie ci.
[19]blachman (z niem. Blachmal: płaska plama, szumowiny na srebrze) — bielmo.
[20]kurhany — rodzaj mogiły w formie kopca.
[21]wstajcie — dziś popr. forma: wstawajcie.
[22]krainy zaświatne — zaświaty.
[23]przerażon — skrócone od: przerażony.
[24]strzępie — dziś popr. forma: strzępy.
[25]ścierw — dziś popr. forma: ścierwo.
[26]pający — dziś popr. forma: pająki.
[27]Amfitryta (mit. gr.) — żona Posejdona, wraz z nim sprawowała władzę nad morzami; bogini uosabiająca piękno morza.
[28]scheda — całość lub część dziedziczonego majątku.
[29]Andromeda (mit. gr.) — królewna etiopska poświęcona w ofierze dla przebłagania Posejdona zagniewanego na jej matkę (która pyszniła się, że jest piękniejsza od Nereid), została przykuta do skały i pozostawiona na pożarcie Ketosa, potwora morskiego; w ostatniej chwili uratował Andromedę Perseusz, zabijając potwora.
[30]Sybilla (mit. gr.; mit. rzym.) — wieszczka przepowiadająca przyszłość.
[31]winować (daw., gw.) — winić; obarczać winą.
[32]Diana (mit. rzym.) — bogini płodności, przyrody, łowów, księżyca; początkowo czczona w gajach.
[33]świéca — daw. forma z é (tzw. e pochylonym), tu: wymawianym jak i.
[34]uraganny — dzis: huraganowy.
[35]barbarzyniec — dziś popr.: barbarzyńca.
[36]grenada — owoc granatu.
[37]porównywałem dwie głów — dziś popr. składnia: porównywałem dwie głowy.
[38]Kiejzar (z łac. i niem.) — Kajzer, cesarz; władca.
[39]obzierać się — oglądać się.
[40]zbójce — dziś popr. forma: zbójcy.
[41]roztruchan — kielich.
[42]niewód — rodzaj sieci do połowu ryb.
[43]miesiąc (daw.) — księżyc.
[44]świéce — daw. forma z é (tzw. e pochylonym), tu: wymawianym jak i.
[45]roki — coroczne sądy.
[46]ukowany — ukuty, wykuty.
[47]natchnięty — dziś popr.: natchniony.
[48]świécy — daw. forma z é (tzw. e pochylonym), tu: wymawianym jak i.
[49]boleśniéj — daw. forma z é (tzw. e pochylonym), tu: wymawianym jak i.
[50]omamion — skrócone od: omamiony.
[51]niéj — daw. forma z é (tzw. e pochylonym), tu: wymawianym jak i.
[52]rapsody — dziś popr. forma: rapsodowie.
[53]dziécię — daw. forma z é (tzw. e pochylonym), tu: wymawianym jak i.
[54]wykować — wykuć.
[55]oświecon — skrócone od: oświecony.
[56]kobiéta — daw. forma z é (tzw. e pochylonym), tu: wymawianym jak i.
[57]widziadły — dziś popr. forma (N.lm): widziadłami.
[58]skory — szybki.
[59]wielą gwiazdami — dziś: wieloma gwiazdami.
[60]karbunkuł (daw.) — kamień szlachetny, rubin lub granat.
[61]więcéj — daw. forma z é (tzw. e pochylonym), tu: wymawianym jak y.
[62]truna — trumna a. więzienie.


Życzenia świąteczno-noworoczne od SSŚŚŚ na Kraczun/Kroje/Szczodre Gody 2014 roku

$
0
0

z Christmas_010Kiedy przychodzi ten dzień składania Wam, Drodzy Moi, świątecznych i noworocznych życzeń Wszystkiego Dobrego i Szczodrych Godów, Wesołego Kraczuna, Udanej Kolady-Kołodaru, Jasnych Krojów i Krótkiego Słońcestania – co niniejszym czynię – nareszcie mogę sobie pozwolić nie tylko na szczyptę romantyzmu, ale i sentymentalnego kiczu. Dzisiaj zmieszamy te dwa składniki z prawdziwym malarstwem i cofniemy się w nostalgiczny czas XIX wieku, by otrzymać smakowitą świąteczną strawę.

Jednakże na sam początek, całkiem na poważnie zapraszam do artykułu na kolejny słowiański blog Polska Słowiańska, tym razem na Facebooku, po tożeby wejść łagodnie w świąteczne nastroje. U nas fragment , więcej na FB:

 

1528688_738834969532181_7364179239619766003_nSZCZODRE GODY !!!

W dawnych czasach nasi przodkowie byli wyznawcami przyrodzonej i naturalnej kiedyś na całym świecie Wiary Przyrody. Przyroda była dla nich dowodem aktywności boskich sił. Ale i sama w sobie przyroda miała Boską Naturę.Wszystko co żywe , posiadało własnego ducha i powiązane było z bogiem/bogami.
Święta u Słowian były związane z rocznym cyklem życiodajnego Słońca.
Słowianie czcili Słońce jako życiodajną siłę – jego ciepło i światło docierające do Ziemi.

Na tysiące lat przed „nowoczesną” współczesną nauką mieli świadomość, że bez Słońca nie byłoby życia na Ziemi.
W wędrówce Słońca dookoła naszej Matki Ziemi wyróżniają się cztery dni w roku. Są to obie równonoce – wiosenna i jesienna oraz letnie i zimowe przesilenie. W tym właśnie czasie przypadały cztery ważne słowiańskie święta.
Równonoc wiosenna znana była jako, Jare Gody, podczas obchodów żegnano zimę ciesząc się z ponownego budzenia się do życia przyrody po zimowym śnie.

Obrzędy witania budzącej się wiosny były różnorodne i trwały kilkanaście dni. Do pogańskich obrzędów zaliczamy m.in. malowanie pisanek, polewanie się wodą, palenie ognisk nad wodą, pierwsze siewy ziarna. Znanym obrzędem witania wiosny, który przetrwał do dzisiaj, jest topienie Marzanny/Mareny.
Letnie przesilenie radośnie świętowano jako Noc Kupały-odpowiednik dzisiejszej nocy świętojańskiej.Tańczono i śpiewano przy ogniskach spożywając pitny miód.
Równonoc jesienną świętowano we wrześniu, także przez wiele dni. Celem tych obrzędów było głównie podziękowanie bogom za plony. Ten słowiański zwyczaj przetrwał do dzisiaj jako dożynki.

Czwarte święto solarne to zimowe przesilenie 21-22 grudnia, po którym nocy powoli ubywa a dni stają się dłuższe, nazywane Szczodrymi Godami, obchody zwykle trwały kilka dni. Podczas tych świąt spożywano uroczyście przyszykowane pokarmy, połączone z wróżbami, śpiewami i tańcami. Szczególnie baczną uwagę przywiązywano w tym czasie do czczenia Słońca, oświetlające naszą Matkę Ziemię,którą w Słowiańskim Panteonie jest Bogini o imieniu Mokosz.
To właśnie w tym czasie światło zwycięża nad ciemnością, jest to symboliczny moment, w którym zaczyna przybywać dnia, a najdłuższej nocy ubywać. Światło słoneczne przynosi ludziom nadzieję i optymizmem. Słońce ponownie odzyskuje panowanie nad światem. Kończy się stary cykl – a rozpoczyna nowy. Podczas tej najdłuższej nocy,rozpalano ogniska ,by pomóc Słońcu w jego walce z ciemnością zimy.
W czasie Szczodrych Godów nie zapominano również o zmarłych przodkach, paląc na cmentarzach ogniska i urządzając przy grobach obrzędowe uczty,podczas których wspominano zmarłych przodków.- „Dodatkowy talerz dla przypadkowego gościa w kulturze tradycyjnej rozumiany był jako miejsce dla przybysza z zaświatów” – mówi etnograf dr Zuzanna Grębecka z Uniwersytetu Warszawskiego.

z boncza-powrotWładysław Bończa-Rutkowski – „Powrót z kościoła zimą”, 1901, olej na płótnie

Życzę Wam byście wszyscy, dosłownie WSZYSCY zrealizowali swoje najbardziej skryte, dziecinne marzenia nie oglądając się na fakt, że jesteście już często bardzo, bardzo dorosłymi, a czasem nawet bardzo starymi dziećmi.

z Albert Moerman (1808 - 1856)Albert Moerman (1808 – 1856)

z Barend Cornelis Koekkoek (1803-1862) 03Barend Cornelis Koekkoek (1803 – 1862)

 

67Julij Klevier – Odwilż (Rosja)

z Christmas_021

konarski-trojka

J. Konarski (Alfred Wierusz-Kowalski?, Polska) – Trojka

z Barend Cornelis Koekkoek (1803-1862) 02Barend Cornelis Koekkoek (1803 – 1862)

z Barend Cornelis Koekkoek (1803-1862) 01Barend Cornelis Koekkoek (1803 – 1862)

 

z boncza-scenaWładysław Bończa-Rutkowski – „Scena przed dworkiem zimą”, 1904, olej na płótnie

Lesniczowka_zima_mszcz30Marek Szczepanik  (Polska) – Leśniczówka zimą

 

z Christmas_028-

z Christmas_023

z Christmas_035

 

j-konarski-sanna-_1499J. Konarski (Alfred Wierusz-Kowalski?, 1849 – 1915, Polska) – Przejażdżka

z Adrianus Eversen (1818-1897) 01Adrianus Eversen (1818-1897)

 

Chmielinski - Zima w WarszawieWładysław Chmieliński (Stachowicz) [1911-1979] – Zima w Warszawie

z Алексей Кондратьевич Саврасов (1830—1897) 2Алексей Кондратьевич Саврасов (1830—1897)

 

z Walter Moras (1856 - 1925) 04Walter Moras (1856 – 1925)

z Albert Moerman (1808 - 1856)Albert Moerman (1808 – 1856)

chmielinski-wild2Władysław Chmieliński (Stachowicz) [1911-1979] – Sanna

 

z Иван Константинович Айвазовский (1817-1900) 1Иван Константинович Айвазовский (1817-1900)

z Алексей Кондратьевич Саврасов (1830—1897) 1Алексей Кондратьевич Саврасов (1830—1897)

z Christmas_012

 

z Barend Cornelis Koekkoek (1803-1862) 02Barend Cornelis Koekkoek (1803-1862)

z Christmas_325_Donna Race

 

z julij klever (1850-1924) 04Julij Klevier (1850 – 1924)

 

z Christmas_360_Donna+Race

Donna Race – Pani Dzikiej Zwierzynyz Christmas_362_Donna+RaceDonna Race – Pani Boru i Pani Dzikiej Zwierzyny

 

z Christmas_368_Donna RaceDonna Race

konarski-sleighJ. Konarski (Alfred Wierusz-Kowalski, Polska) – Sanna

 

z Christmas_425_Luis Romero

Luis Romero (Hiszpania, 1916-2009)

z Christmas_426_Luis Romero

Luis Romero (Hiszpania, 1916-2009)

 

 

z Christmas_427_Luis RomeroLuis Romero (Hiszpania, 1916-2009)

 

z Christmas_432_Luis RomeroLuis Romero (Hiszpania, 1916-2009)

 

z Christmas_424_Alexander VolkovAleksander Vołkov

z Christmas_423_Alexander VolkovAleksander Vołkov

z Christmas_388_Ruth SandersonRuth Sanderson

 

 

z Christmas_419_Mark Keathley

Mark Keathleyz Christmas_417_Mark Keathley

Mark Keathley z Christmas_414_Mark Keathley

Mark Keathley

z Christmas_435_Christa KiefferChrista Kieffer

z Cornelius David Krieghoff (1815 – 1872) 1Cornelius David Kriekhoff

z Hendrick Avercamp (1585-1634) 005

 

Hendrick Averkamp

z Hendrick Avercamp (1585-1634) 008

Hendrick Averkamp

z Hendrick Avercamp (1585-1634) 011Hendrick Averkamp

 

z Christmas_345_Donna RaceDonna Race

Christmas_396_Wiktoria Borsukova z rodżestwiemWiktoria Borsukova (Rosja)


Czesław Białczyński –„Borowczycy”– fragment powieści „Z Królestwa Sis – Tomirysa i Czaropanowie”

$
0
0

[UWAGA: Tylko dla Dorosłych (15+)]

© by Czesław Białczyński

las szt 1230403972Du46d22 Borowczycy

 

Tamara przemieszczała się powolnym krokiem przez pobojowisko jakim stało się miejsce uczty. Słońce dawno już wyszło ponad postrzępioną krawędź gór na wschodzie. Ją samą zbudził tętent wierzchowca. Zdziwiła się, tak szybkiemu porannemu przejazdowi wywiadowcy. – Jakby uciekał przed duchami gór? Wychyliła twarz przez okienko. To była Ludmiła, wracająca z rekonesansu. Nie miała ochoty wysłuchiwać tej butnej księżniczki znad Wiady zwanej też Odrą-Obdzierą, albo Sławuną. Podniosła się z łożnicy i poszła pod Zapis. Nie wiedziała, że pilnie śledzi każdy jej ruch Okrasa. – Te orgie – pomyślała patrząc na rozrzuconych w bezładzie śpiących na powietrzu, a właściwie splecionych bez przytomności w dziwnych konfiguracjach ludzi, staną się kiedyś przyczyną naszej klęski. Trzeba zerwać z tym archaicznym obyczajem „gościny do upadłego”. To była jej zdaniem pozostałość jakiegoś cieżkiego czasu ludzkości, wielkiego niedostatku, wręcz śmiertelnego głodu. Musiało to być potężne zdarzenie zagrażające całej populacji ziemskiej, które odcisnęło się w zbiorowej podświadomości na setki pokoleń. Ucztowanie było czczeniem jadła i napitku, oddawaniem czci odurzeniu i rozpuście. Rozpuście, która dawno temu musiała zapobiec jakiemuś wielkiemu wymarciu. Teraz jednak, choć także, groziło ludzkości obecne pośród niej podstępne, zabójcze „zło”, nikt jego obecności nie zauważał. To czego dotknęła mentalnie podczas Przejścia stanowiło esencję „zła”. Co złe dla ludzi nie musiało być oczywiście złe dla planety, ani dla Bogów, ani dla samych sprawców owego zła. Ale ona była człowiekiem i przyszło jej , jako człowiekowi, stanąć temu Czemuś na drodze. Pluła sobie w brodę, że powiedziała: Tak! Undyna była od niej sto razy mądrzejsza. Zobaczyła przyjaciółkę opartą o pień Zapisu, z trzema kochankami oplecionymi niczym tęgie powoje wokół jej silnych ud. Nie poczuła ukłucia zazdrości, ani nie zganiła służki w myślach za to, że żadnym z tych trzech, z którymi oddawała się rozkoszy, nie był Darwan. Darwan gdyby tutaj był może poczułby i jedno i drugie. Ale Darwan mocno podpity, pociągnięty przez którąś z Nawojek i tutejszą, kamieńską piękność, wcześnie powędrował ku domostwu na skraju kamiennego kręgu. Był czas na rozpustę i czas na małżeństwo, czas kiedy beztroskie dzieciństwo kończyło się Przejściem w Swodobę Dorosłości, a potem Przejściem w Dojrzałość do Założenia Rodu, czyli Swadźbą, Małżeństwem, Ożenkiem. Wreszcie nadchodził czas zbudowania własnego gospodarstwa, a potem to już jesień… i zima. Undyna uśmiechnęła się przez sen i zabawnie zmarszczyła piękny nos, na którym usiadła malowana zielonołyskiem mucha. Tamara pochyliła się nad przyjaciółką i odgoniła muszysko, po czym pogładziła z miłością jej policzek. Wyprostowała się. Nagle poczuła tę zimę w sobie, chociaż powietrze było gorące, jak to na południe od gór. Okrasa zauważył jak się przygarbiła, więc natychmiast zmusił swoje stopy do ruchu i podniósł się od stołu. Okno jego skromnego lokum wychodziło prosto na Zapis. A on przemedytował samotnie, nie wychyliwszy ani garnca miodu, ani szklanicy piwa, całą noc. Rozmyślał co też jest tam zapisane w tym odwiecznym drzewie. Kto właściwie był założycielem tego miasta Kamiennego Jaja? Ludzie czy jakieś inne prastare istoty? Czy pośród słojów tego drzewa przesnuwała się także nieć jego żywota? Czy podążała wysnuta z korzenia przez wszystkie konary i gałęzie ku zielonemu wierzchołkowi, czy też urywała się w połowie, nie wydawszy owoców? Wstał pośpiesznie. Ciało poruszało się za jego myślą z nieznacznym opóźnieniem. Jakby magia potrzebowała czasu żeby zebrać roje komórek organizmu do ponownej jedności i działania, w zgodzie z wolą człowieka. Nie mógł dopuścić, aby ksieżniczka się martwiła.

 

- O czym rozmyślasz moja piękna pani – usłyszała ukochany głos zza ramienia. Obróciła się natychmiast ku niemu z promiennym uśmiechem, który miał znaczyć nie tylko „kocham cię”, ale też „nic mi nie jest”. I jeszcze „trzymaj się, choć wiem, że nie żyjesz”! Nie! Tego ostatniego nie było w jej wzroku ani w uśmiechu. Ona była przekonana, że w Carodunie, albo w Dziewięciu Kręgach ożywią go, znajdą dla niego ratunek. Inaczej skoczyłaby ze skały, tam w górach, tak, ze Skały Tronu. Bez zastanowienia. Ale po co żyć teraz, kiedy nigdy z nim już nie będzie. Nie dorobią się wspólnych dzieci ani domu….

Jej wzrok pociemniał jak głęboka woda. Uchwycił szybko jej dłoń i pociągnął ją za sobą. Jemu także nie robił dobrze widok szczęśliwych, beztroskich ludzi, splecionych w uścisku rozkoszy. Nie zazdrościł im, że korzystali z życia we właściwy sposób dla ich wieku i stanu. W ich wypadku z tej pozornej zabawy rodziła się konkretna przyszłość, a on nie czuł żadnej przyszłości przed sobą. Żywy trup.

- Pół dnia zajmie nam porządkowanie Materii Istu – rzekł pośpiesznie kierując jej myśli ku organizacji dalszej wyprawy. Ruszyli w stronę gospody, gdzie czuwały pod wodzą Aganiszki Nawojki strzegące czystości ścieżek mentalnych tutejszych dowódców i wojta. Tam także znajdowali się stróżujący przy lęgamie Pałkini i Bierygowie pod wodzą Krzesimira i Gęby z Rawy. W zagrodzie gospody panował ruch. Dojono kozy i pojono konie, wyklepywano masło i wyciskano wonne sery z ziołami. Pieczno chleb, którego piękny zapach unosił się wokół wielkiego na trzy piętra domostwa.

- Tak – odpowiedziała mu – Nie wyjedziemy dzisiaj. Spuszczenie ich z łańcucha w nocy to też nie najlepszy pomysł. Na szczęście nie będzie już więcej ucztowania, więc jutro o świcie powinniśmy być gotowi.

Widok kręcących się po zagrodzie i po gospodzie uśmiechniętych ludzi był pokrzepiający i na twarzach ich obojga zagościł uśmiech. W dużej sali na parterze zastali Roga Warsza. Rozmyślał dokładnie o tym co i oni. I tym się z nimi podzielił. Urządzanie materialnej przestrzeni przy pomocy mogtowiji to nie było żadne jakieś tam „pstryk i po ptokach”! Skoro zdecydowali się wziąć na hol mentalny cały gród, to nieustannie kilkanaście nawojek pracowało w więzi z tutejszymi wojownikami. Zwykłej energii przestrzeni materialnej musiano przeciwstawić równoważną, a właściwie nieco większą moc energii pozaprzestrzeni duchowej. Obie one miały przeciwny ładunek energetyczny. Nie dało się teraz z nagła, jednym pstryknięciem palców wyłączyć tego mechanizmu. Energia czaru była prawdopodobnie tak duża, że cały ten gród wyleciałby w powietrze od tego pstryku przeciwmaterii. Jutro o poranku znaleziono by tutaj prawdopodobnie kupę bezładnie rozrzuconych kamieni i kilka osmalonych trupów, a także duży jak jezioro lej po reszcie, która wyparowała. Operacja „uwalniania”, czyli perswazji mentalnej połączonej ze zmniejszaniem antymaterialnego wkładu energii w czar, musiała zająć pół dnia o ile nie dłużej.

- Czary Mary, Dyj-Bełt Stary, Łap Ogary, Panie Kary. – wyrecytował dziecinną rymowankę Rah Warsz – Nie bez powodu nam to wbijali do łbów od malutkiego. To nie żarty!

Z ożarem powstałym w wyniku zastosowania niematerialnej energii naprawdę nie było śmichów-chichów.

 

Wisztaspęta zmierzał dostojnym krokiem do sterfy czerwonej pałacu, zarezerwowanej dla Króla Królów. Nie wiedział na pewno, ale przypuszczał, w jakim celu wzywa go Władca Świata. Przeczuwał, że nadeszły wieści z Gór Czarnych Kauków. Pierwsza część wielkiej intrygi została wypełniona. Był przekonany, że zaplanowane podwójne zabójstwo powiodło się. Gdyby nie, wykrywszy spisek, już dawno zawleczono by go do kazamat pałacu i zdarto zeń skórę. Skoro nie żyli ci dwaj, Arda Złoty i Wijrak z Opasu, teraz prawie wszystkie klucze do władzy w pałacu znalazły się w rękach Wisztaspęty. Zamierzał bez ogródek zaproponować władcy by uczynił jego syna, Ortana głównym magiem imperium. Tylko Wisztaspęta znał teraz tajemnicę oraszlaki. Czyż król królów mógł mu odmówić?! Ardaban był starszy od Ortana, ale tutaj wielkie znaczenie miała magia, moc przeznaczenia. Czyż samo imię Tańczący z Orem, Władający Orem nie było proroczą wróżbą, którą Kirus Wielki miał teraz szansę po prostu, małym kiwnięciem palca, spełnić? Jaki władca w tych czasach oparłby się swojej próżności, gdy bieg wypadków sam z siebie buduje wokół niego legendę boga na ziemi, tego który zstąpił z Niebios namaszczony przez samego Oro-Mądra – Ahura Mazdę. Wisztaspęta zatrzymał się w gwieździstym holu gdzie zbiegało się osiem korytarzy pałacowych, a po środku stał mały ołtarzyk. Stanął przed dnim i złożył ręce jak do modlitwy. Skłonił głowę. Ukląkł przed bóstwem. Na klęczniku stało małe srebrne naczynie z kadzidłem. Otworzył je i wsypał kilka ziarenek w migoczący wieczny płomień. Mocny zapach nardu i mirry rozszedł się w powietrzu. Nie wypowiedział jednak żadnych słów. W głowie miał zamęt. Za nic nie potrafił utrzymać spokojnej, wewnętrznej samokontroli, potrzebnej do skutecznych modłów do bóstwa. Poczuł nagle, że posępna groza czai się w pałacu. Kirus Wielki wydawał się być odległy, zajęty niezrozumiałymi problemami. Zdumiewająco się ostatnio postarzał, jakby jego siły witalne wysysała jakaś urojona pijawka. Niektóre z jego dekretów zupełnie nie zgadzały się z linią jego dotychczasowego panowania. Momentami wydawało mu się , że duch innej osoby patrzy jego przygasłymi oczami, mówi jego wolnym, chropawym głosem, czy gryzmoli rozchwiany podpis na podyktowanych przed chwilą dokumentach. A przecież król królów nie był wcale starcem. Ostatnio na przykład zezwolił Jugijczykom i Ziemitom na powrót do Syrej Ziemi! Swego czasu Skołoci z Północy wygnali ich przecie z tegoż kraju nad Morzem Sporów, głęboko w pustynię perską. Nie bez powodu. Głosili herezję i wszczynali bunty na podstawie odszczepieńczej Księgi Kobyły. To było ze strony Kirusa pociągnięcie niepolityczne, nierozsądne, bo Widan z Trysu nad Dunajem dobrze wiedział co robi przeganiając ich na cztery wiatry! To co głosili było sprzeczne nie tylko z Wiarą Przyrodzoną, ale także z naukami Zoroastra. Wywyższali się ponad innych, tak samo jak Żarzduszt-Zoroaster wywyższył Czcicieli Ognia. Mieli się za jedynych obdarowanych Łaską Pana. Oni i tylko oni. Resztę ludzi traktowali jak śmiecie, z najwyższą pogardą… Do tego wszystkiego te straszne sny o krwi… Rozpoczął modlitwę:

- Mitro, Panie nasz, obrońco domu Achemenidów, miej w opiece mnie, syna Orsama, ostojo łaski i sprawiedliwości, który niegodziwość i okrucieństwo przemieniasz w cnotę, pomóż mi w godzinie potrzeby! Co mam teraz uczynić potężny Władco Światła! Wstając otworzył złotą szkatułkę stojącą na klęczniku obok naczynia z kadzidłem i wyjął tuzin cienkich patyczków z drzewa sandałowego. Niektóre z tych magicznych pałeczek były krótkie, inne długie, jedne proste a inne zakrzywione i powyginane. Cisnął je wszystkie na dawan przed ołtarzem. Wisztaspęta wpatrzył się w plątaninę na wyszywanym bajnym wzorze złożonym ze znaków magicznych. Jego oczy nagle zaokrągliły się ze zdumienia. To wszystko razem ułożyło się w słowo! Nagle w korytarzu wiodącym od komnat jego haremu pojawił się Jamaspęta, jego najważniejszy doradca z Bałchu nad Bałchaszem, którego tutaj ze sobą przywiózł jako szambelana. Biegł w rozwianej szacie klapiąc sandałami o posadzkę i wymachując do Wisztaspęty rękami. Satrapa zgarnął pospiesznie napis i włożył patyczki do pudełka. Starannie ustawił je na klęczniku. Tymczasem Jamaspęta dobiegł do niego ledwo łapiąc powietrze. Otwierał usta niczym ryba jednocześnie chcąc coś powiedzieć i zaczerpnąć tchu, co nie dało się pogodzić.

- Spokojnie szambelanie – położył mu rękę na ramieniu i mocno uścisnął, co natychmiast uspokoiło Jamaspętę. – A teraz mów, po kolei. Ale składnie, bo król królów mnie oczekuje i nie mam już czasu do stracenia.

- Pobiły się panie, i jedna oblała dziecko drugiej wrzątkiem?

- Kogo, syna?

- Nie, córkę.

Wisztaspęta odetchnął głęboko uspokojony tą wiadomością.

- Które to?

- Nie będziesz zadowolony panie.

- Mów! – spojrzał posępnie.

- Twoja trzecia żona Oda zrobiła to najmłodszej oficjalnej żonie Rodogunie.

- Znowu matka Ortana?! Weź i wyrznij je obie, razem z ich wszystkimi dziećmi, na pustynię i niech tam zdychają bez ludzkiej pomocy! Prócz Ortana, rzecz jasna!

- Ależ panie, z Rodoguną masz pięciu synów, a z Odą siedmiu. Z urodzenia przynależą do Gwardii Nieśmiertelnych Kirusa.

- Dobrze. Wywal je razem z ich córkami! Najlepiej puść je na ruchome wydmy, niech znikną mi z oczu raz na zawsze. Mam powyżej uszu ich ciągłej rywalizacji. I do tego teraz, kiedy toczę tutaj jedno z najbardziej skomplikowanych przedsięwzięć, które wymaga wsparcia i jedności zadrugi! To będzie doskonały przykład dla całego haremu.

- Panie, ale Oda pochodzi z Jugii! To nie spodoba się królowi królów…

- Masz wolną rękę. Potraktuj je jak mój podarek dla ciebie, jak niewolnice. Uwięź je gdzie chcesz, byle razem w jednym obwarze. Razem z córkami! Synowie mają pozostać przy mnie. I niech się nawzajem pozagryzają.

Powiedziawszy to Wisztaspęta odwrócił się i ruszył szybko korytarzem do króla króli, któremu i tak kazał już za długo oczekiewać na siebie. W głowie dudnił mu tylko jeden wyraz. Słowo w które ułożyły się wróżebne patyczki. Darjusz. Jamaspęta stał nieruchomo i zdawało się, że przestał oddychać odprowadzając władcę wzrokiem. Poruszył się dopiero gdy zniknął on za złoconymi drzwiami królewskiej części pałacu. Czy Wisztaspęta mówił serio, czy też to tylko chwilowa wściekłość spowodowała tak okrutne polecenie. Po głębokim namyśle doszedł do wniosku, że satrapa miał zbyt przeciążony umysł. Postanowił poczekać do wieczora i jeszcze raz omówić z nim tę kwestię. Najmłodszy syn Rodoguny, Darjusz był wszak ulubieńcem Wisztaspęty, a sam Kirus trzymał go w rękach podczas ceremonii nadania imienia! Niesłychane! Wisztaspęta musiał na chwilę postradać rozum.

 

Audiencja przebiegła zgodnie z przewidywaniami bałchańskiego satrapy, który sztukę aktorstwa opanował do perfekcji jeszcze za młodu, gdy uczono go cyrkowych sztuczek magicznych. Uwielbiał cyrk i teatr. Od małego ćwiczył się w poskramianiu tygrysów, wilków i roztaczaniu przed publiką fałszywych wizji zwanych iluzjami. Pseudomagia była oszustwem, ale Wisztaspęta opanował też w podstawowym stopniu zasady prawdziwej magii, na tyle by wiedzieć jak władać choćby głosem. Oczywiście król królów także był tego świadom. Nigdy podczas audiencji nie opuszczało go czterech wytrawnych magów. Jednak władca Bałchszu i Bogotroji potrafił oszukać ich wszystkich odkąd sprzągł się z Tymi Których Spotkał w Bajanii. Na myśl o tym spotkaniu zawsze dostawał dreszczy. Tak wielkiego skrzystego statku nie widział nigdy w życiu i wiedział, że już nie zobaczy. Czy była to słynna Starożytna Strzała? Najpewniej to ona! Zatem jest teraz sprzęgnięty z tymi, o których pisano na Kartach Przeznaczenia. Przybyli ponownie! Tylko skąd? Powiedzieli: „zza Wielkiej Wody”. Ale której, Wądlądstyku-Styksu, czy Białej Wody, tej naprawdę Wielkiej, Mlecznej, Niebiańskiej – zza Białowodzia?

- To była demoniczna istota wiatrowa, olbrzymi wir z ostrogą, czarny jak noc. – powiedział Kirus uważnie obserwując zmarszczki na twarzy Wisztaspęty – Jednego możesz być pewien, że nie ode mnie ona pochodziła. Zamierzałem uczynić Wijraka Głównym Klucznikiem Imperium… Ale cóż, teraz zapewne uczynię nim ciebie… – zawiesił głos i wejrzał przenikliwie w oczy wasala.

- Panie – Wisztaspęta pokłonił nisko głowę, a podnosząc ją zwrócił uwagę by zawisnąć źerenicami dokładnie na królewskich źrenicach i ani drgnąć powieką – To dla mnie bardzo kłopotliwa sytuacja. Proszę cię byś mnie zwolnił z nowego obowiązku. Do tej pory dobrze współpracowało nam się na polu walki. Większość bitew odbyliśmy ramię w ramię z sukcesem. Nie powinno się zmieniać pary szczęśliwych wierzchowców w rydwanie przed osiągnięciem linii mety. Podbiliśmy Mlekomedir i Syrą Ziemię, ze dwadzieścia królestw małmazjatyckich, łącznie z wyspami na Morzu Sporów i Kuprem Małmazji, powoli kończymy dzieło po południowej stronie Gór Czarnych Kauków… To ty dokonałeś tego wszystkiego, ale przyznasz, że jestem szczęśliwą maskotką stojącą zawsze u twego boku. Także na wschodzie, gdzie, o Największy z Wielkich, Królu Świata, nadgryzłeś poważnie Windję podbijając kraje Koszanów, Bierygów i Kudakiedyczów. Przed tobą reszta Windji, a potem pozostanie już tylko Kutaj i Sistan. Cały świat znajdzie się wtedy w twoim ręku.

- Słusznie prawisz – władca przerwał mu zniecierpliwionym gestem – Zapewne mógłbyś do jutra wymieniać jeszcze kraje jakie zdobyłem i władców których poniżyłem, ale chyba tym bardziej rozumiesz, że potrzebuję bardzo zaufanego klucznika. Dlatego tobie poleciłem wydobycie od Wijraka tajemnicy Kamienia Wijozowicznego i Jego Wielkiej Przemiany w oraszlakę. Nikomu innemu nie ufam.

- Zwolnij mnie jednak z tego obowiązku. – powtórzył stanowczo Wisztaspęta – To przykre, że Wijrak i Złoty Arda zginęli, ale prawdę mówiąc liczyliśmy się z tym, że żaden z nich nie wróci z Północy. W każdym razie klęska tej wyprawy była brana pod uwagę przez Ciebie o Jasny Panie w Twoim Wielkim Planie podboju Sistanu. Zapewne wróci ich stamtąd garstka. Jeżeli przywiozą ze sobą Kamień z Wyspy Kara to będzie prawdziwie szczęśliwy finał…. Mam inne rozwiązanie. Jest ktoś komu ja mogę z kolei zaufać tak jak Ty mnie o Najjaśniejszy Panie, kto jest magiem już dojrzałym i doświadczonym a dosyć młodym i krzepkim żeby podołać cieżkiemu zadaniu wypełniania złotym proszkiem twoich skarbców. Wszak trzeba nam dla powodzenia podboju i ustanowienia wasalnej władzy masę tego proszku. Trzeba pracować dzień i noc, a wiedzy o sposobie nie wolno rozpowszechnić. Kto się tego podejmie zapewne wyczerpie siły żywotne w krótkim czasie. Proponuję zrobić Magisterem Klucznikiem mojego młodszego syna, Ortana. Zwróć panie uwagę na jego imię. Czyż to nie proroctwo spełnione twoim jednym dekretem, jednym słowem i podpisem na dokumencie?! Jesteś święty o Panie, całe królestwo będzie miało tego potwierdzenie.

- Czemu miałbym zaufać, że wiesz co czynisz? – Kirus uśmiechnął się złowieszczo i Wisztaspęta poczuł, że król królów wietrzy jakiś podstęp i spisek.

- Pozwól, że rozwieję twoje wątpliwości – satrapa pokazał gestem, że chce się zbliżyć, aby powiedzieć coś na ucho Panu Świata. Nie było mu w smak dawać gwarancje Kirusowi, ale czuł, że sprawa wisi na włosku. Gdy ten się łaskawie zgodził, podpełzł na kolanach i zakrywając usta dłonią wyszeptał:

- Jako gwarantów dam panie pod twoje władanie, do twojego haremu matkę Ortana Odę i moją najmłodszą żonę z moim ulubionym synem, a twoim synem przybranym, Darjuszem. Oczywiście muszą zabrać, ze sobą także wszystkie córki. Będę zaszczycony, kiedy któraś z tych młódek spodoba ci się na tyle, byś ze mną zechciał oficjalnie dzielić więzy krwi…

Władca Świata uśmiechnął się i skinął głową na zgodę. Propozycja oddania, niejako pod „zastaw”, tego co Wisztaspęta miał najcenniejsze, i związania się węzłem rodzinnego powinowactwa spełniała oczekiwania Wielkiego Kirusa. Wisztaspęta cofnął się na przepisową odległość bijąc głową o dywan i ukląkł czekając na dalsze słowa króla królów.

 

Kiedy satrapa Bałchu i Bogotroji mijał ołtarzyk bóstwa skakał niemal do sufitu jak mały chłopiec. Radość rozsadzała jego trzewia. – Tak łatwo poszło!!! Po prostu niewyobrażalnie! Wiedział, że to nie byłoby możliwe bez pomocy tych Ropuchogłowych Kreatur z Pustyni Toka Mahy Uciekły, z którymi zawarł dyaskijski pakt, czarne przymierze, mroczniejsze niż najciemniejsza bezksiężycowa skądynawijska noc, ponura jak szkwał na nordzie. Wiedział, że oni lepiej znali Kirusa Wielkiego niż on sam siebie. To kiedy i w jaki sposób niebotyczna pycha zgubi władcę świata, było tylko kwestią czasu i miejsca, ale było pewne jak dwa i dwa jest cztery! Dlaczegoż zatem to nie on – jak mu to wytłumaczono na pokładzie niebotycznego skrzystego okrętu – Miałby spełnić swoje marzenia?

Był przekonany, że Jamaspęta nawet nie rozpoczął pakowania tych dwóch kłótliwych, bezrozumnych suk! Pogrążyły cały harem w intrygach czyniąc zeń zastępcze pole walki, na którym realizowała się ich mazońska niewytrzebiona wciąż, mimo dokonanego gwałtu, natura. Nareszcie się ich pozbędzie!

 

Undyna bardzo szybko stanęła na nogi. Wyzwoliła się ze słabego uścisku trzech młodzieńców, którzy mimo nieprzytomności nadal próbowali ją obłapiać. Wyruszyła na skraj miasta, za północne wały, do banioru z przeczystą wodą, który po prawej stronie grodu ulokowany był w skalnej niecce wartkiego potoka górskiego. Musiała odświeżyć swoje zmulone ciało po tej orgii, pozbyć się resztek odurzenia i odzyskać świeżość umysłu. Kąpiel w lodowatej wodzie dobrze jej zrobi. Potem gorący napar z ziół i równie wrząca bania oraz ponowna zimna kąpiel. Ten zestaw leczniczy idealnie zapobiegał słabościom organizmu i niechcianym wpadkom. W życiu Mazonek nie było miejsca na przypadkowe związki i niespodziewane obowiązki. Uczono je od małego jak zapobiegać nagłym wybuchom „uczucia” i przywiązywaniu się do dopiero co poznanych chłopaków. Uczono je też jak postępować, by nie wpaść w innego rodzaju zależność, na przykład przez posiadanie wspólnego potomstwa. Undyna zrzuciła z siebie purpurową suknię w jaką była odziana na wczorajszą uroczystość biesiadną i uklękła nad baniorem. Pełne, obfite piersi o sterczących sutkach zakołysały się w zwierciadlanym odbiciu. Zanurzyła dłonie w wodzie i bezwstydny widok zniknął, a palce natychmiast jej zdrętwiały. Podniosła płyn i zaczerpnęła potężny haust. Woda miała smak i konsystencję mrożonych diamentów. Nie wiedziała, że banior jest położony w ten sposób, iż mimo odosobnienia jego powierzchnię widać z górnego piętra młyna, leżącego na skraju grodu, już za jego bramami, w nadrzecznym zagłębieniu. Nie wiedziała też, że to do owego młyna udał się z dwoma dziewkami Darwan. Ruszyła do drugiego brzegu klasyczną żabką. Tymczasem on właśnie się przebudził i wyglądał przez okienko z poddasza w stronę gór, aby sprawdzić jak wysoko jest słońce. Zdawało mu się, że w rudych promieniach, dostrzegł na powierzchni stawiku okolonego szuwarami i iwą, postać o pełnych mlecznobiałych piersiach i srebrnołuskim ogonie. Pod światło trudno było rozróżnić szczegóły, ale miała urzekająco śliczne, obfite kształty i jeszcze piękniejszą, bielusieńką twarz. To ci gratka! Syreny i toplice widywało się niezwykle rzadko. Postanowił ją podejść w kąpieli. Dziewki spały jeszcze, kompletnie nieprzytomne, jak mu się zdawało, więc poczuł się zwolniony z obowiązku dotrzymywania im towarzystwa przy porannym posiłku. Co prawda kodeks Obyczaju Kochanków zakazywał rozstawania się cichaczem, ale z drugiej strony nakazywał też nie budzić śpiących. Zresztą co tam, pogada z nimfą wodną i wróci do nich.

Starając się nie hałasować zbytnio, zszedł po skrzypiących schodach z pięterka, pokłonił się żonie młynarza, która wlaśnie brała się do palenia w piecu, podziękował szerokim uśmiechem za kubek koziego mleka i oscypek, który mu wcisnęła w dłoń i wyszedł na zewnątrz. Dzień pachniał macierzanką. Powietrze było rzeźwe, ale ciepłe. Darwan ruszył w stronę baniorku.

Zagłębienie do którego schodziło się ze ścieżki odgradzającej teren gęstą iwą miało miękkie, nieco bagienne podłoże. Trzeba było ostrożnie stąpać z kępy na kępę, pomiędzy tatarakami. Małe żabki przypatrywały mu się bezczelnie z liści kwitnących grążeli i nenufarów. Starał się iść ostrożnie tak żeby nie spłoszyć tej wodnej piękności. Dotarł do skraju szuwarów i delikatnie rozchylił kurtynę. Zobaczył ją. Dziewczyna stała teraz zanurzona do trzech czwartych ud i ochlapywała twarz, po przepłynięciu dystansu, który rozkosznie rozluźnił jej wszystkie mięśnie. To była Undyna! Darwan zawstydził się, że ją podgląda, i zrozumiał że jeśli się jej teraz pokaże i opowie, że zobaczył z okna syrenę w baniorze, ta go wyśmieje. Nie wiedział jednak jak się wycofać. Problem rozwiązał wąż wodny, który płynąc prosto do stopy Darwana, obok wiszącej ciężko główki kwiatu lotosu, zmusił go do wykonania kroku. Był to krok w pustkę, a raczej w głębię bez oparcia. Tylko chlupnęło, a potem szeroka fontanna wzniosła się wokół jego walącego się w banior ciała. Co za wstyd! – zdążył pomyśleć. Przestraszona widokiem intruza Undyna zanurzyła się po szyję.

- Witaj – wyrzucił z siebie gramoląc się na kolana i parskając. – Przepraszam, ale nie wiedziałem…

- No wiesz? – rzuciła gniewnie – Po prostu przyznaj się że podglądałeś! Jakbyś nie mógł zwyczajnie poprosić bym ci się pokazała?

- Posłuchaj, to tylko tak wyglądało, zobaczyłem cię z poddasza młyna, myślałem patrząc pod słońce, że to jakowaś syrena albo panna wodna, zaciekawiło mnie to.

- Akurat. Takie bajki opowiadaj młynareczce z którą spędziłeś noc, ale nie mnie. Widzę, że z ciebie wyspecjalizowany topielec. Uważaj, bo bardziej nerwowa Mazonka niż ja, zaskoczona w kąpieli, może cię naprawdę skrócić o głowę.

Nagle za plecami Darwana wyrosła z szuwarów kolejna postać, której widok spowodował, że uśmiech zszedł z twarzy Undyny.

- Nieładnie Darwanie żeś nas cichcem opuścił i nie spożył z nami śniadania. – zabrzmiał z tyłu dźwięczny sopran.

Darwan odwrócił się i… zapanowała kłopotliwa cisza. Pierwsza ocknęła się Undyna. To było dziwne, ale poczuła jakiś niesmak, że oni, tych dwoje spędziło razem tę noc.

- …. – Ona ma rację. Nie wypada, chcąc być w zgodzie z kodeksem, opuszczać towarzyszek nim one się przebudzą.

- Zwłaszcza tej której się zaproponowało, mimo iż jeszcze nie czas na to, wspólne poszukiwanie Kwiatu Paprudzi! – uśmiechała się tryumfalnie Jowita.

- Ja coś takiego powiedziałem? – zdziwił się Darwan, bo nie przypominał sobie takiego faktu.

Undyna poczuła, jak w jej sercu wyrasta kawałek lodu. – To o to chodzi?! – pokiwała głową. – Życzę zatem szczęścia! – wysyczała i ruszyła szybką strzałką do brzegu. Nie patrząc w ich stronę wynurzyła się po drugiej stronie stawu w całej krasie. Jej ciało było przepięknie harmonijne, uładzone. Wiedziała dobrze jakie robi wrażenie. Stanowczym gestem podjęła szatę spomiędzy traw i trzymając ją w dłoni ruszyła ku ścieżce. Wkrótce zniknęła zanurzając się w cień pomiędzy wierzbiną, iwą i łoziną.

- Dlaczego to powiedziałaś? – zapytał Jowitę zdziwiony Darwan, który oniemiał na tak bezczelne kłamstwo. Wyrzucał sobie teraz, że tak go zatkało, iż tego od razu nie sprostował. Jowita wzruszyła tylko ramionami i poczęła się rozdziewać.

- Co się przejmujesz – rzekła obojętnie – Przecież nie składałeś jej żadnych przyrzeczeń! No nie? Gdybyś składał to byś z nami wczoraj nie poszedł. Nie jesteś związany.

- Ale to było kłamstwo!

- Nie lubię jej i tyle. Cóż takiego się stało? Jesteś w niej zakochany, czy jak? – Jowita z premedytacją udawała, że niczego nie rozumie.

- Odszczekasz to kłamstwo publicznie – rzucił z groźbą. Podpłynęła do niego i oplotła go nagimi udami. Zmierzała dłonią ku jego pachwinom. – Mazonkom nie godzi się kłamać z błahych powodów!- rzekł dużo miększym tonem.

- A jesteś pewien – wyrzuciła z namiętną intonacją, obłapiając go – Że mój powód jest błahy?… Chciałam ci oszczędzić nadziei i rozczarowań, bo wiem, że ona nie jest dla ciebie. Dobrze ją znam. Chciałam ci oszczędzić bólu, jeśliś się w niej przypadkiem zadurzył. Ona to robi z każdym młodzianem jaki jej się nawinie. Rozumiesz? Taka zabawa i lubość płynąca z obserwacji cierpienia innych, z ich upokarzania… Nie odszczekam niczego. Jak widzisz miałam ważki powód.

Darwan odtrącił ją gwałtownie i ruszył do brzegu.

- To zła dziewczyna, niejednego już ma na sumieniu! – rzuciła za nim wściekle i rozpłakała się.

 

Kiedy dotarł do gospody skierował się do stołu przy którym Undyna spożywała jajecznicę i owoce. Ta jednak poderwała się na jego widok i zabrawszy swój talerz oraz pajdę chleba dosiadła się ostentacyjnie do zdziwionej Tamary, Okrasy i Raha Warsza. Darwan minął ich rzucając słowa zwyczajowego powitania i udając, że zmierzał do stołu, przy którym posilała się Młynareczka. Rah Warsz zaśmiał się cicho pod nosem rozbawiony tą sceną.

- Z czego się śmiejesz – wysyczała gniewnie Undyna

- Wyglądacie jak para namokniętych kurczaków, które nadepnęły sobie na odcisk pod zimnym prysznicem! – wyrzucił.

Tamara zaśmiała się cicho , a po chwili znacznie głośniej wybuchnął śmiechem Okrasa. Było to tak trafne porównanie, że wywołało wśród nich trudny do opanowania spontaniczny wybuch radości. Wkrótce wszyscy troje pokładali się, trzymając za brzuchy. Tamara raz po raz ocierała łzy, które jej nabiegały do oczu. Parę sąsiednich stołów zwróciło uwagę na ich rozweselenie i także im, udzielił się zaraźliwy śmiech. Pewnie gdyby to nie dotyczyło jej, Undyna także by się śmiała do rozpuku, ale złość rozsadzała ją od środka, przesłaniając rzeczywistość bordową kurtyną.

- Głupki! – rzuciła i zerwawszy się od stołu, cała czerwona, szyja, twarz i suknia, wyfrunęła z furkotem z jadalni.

- Rzeczywiście jak mokry, rozwścieczony kurczak! – zaśmiał się Okrasa

- Taki co to dopiero co nauczył się latać na tyle, żeby się nie nabić na byle palik! – rzucił za nią cięty dowcip Rah Warsz. Udała, że go nie słyszy, ale dopiekł jej tym do żywego, budząc chęć odwetu przy najbliższej okazji!

Jowita nie pokazała się tego ranka na wspólnym śniadaniu.

 

W rzeczy samej, jak rzekł mu Wilczyc, tak się działo. Nie było już żadnej burzy na ich szlaku, a szli przecież przez mocno burzowe okolice Gołgolidii. Kiedy przybył Sęp okazało się, że ich droga będzie krótsza niż przypuszczali. Zasadzka została przez Trojgłazycha przeniesiona pod gród Iskon, miejsce obronne, obwar-cytadelę w ziemi Isepodonów. Pierwszego dnia kolejnego długiego tygodnia wyszli na rozległy płaskowyż Gary, jednego ze spływającyh z Gór Kauków dopływów Kubani. Wydobywali się nie niepokojeni przez nikogo z plątaniny wąwozów w kraju Dagonów schodząc na północny zachód, w bukowe lasy Czechenów. Za radą Wilczyca, który trzeba to przyznać, wreszcie na coś się przydał i prowadził ich bardzo sprawnie w tym labiryncie leśnoskalnym, odkąd dobyli się na bardziej płaskie tereny obrali ostry, zachodni kurs marszruty. Jeszcze wczoraj schodzili kanionem potoku Haromąd, który rozszerzał się w łagodny bieg Awarskiej Koszy, a dzisiaj byli już praktycznie po środku płaskowyżu, w terenie mocno zalesionym. Górskie powietrze ustąpiło bardziej przyjemnemu zrównoważonemu powiewowi z północnych dolin. Wilczyc nawet nie przypuszczał, że będzie to jeden z najciemniejszych dni w jego życiu. Z tego miejsca było jeszcze widać ostre grzbiety kanionów wiodących bieg wód na wschód, ale oni mieli już za chwilę skierować się całkiem na północ bezrzecznym przestworem pomiędzy zlewniami rzek Kubani i Sułaka. Wilczycowi zdało się nagle, że wyczuwa zapach jodłowego dymu. Pomyślał, że trzeba będzie ominąć niespodziewane obozowisko ludzkie, jakichś wędrowców, którzy zmierzali od północy w góry. Jeżeli rozłożyli się w dolinie przed nimi to nie bardzo wiedział jak.

- Dymy! – rzucił ktoś z przedniej straży.

 

Borzydar polował tego ranka na sarny, ale trafili jelenia, potężnego, wspaniałego, o imponującym porożu. Poszli w las o szarym świcie. Znali te rozpadliny dobrze. Co roku latem zapuszczali się w wąwozy górskie zbierając leśne pożytki, które jego zadruga zwana powszechnie Borowczykami, nauczyła się przetwarzać w taki sposób, że leśne miody, borówki, maliny i orzyny, a też grzyby, bez trudu wytrzymywały w spichrzykach okolicznych plemion do wiosny. Receptury strzegli zazdrośnie. Za swoje produkty otrzymywali wszystko inne, co było im potrzebne zimą do przetrwania; futra, drewno, susz mięsny, sól, zboże. Borowczycy nie uprawiali ziemi, lecz specjalizowali się w zbieractwie. Polowali rzadko i tylko nieliczni z nich. Zbierali zaś w lesie niesłychane specjały, które trafiały na dalekie dwory północy i na wschód, nawet do książęcych i kapłańskich sadyb, na Welską Górę w Carodunonie, do Kutaju, Tajlądu, Gątdany, Gątbytyny, na Jawę i do całego Tajchu. Główny obóz rozłożyli na polanie w której zbiegały się górskie wąwozy, na przejściu między stokami a pagórzystym obszarem działu wód. Było to doskonałe leże dla tak dużej zadrugi, koło sześciuset ludzi, w dwunastu rodach, w czterdziestu rodzinach. Ostatnimi laty zadruga rozrastała się bardzo szybko i istniała możliwość, że otrzyma od Rady Starowieku totem plemienny. Sześćset gąb utrzymywało się przy życiu ze zbieractwa leśnego. Za każdym razem kiedy nadchodziła wiosna rozpoczynali Święto Noworoczne w Dzień Zrównania, w Wielką Bitwę Niebieską Białej Krowy i Czarnego Byka, od ofiar i błagalnych modłów do Panów Boru, Borowiła i Borany oraz ich dzieci: Boruty, Rokity i Bugaja-Wilca. Modlili się o to, aby las nie skąpił im pożytków i chronił ich od wrogów. A były to pożytki specyficzne. Można rzec wysokospecjalistyczna oferta handlowa zadrugi Borowczyków. Na czym polegała?

las niedź kwiaty czerwpomarancz DSC00278

Przez cały rok, ale szczególnie wtedy na wiosnę, chadzali w las na zbiór zwiniętych, dopiero co kiełkujących pąków pąprudzi. Pączki umieszczano w kwaśnej zalewie, w wielkiej glinianej kadzi wkopanej w ziemię, co chroniło ją od wysokich temperatur lata. Miała szczelne wieko, dopasowane na grubość paznokcia a ciężkie tak, że do wnętrza nie dostawało się powietrze. Pąki dobywano stamtąd co jakiś czas, tylko chłodną nocą, w pełni księżyca i pakowano w mniejsze garnce. Potem rozwożono je po całym Sistanie. Oczywiście było w Królestwie Sis więcej zadrug specjalizujących się w zbiorze pąprudzi. Pączki pąprudne stanowiły wielki rarytas, zwłaszcza na wschodzie. Kutajskie dwory przepadały za przysmakiem pochodzącym właśnie z Gór Kauków, jako że rosła tutaj wyjątkowa odmiana paproci – orliczka królewska, o pieprznym ostrym aromacie. Marmolada z owej paprudzi i płatków róży, zawijana w ciasto i smażona na głębokim tłuszczu była niezbędnym składnikiem świątecznych pączków w Kraczun – Zimowe Święto Przesilenia Ciemności, Noc Dzikich Łowów Ciemnej Krowy-Bedrika, kiedy bogowie ciemności polowali wraz z nią na rodzące się świeże Białe Światło BodRAKa, Młodą Bożą Krówkę. Zalewę w kadzi chłodzono i wymieniano, wzbogacano leśnymi ziołami i miodem. Recepturę trzymali szefowie rodów w głębokiej tajemnicy.

00 bór JCS_Armillaria ostoyae 13060

Sednem owej taji wyrobu smakowitych i trwałych pączków pąprudnych była domieszka ziela peruniki, dodawana do zalewy. Nikt poza tą zadrugą czegoś takiego nie wytwarzał. Takich specjalizacji mieli Borowczycy wiele. Na przykład, odkąd na dużą skalę rozpoczęto uprawy zbóż wiele osób po zjedzeniu placków z pszenicy miewało żołądkowe kłopoty, bóle i uczulenia. Tymczasem na leśnych polanach wciąż rosły dzikie trawy, z których zbiór ziarna był niesłychanie pracochłonny. Wypieki z nich dawały jednak nie tylko siłę do życia, ale też zdrowie i długowieczność. Zawsze w owej dzikiej mące znajdowały się różne domieszki. Trochę asparagusa, trochę krwawnika, kilka ziaren kąkolu, albo trochę lebiody, czy sporysz. Sporyszowe placuszki dawały piękne wizje, odlot w czarowne krainy i bliski kontakt z bogami, ale żeby nie wywołały skrętu kiszek trzeba było wiedzieć jak obrobić fioletowe różki nasienne. Tę rzecz zaś wiedzieli Borowczycy, bo wśród nich zasady postępowania ze sporyszem przekazywano w rodach z pokolenia na pokolenie. Taką mąkę sporyszową skupowały szczególnie świątynie i to na całej Północy, od zachodniego brzegu Landwodstyku po Kończudkę na wschodzie.

 

ISLANDS-IN-THE-SKY-ssp1

Borzydar wziął dzisiaj ze sobą dobrych strzelców: Kuropieskę i Leszka, a także młódź plemienną Ondraszka i Szarkę, niedoszłą Mazonkę. Mięso jadano wśród Borowczyków rzadko, kilka razy do roku, najczęściej w trakcie świątecznej uczty i zabawy zaprawianej piwem. Chłopak dopiero co, na Kupalia-Kres, skończył 14 roków, a poświecono go Bogowi Wojny Ładzie-Włodarzowi, czyli Jątrze. Właśnie zbliżało się Święto Ładów i Peruna. Bożydar pozwolił więc przewodzić w polowaniu młokosowi, synowi swojej siostry, Kalinki. Młodziak musiał się uczyć polować i władać wszelkimi rodzajami broni, by choć w ułamku stać się takim,  jak ten sturamienny, stujądry, stuoczny wojowniczy bóg, patron bitew i łowów, który w każdej z mocarnych rąk dźwigał inny rodzaj śmiercionośnego oręża, a każdą źrenicą wypatrywał wroga z innej strony. Dlatego nadano mu na niedawnych obrzędach przejścia dorosłe imię po jego opiekunie, Jątrze-Ondrze. Był też inny powód. Cały lud Windyjczyków-Indirów z Południowego Półwyspu uznawał owego Jądreja za głównego swego opiekuna, a chłopak miał ojca właśnie stamtąd, z Waru Hary – Harappy. Ciemnoskóry młokos strzelał nieźle z łuku i był dobrym tropicielem, ale co do innych oręży musiał się jeszcze wiele nauczyć. Okazji po temu było naprawdę niewiele, bo mało kto odważał się ze złym zamiarem przekroczyć Góry Kauków od południa. Szarka za to miała tak zwanego nosa, niezawodną intuicję, która pozwalała jej kierować oko i rękę oraz strzałę tam tylko, gdzie się z tym godzili Bogowie Boru. Źle było zadrzeć z nimi i ubić ulubionego przez nich zwierza. Dorodna łania wyszła prosto na strzał. Ondraszko złożył się nim pomyślał i wypuścił strzałę. Szarka krzyknęła – Nie!!!

Jerzy  przybyl słońce jeleń

Borzydar zdążył tylko wciągnąć powietrze by go ostrzec krzykiem, ale nie zdążył. Byłaby celna ta strzała, gdyby nie wielki jeleń, który zasłonił samicę własną piersią i padł na miejscu śmiertelnie raniony w oko.

- Przepraszam! – odkrzyknął Ondraszko, jakby sam intuicyjnie poczuł, że popełnił poważny błąd. Tak, to jest błąd, kiedy trafiasz nie w to, w co celowałeś. Przykro było patrzeć jak olbrzymie zwierzę wali się na ziemię a imponujące złociste poroże zanurza się w paprociach i pogrąża w bezruchu. Zwierzęta spłoszyły się i uciekły. Trawy i krzewy trzaskały przez chwilę pod ich kopytami, a potem zapadła nieruchoma cisza. Jeleń posiadał zaiste imponującą posturę. Nie był to dobry znak.

Borzydar syknął tylko niezadowolony, Szaraka zwiesiła nisko głowę. Płakała. Oby nie było z tego nieszczęścia. Czyżby przedwcześnie wypuścił chłopaka na szerokie wody? W wojaczce i polowaniu potrzebne było nie tylko szczęście, ale i wyczucie i boże błogosławieństwo. Trafiłeś niewłaściwego zwierza i ściągałeś klątwę na siebie i cały ród! Tak nie raz bywało. Przewodnik stada osierocił je, a sam oddał życie za łanię. Była ciężarna?! Tak czy owak złożyli przebłagalną ofiarę bo z Borowiłem, Panem Puszcz nie było żartów. Trudno o Żywioł bardziej mściwy i pamiętliwy. Ofiara nie została przyjęta, co wprawiło Borzydara w irytację, a pozostałych kompanów napełniło złymi przeczuciami. Postanowił jednak mimo wszystko podzielić mięso i wraz z zadrużanami wracać do obozowiska. Zabicie zwierzyny i pozostawienie jej na pastwę drapieżników stanowiłoby jeszcze gorsze świętokradztwo. Bardziej bezecne było już tylko zabicie zwierzęcia bez potrzeby, dla przyjemności, albo zabawy. Oprawiali jelenia w ciszy. Tylko ptaki skrzeczały nerwowo, podrażnione czy to wonią krwi, czy pobekiwaniem łań opuszczonych nagle przez przywódcę. Borzydar postanowił się nie przejmować. Jego ojciec powiadał, że „złe” myślenie ściąga „złe” wydarzenie. Postanowił więc zlekceważyć, to co się stało. Coż bowiem mogli jeszcze? Od razu udać się do Leśnej Świątyni, albo na miejscu zastrzelić młokosa? Co wtedy z Kalinką i jej mężem Jągaiłłą? Uwierzyliby w prawidłowość jego przeczucia, czy też obwiniliby go o pochopne zabicie ich pierworodnego, czyli oskarżyli o nieumyślną zbrodnię? Czy to nie skończyłoby się walką na śmierć i życie i wzajemną wróżdą, a w konsekwencji zniszczeniem całej zadrugi? Dopiero trzecie lato sprawował funkcję wodza zadrugi. Nie miał więc i on dostatecznego doświadczenia, jakie miewają starzy, mądrzy wodzowie.

Przez drogę powrotną nie opuszczał ich ponury nastrój. Normalnie z taką zdobyczą byliby witani jak bohaterowie, ale dzisiaj tak nie będzie. Mimo, iż Borzydar powtarzał sobie nieustannie jak mantrę ”nic się nie stało” wiedział, że stało się.

Teren łowiecki był oddalony od obozowiska o dziewięć kół czasu na południowy wschód. Mniej więcej w połowie drogi poczuli zapach dymu, który intensywniał w miarę marszu. Przez półtora staji leżał w lesie ledwo wyczuwalny swąd. Niesłychane!!!

- Dziwne – rzucił Kuropieska – Nie pamiętam tego zapachu.

00 bór forest wallpaper987

Borzydar wwąchał się w powietrze jak pies, otwierając i kurcząc szerokie nozdrza. Była w tym dymie nuta mięsna, jakby w obozowisku już świętowano, a ktoś inny niż oni dostarczył tam polędwice i szynki do obwędzenia. Był też obecny inny składnik, który Borzydar zapamiętał z pewnej okrutnej bitwy morskiej pod oblężonym grodem Gątdaną, na Pomorzu Wądalskim. Wystrzeliwano wtedy z obu stron ogniste pociski, płonące kule gliniane nasączone mazią i grudy rud żelaznych rozpalonych do czerwoności. Katapultowane wzajemnie ładunki spadały z jednej strony na pokłady statków, a z drugiej na bronione wały.

- Racja – rzucił głęboko zaniepokojony Borzydar – Szybciej!

alaska-autumn-wallpapers

Jego niepokój, w miarę posuwania się przez stanowiący teraz nielada przeszkodę gęsty las rozpostarty między głazami i szutrowiskami, narastał. Mimo, że droga stawała się trudna, przyspieszyli. Borzydar uświadomił sobie, że wtedy ten zapach brał się ze spalonych szat, z odzienia płonącego na zastępach wojowników uwięzionych na pokładach. Owo wspomnienie wiązało mu się też ze spalonymi ogniem wroga, spopielałymi ciałami na wałach miasta oraz scaloną ogniem rozpaloną gliną. Gątowie i Dawanowie w grodzie mieli opanowaną tę technikę ogniową i stosowali ją na całym obszarze zasiedziałym przez siebie; od Wędonii nad Wądlądstykiem, wzdłuż Lechu, Rynu, Łabędy, Wiady i Wisły, aż po linię Isteru-Dunaju. Wtedy wystarczyło, że podpalili skrzydła atakującej floty i jej tyły. Reszty dokonał północno-zachodni szkwał, Wicher Norny, Nordyk, który rozprzestrzenił pożar. Niedobitki dopływające do plaży wyławiano i szlachtowano bez prawa łaski. Północne plemiona i szczepy mimo, że łączyły ich z ludźmi osiadłymi na południowym wybrzeżu Błotyku, na Pomorzu, Zapomorzu i Łukomorzu, bliskie więzy pokrewieństwa, co jakiś czas atakowały zbrojnie Gardarikę i kraje Wandów-Wenedów, bo ci z południa nie godzili się na ich przyjęcie na swojej ziemi, a ciężkie zimy nie raz powodowały skrajny głód i zagrożenie życia dla skońskich zadrug. Nie mieli wyjścia, musieli pójść na rabunek, na chąstwę. Mądrzy władcy przyjmowali ich w większych ilościach do swoich drużyn i pozwalali odbywać zdobywcze wyprawy ze swoimi wojami, do Kiełków, na zachód i na południe, na Romajów, za Dunaj. Wielu władców nie chciało ich jednak do siebie wpuszczać, bo byli to ludzie nieokrzesani, grubiańskiej mowy i obyczaju. Nórd to była nie tylko nazwa sztormu i wichru, ale też ponurego człeka, o plugawej wykoślawionej mowie, skorego do bitki i gwałtu, mięsożercy, surowego jak sama północna przyroda.

To był ten sam zapach! – Borzydar stał się niespokojny kiedy znajdowali się już naprawdę niedaleko płaskowyżu, a dymy snujące się od obozowiska niosły już wyraźny zapach palonych szmat i mięsa. Dym wlókł się przez las, ciemny i tłusty, siny, momentami niemal czarny. Czyżby to była kara za zabicie króla tego lasu, albo kogoś znacznie większego, kto wcielił się w to zwierzę, a tutaj tylko chwilowo przebywał?! – pomyślał. I zrozumiał od razu, że to nie jest właściwe pytanie, bo leśny wypadek nie miał charakteru kary, lecz stanowił znak. Wyraźny znak nieszczęścia. Gdy znaleźli się całkiem blisko zauważyli, że pomiędzy drzewami jeszcze pełgają po ziemi pojedyncze ogienki. Pnie od strony polany zostały nadpalone na wysokość dwu chłopa, krzewy spopielone. Wkrótce pomiędzy krzakami znaleźli zwęglone ciała pobratymców. Pierwszy, na którego się natknęli był staruszek Kwik, strażnik kadzi pąprudzi odpowiedzialny za mieszanie i wietrzenie kiszonki. Borzydar czuł żar na twarzy, ale mimo tego nie zwalniał, pędził przed siebie nie bacząc, że zaraz utknie w jakimś wykrocie, ze złamaną nogą. Nie zanotował nawet w świadomości, kiedy wyszarpnął harap z pochwy i uniósł go nad głowę. Do pierwszej linii drzew zostały mu kroki. Kuropieska podążał za nim tak blisko, że czuł oddech tego zawziętego wojownika na plecach. Ród Kuropieski był największy w całej zadrudze. Kiedy wypadł z lasu i odsłoniło się przed nim w całej okazałości obozowisko, poczuł że miękną mu kolana. Nie zwolnił ani na kasztę biegu, nogi poruszały się jak szprychy rydwanu. Był w transie. – Co z Kalinką i Jągaiłłą, co z jego własną rodziną, z Modromoreną i ich pięciorgiem dzieciaków!? Co z matką i ojcem, gdzie są wujowie!?

S Panasenko  Czarowny Las 1990

- Modraszko?!!! Burka, Stanisz, Jur, Lestek, Mirka! Pójdźcie do mnie dzieciaki!!! Modraszko?! Matko Najświętsza, Pani Nasza Opiekunko! Gdzieście są?!!!

W obozowisku nie było widać ludzi tylko zgliszcza. Poprzez powalone zwęglone namioty, chyże i wozy dostrzegli wreszcie centralny plac, a na nim…? Stos?! Stos zwęglonych, spopielonych ciał ludzkich! Kuropieska padł na kolana i zaczął wyć jak raniony byk! Szarka zamarła w bezruchu. Ciała i szkielety, duże i małe, zwłoki i kościotrupy mężów i kobiet! I dzieci!!! Nikt się tutaj nie bronił! Borzydar dopadł żgliska i począł je rozgarniać, nie bacząc na gorącość bijącą z wnętrza stosu. Kości pobratymców parzyły go w dłonie nawet, kiedy były zimne jak lód. Cały czas miał nadzieję, że „jego”, ocaleli! Głupie myślenie, zwodnicze. Szkielety kruche jak świąteczne ciasteczka, rozsypywały się za dotknięciem ręki w pył. Stos zdawał się nie mieć końca, ale on nie ustawał. Wciąż miał nadzieję, że ona i dzieci są gdzieś tam na dnie, w jakiejś niszy, w jakimś czarownym namiocie, pod płachtą ocalającego od żaru materiału, utkanego z Modraszczynej woli i zawziętości by bronić życia potomstwa!  Nadzieję, że zaraz zobaczy jej piękne czoło i usta, jej uśmiech, że ich dzieciątka są tam razem z nią, żywe, i roześmiane jak zawsze, z kolejnym pytaniem na temat świata wypisanym na twarzach!!! Głupią nadzieję, że zaopiekowała się nimi i ochroniła je od hekatomby, która pochłonęła innych!!!

Ondraszek stał obejmując za ramię Szarkę, niczym słup solny porażony okrutnym widokiem. Wymordowano wszystkich do nogi! Spędzono ich tutaj jak bydło i podpalono! Kuropieska wiedział już, że nikt nie ocalał z pogromu.

Leszko uważnie przyglądał się ziemi. Była spalona i zestalona. Na skraju polany spękana, w centrum zaś glina zamieniła się w szklisko.Kuropieska wciąż wył jak śmiertelenie ranny zwierz. Temperatura musiała tu być bardzo wysoka. Leszko wiedział coś na ten temat, bo w zadrudze pełnił funkcję kowalisa. Pożar wypalił regularne koło obejmujące całe obozowisko i zahaczające o las tylko tam, gdzie bór wdzierał się nieregularnie w polanę. Centrum wokół zapisu potraktowano płomieniem o okrutnie palących własnościach. Nie, nie tym najgorszym o jakim słyszał, co to powoduje, że po ludziach i rzeczach nie pozostaje nawet ślad w postaci obłoku pary, ale ogniem drugiego stopnia, o niebieskim śmiertelnym tchnieniu.

Borzydar tymczasem nie ustawał w poszukiwaniach przerzucając zwały upieczonych trupów. W końcu dotarł do warstwy, która zdawała się bardziej stała. Ciała miały tu twarze i strzępy odzienia. Ręce i nogi miały ciało, a nie tylko zwęglone kości. Kolejna warstwa, i kolejna! Kto to uczynił i jak?! Wszystko wskazywało, że użyto czarownych mocy! A więc Czaropanowie, Świtungowie, albo Armia Upiorów!!! Ale dlaczego?

- Cóżeśmy wam uczynili?! – wyrzęził – Przecież żyliśmy spokojnie, zgodnie z boskimi, przyrodzonymi prawidłami! Nikogo nie ukrzywdziliśmy! Zawsze dbaliśmy w wymianie by obie strony osiągnęły korzyść! Nigdy nikogo nie złupiliśmy ani nie zabiliśmy! Ani nikomu nie wzięliśmy niczego co nie nasze! Dlaczego!

Wtedy nagle zobaczył jej twarz. Tak, to była ona. Modraszka, Modromorena! Jego ukochana żona!!! Była cała! Rozpoznał jej niebieską suknię!

- Przemów! – podniósł ją delikatnie, a wtedy spod jej ciała, okryte zwojami jej paradnej chusty ukazały się drobniutkie twarzyczki. Białe i nieruchome jak perły w popielisku. To były jego dzieci!!! Ich dzieci!!! Wszystkie, objęte jej chustą. Wszystkie wokół matczynych kolan! Spowite materią, która miała je ochronić od śmiertelnego płomienia. – Przemów! … Przemów!!!

- Mów! Ufff! Ówww! – odpowiedział głucho bór.

Wtedy coś w nim pękło. Raz na zawsze.

Szarka poruszyła się. Zrobiła krok do przodu i znowu zamarła. Zapadła śmiertelna cisza. Tylko Leszko pozostał jedynym człowiekiem zdolnym do działania. Znalazł się teraz na drugim końcu polany, tam gdzie opadała ona w dół, do lasu, oddzielającego ten płaskowyż od kolejnego parowu i obniżenia. Płynął tam strumień. Leszko intensywnie poszukiwał śladów i łączył w głowie proste fakty, które rzuciły mu się w oczy. Na początku myślał, że zbrodni dokonali Świtungowie albo królewska Armia Upiorów, ale to mu się nie zgadzało. Zauważył, że żadne z ciał na żglisku nie posiada ozdób ze złota. Nie było też widać złotych przedmiotów w miejscach, gdzie jeszcze wczoraj, znajdowały się przydomowe ołtarzyki, przy owinach, obok wozów i namiotów, zastępujących im stałe domostwa. Dokonano tutaj rabunku, co nie było zgodne z postępowaniem świętych wojowników, ani upiryw-biersakrów. Nie przeżyło też żadne zwierzę domowe, ani wierzchowce.

Teraz i do Ondraszka nagle dotarło, że pomiędzy ludzkimi szkieletami na placu znajdują się czaszki małych i dużych domowych zwierząt.

- To byli obcy! – rzucił w przestrzeń myśląc, że nikt go nie słyszy.

Powracający z dolnego lasu Leszko wyrósł mu nagle za plecami.

- Tak, znalazłem nad strumieniem ślad końskiego kopyta w mule. Wierzchowiec był ciężki, nie tak jak nasze, do tego podkuty.

Szarka objęła wzrokiem horyzont, w dole przed nimi, daleko. Jak okiem sięgnąć ciągnęły się zalesione doliny. Bór, nieporuszony niczym, jak zwykle ścielił się szmaragdem po widnokres. W jednej z nich, zatopionej w sinej poświacie oddali, leżała ich wioska, zimowe leże, teraz już nikomu nie potrzebne. Zostało ich, Borowczyków, raptem pięcioro. Ale dla tych, którzy dokonali tej zbrodni to było o pięcioro za dużo. Była pewna, że oni, jak tutaj teraz stoją, nie spoczną dopóki nie dopadną wszystkich zbrodniarzy, którzy brali udział w tym ludobójstwie.

Borzydar poczuł nagle, że nie wierzy w boga. Bogowie nie mogli istnieć, skoro wydarzyło się coś takiego! Nie mieli prawa do tego dopuścić! Więc ich po prostu nigdy nie było i nie ma! Nie istnieją!!!

W tej chwili wiatr zakręcił się wirem na skraju polany i poderwał w górę pyły oraz popiół kości ich najbliższych. Wzniósł ten siwy tuman wysoko nad drzewa, które zaszumiały. Korony drzew wydały ponure wycie… Niczym trombity pogrzebowe. Sina chmurka rozproszyła się w powietrzu. Nad polaną zaświeciło słońce.  I znowu wszystko zamarło w bezruchu.

park jerz dęby pomniki świało i drzewo DSC00421 3obr


Świętowanie oraz kult zwierząt i drzew na Bali (Kira Białczyńska &Łukasz Dudek)

$
0
0

©® by Kira Białczyńska & Łukasz Dudek

 

indonezja-703

indonezja-704

indonezja-706

indonezja-707

indonezja-709

indonezja-710

indonezja-715

indonezja-719

indonezja-727

indonezja-729

indonezja-730

indonezja-731

indonezja-733

 

 

 

 

indonezja-755

indonezja-756

 

indonezja-757

 

indonezja-751

 

indonezja-743

 

indonezja-742

 

 

indonezja-752

 

 

 

indonezja-740

indonezja-738

 

indonezja-771

 

indonezja-769

indonezja-768

indonezja-767

 

indonezja-761

indonezja-762

indonezja-763

indonezja-766

 

 

indonezja-762

indonezja-761

indonezja-757  indonezja-775

indonezja-812

indonezja-811

indonezja-810

 

 

 

 

 

indonezja-768

 

indonezja-807

indonezja-804

indonezja-803

indonezja-802

indonezja-801

indonezja-798

 

indonezja-797

 

 

 

 

 

 

indonezja-794

indonezja-793

indonezja-792

indonezja-781

indonezja-780

indonezja-777

indonezja-776   indonezja-813

indonezja-869

indonezja-858

indonezja-857

 

indonezja-856

indonezja-855

indonezja-849

 

indonezja-848

indonezja-841

indonezja-838

indonezja-837

indonezja-836

indonezja-835

indonezja-834

indonezja-833

indonezja-826

indonezja-816

indonezja-815

indonezja-814


Viewing all 2512 articles
Browse latest View live